Ewa Kuryluk: Czego nie namaluję, to próbuję opisać

    Ewa Kuryluk: Czego nie namaluję, to próbuję opisać

    Małgorzata Iskra

    Aktualizacja:

    Z Ewą Kuryluk, malarką, której prace możemy oglądać w krakowskiej Galerii Artemis i autorką książki "Frascati", która ukazała się nakładem WL-u, rozmawia Małgorzata Iskra
    Jak głęboki ślad pozostawiło dzieciństwo na Ewie Kuryluk? Pytam, bo w wydanej właśnie książce "Frascati" powraca Pani do trudnych chwil spędzonych z rodzicami i bratem w warszawskim mieszkaniu przy ul. Frascati.
    Tę książkę dedykowałam nieżyjącej już mamie - uratowanej przez mojego ojca uciekinierce z lwowskiego getta. Jej miejscem na ziemi okazała się właśnie ulica Frascati, a książka ta narodziła się z jej wspomnień i moich obserwacji. Ja miałam wiele swoich ulic na świecie. I myślę, że gdyby nie potrzeba opieki nad mamą, która nie chciała wyjechać z Polski, oraz nad chorym bratem, na Frascati bym nie wracała. PRL-owska rzeczywistość przytłaczała mnie i planowałam zamieszkać za granicą.
    Już wcześniej ojciec, który po utracie stanowiska ministra kultury został ambasadorem w Wiedniu, namawiał mnie do studiowania za granicą. Wybrałam jednak warszawską ASP i były to lata stracone dla sztuki.

    Pierwszą Pani ulicą była krakowska Basztowa. Jako autorka jest Pani wierna Wydawnictwu Literackiemu, które ma siedzibę po sąsiedzku.
    To bardzo miły zbieg okoliczności. Do tej właśnie oficyny na początku lat 70. przyniósł moją pracę magisterską prof. Mieczysław Porębski, gdyż uznał ją za wartą wydania. Ukazała się w 1974 roku pod tytułem "Wiedeńska apokalipsa". "Frascati" to jakby ciąg dalszy "Goldiego", książki poświęconej ojcu. Chciałabym jeszcze napisać o swoim tragicznie zmarłym bracie, ale to trudny temat. Nie wiem, czy mu podołam, czy w ogóle zechcę.

    Fikcja literacka nie nęci?
    Przychodzi w życiu człowieka taki czas, że chętniej zwraca się ku przeszłości. Ale jestem też artystką. Piszę i maluję, gdyż słowo i obraz zahaczają o siebie. Czego nie mogę namalować, próbuję opisać. Posługuję się różnymi językami, także w sensie dosłownym, gdyż piszę po polsku i po angielsku.

    Wyjechała Pani z kraju, by zrobić karierę?
    Nie myślałam o karierze, ale byłoby mi pewnie lżej, gdybym studiowała za granicą. Ale i tak dość wcześnie trafiłam ze swoimi pracami na Zachód - sprzedawałam je w Londynie już na ostatnim roku ASP.

    Dlaczego przestała Pani malować i skupiła się na instalacjach?
    Na przełomie 1976 i 77 roku, przytłoczona problemami, straciłam radość koloru, który jest podstawą malarstwa. Był to koniec współpracy z londyńską galerią Fischer Fine Arts. Żeby przetrwać, zaczęłam wykładać w łódzkiej filmówce. Tam, przechodząc koło wystaw sklepowych, zainteresowałam się tekstyliami. W 1978 roku stworzyłam pierwszą instalację: "rzeźbę z powietrza".

    Spośród wielu wystaw, która była dla Pani szczególnie ważna?
    Jedną z ważniejszych była paryska. Jako 14-latka, będąc przejazdem w Paryżu, zostałam zabrana przez przyjaciela rodziny Tadeusza Brezę do Galerii Lambert na wystawę Jana Lebensteina. - Ewusia też ładnie maluje - powiedział Breza do Kazimierza Romanowicza, właściciela galerii. A ja na to:
    - Jak skończę akademię, zgłoszę się do pana.
    I tak też zrobiłam. W październiku 1974 roku doszło więc do wystawy w Paryżu. Wstęp do katalogu napisał Mieczysław Porębski, ukazało się sporo recenzji i dostałam propozycje dalszych wystaw.

    Ta wystawa ma nieoczekiwanie, po 35 latach, ciąg dalszy.
    Tak, rekonstruuje ją warszawska galeria ART+on: nowa, niewielka, ale prężna. A ja lubię pracować z małymi galeriami i od lat wystawiam regularnie w krakowskiej Galerii Artemis. W czwartek 8 października zostanie tam otwarta wystawa, na której będą moje wczesne autofotografie i mała instalacja "Statek" - który przyleciał ze mną w walizce w częściach.

    Wystawom towarzyszy wydanie książki "Frascati" oraz albumu "Kangór z kamerą". Co fotografował "Kangór" Ewa Kuryluk?
    Siebie, w różnych strojach i dekoracjach, przez 50 lat.

    Czytaj treści premium w Gazecie Krakowskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze (1)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    EWA I ADAM

    WIERCIOCH (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 28 / 24

    CEL uświęca anioła. Środki oświecają diabła.
    NAJLEPSZE jest wrogiem dobrego, złego, przeciętnego i... najlepszego
    (innego rodzaju).
    BŁĄDZIĆ jest rzeczą ludzką; stwarzać błądzących jest rzeczą...rozwiń całość

    CEL uświęca anioła. Środki oświecają diabła.
    NAJLEPSZE jest wrogiem dobrego, złego, przeciętnego i... najlepszego
    (innego rodzaju).
    BŁĄDZIĆ jest rzeczą ludzką; stwarzać błądzących jest rzeczą boską.
    PORZĄDEK ciała jest nieporządkiem myśli, a nieporządek myśli jest
    porządkiem miłości.
    NĘDZA niejednego człowieka polega na tym, że nie zna on swojej
    wielkości. A nędza innego – na tym, że zna swoją „wielkość”...

    W******* W. WIERCIOCH

    http://wwwiercioch.blog.onet.pl/zwiń

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo