Frano Selak. Historia wielkiego farciarza. Idealna na piątek...

    Frano Selak. Historia wielkiego farciarza. Idealna na piątek trzynastego!

    Jerzy Filipiuk

    Gazeta Krakowska

    Aktualizacja:

    Gazeta Krakowska

    Frano Selak, Chorwat, prawdopodobnie największy szczęściarz na kuli ziemskiej

    Frano Selak, Chorwat, prawdopodobnie największy szczęściarz na kuli ziemskiej

    Trzeciego czerwca skończył 85 lat. Ma piątą żonę, o ponad 20 lat młodszą Katarinę. 12 lat wcześniej, dwa dni po swoich urodzinach, by uczcić ślub z Katariną, po raz pierwszy od czterech dekad zagrał na loterii i wygrał... równowartość miliona dolarów. Fortuna, młoda żona, spokojna emerytura. Żyć, nie umierać... Ale dla Chorwata Frano Selaka szczęście ma inny wymiar. Żyje, a mógł umrzeć już siedem razy.
    Frano Selak, Chorwat, prawdopodobnie największy szczęściarz na kuli ziemskiej

    Frano Selak, Chorwat, prawdopodobnie największy szczęściarz na kuli ziemskiej

    Okrzyknięty został największym farciarzem w historii - po tym, jak opowiedział swe niesamowite przygody. - W Chorwacji media nie podważają opowieści Frano Selaka. Pisały o nim największe gazety w kraju - mówi nam Slaven Kale, historyk, były stypendysta Funduszu Królowej Jadwigi UJ.
    ***
    Selak urodził się w 1929 roku na rybackiej barce na Morzu Adriatyckim między Dubrownikiem a Lokrum, gdy jego mama była w siódmym miesiącu ciąży. Ojciec Frano odciął pępowinę nożem rybnym. Po latach został nauczycielem muzyki.
    Jego wyścig ze śmiercią zaczął się w styczniu 1962 roku, kiedy jechał pociągiem z Sarajewa do Dubrownika. Wypaczone przez mrozy tory spowodowały, że kilka wagonów zjechało ze skarpy do lodowatej wody. Zginęło 17 pasażerów, uratował się tylko Selak, który ze złamaną ręką dopłynął do brzegu.

    Rok później przeżył chyba najbardziej niewytłumaczalny wypadek. Leciał małym samolotem. Nagle maszyna zaczęła spadać, a Selak, wyssany przez ciśnienie, wypadł wraz z kilkoma innymi osobami przez wyrwane z zawiasów drzwi. Na szczęście upadł na... stóg siana, co zamortyzowało skutki bezwiednego spadania. Ocknął się w szpitalu, doznał tylko lekkich stłuczeń. 19 współpasażerów Chorwata z feralnego lotu zginęło. Dla Selaka był to pierwszy lot w życiu.

    W 1966 roku jechał autobusem, który na oblodzonym moście wpadł w poślizg, przebił barierkę i spadł do rzeki. I tym razem dopłynął do brzegu, doznając tylko rozcięć i siniaków. Śmierć poniosły cztery osoby.

    Po czterech latach miał kolejny wypadek - gdy prowadził samochód, zapalił się silnik. Wyskoczył z auta, w którym po przejechaniu kilku metrów wybuchł zbiornik z paliwem.

    Trzy lata później na rozgrzany silnik jego auta z uszkodzonej na stacji benzynowej pompy paliwowej wylał się olej. Płomienie osmaliły Selaka, który stracił większość włosów na głowie, ale - ponownie - zachował życie. - To wtedy przyjaciele zaczęli nazywać mnie "Szczęściarz" - mówił.

    W 1995 roku w Zagrzebiu wpadł pod koła autobusu. Był potłuczony, ale znów umknął kostusze. Rok później jechał samochodem górską drogą. By uniknąć zderzenia z nadjeżdżającą z przeciwka ciężarówką ONZ, skręcił, przebijając balustradę. Uderzenie wyrzuciło go z wozu, bo nie miał zapiętych pasów. Zatrzymał się w krzakach na skalnej półce. A samochód spadł 90 metrów i spłonął.

    - Nigdy nie uważałem, że jestem szczęściarzem, bo przeżyłem wszystkie potyczki ze śmiercią. Uważałem się za pechowca, bo musiałem w nich uczestniczyć - wyznał Selak.

    Szczęście przyniosła mu piąta żona Katarina. Kostucha przestała się nad nim pochylać, a on sam w czerwcu 2012 roku wygrał milion dolarów. - Wiem teraz, że Bóg czuwał nade mną przez te wszystkie lata - powiedział wówczas.

    ***
    Pieniądze nie przewróciły mu w głowie, jak Michaelowi Carrollowi, byłemu śmieciarzowi, który wygrał 10 mln funtów, ale opuściła go rodzina i uzależnił się od kokainy. Angielscy badacze po analizie losów kilkudziesięciu zwycięzców tamtejszych loterii dowodzili, że to nie pieniądze są wyznacznikiem szczęścia. "Jedna trzecia z nich straciła rodziny, inni przyjaciół, a część żyje teraz w skrajnej biedzie" - napisał "The Sunday Express".

    Kwestię szczęścia pewnie inaczej postrzegała 63-latka z Teksasu Joan R. Ginther, która nie zadowoliła się główną wygraną w miejscowej loterii. Nadal bawiła się w kuponowe zdrapki i... trzykrotnie powtórzyła wygraną, zgarniając w sumie 20,4 mln dolarów. A szansa na to wynosiła jak 1 do 200 milionów.

    ***
    Selak po tylu "przygodach" starał się już nie kusić losu. Fortunę, jaką zarobił, przeznaczył na m.in. zakup willi na prywatnej wyspie. Znudził go jednak wystawny tryb życia. Po kilku latach sprzedał ją, rodzinie i przyjaciołom rozdał samochody i pieniądze, a z żoną zamieszkał w skromnym domu w Pentrinji k. Zagrzebia, zostawiając sobie trochę pieniędzy na skromne życie, operację biodra i budowę kapliczki Matki Bożej, której chciał podziękować. - Za pieniądze nie da się kupić szczęścia. Wszystko czego potrzebuję, to moja żona Katarina - podkreślił.

    ***
    Do czasu gdy Selak opowiedział swoją historię, najbardziej znaną osobą, która kojarzyła się z cudownym ocaleniem, była serbska stewardesa Vesna Vulović. W 1972 roku, jako jedyna spośród 28 osób, przeżyła katastrofę lotniczą, która wydarzyła się na wysokości ponad 10 tys. metrów. Gdy maszyna przelatywała nad Srbską Kamenicą nastąpiła eksplozja. Samolot rozpadł się na dwie części. Vulović przeżyła, choć była w stanie krytycznym. Odzyskała władzę w nogach, wróciła do pracy w linii lotniczej, ale już w biurze. W Jugosławii została uznana za bohaterkę narodową.

    ***
    Przykłady innych cudownych ocaleń można mnożyć. Strażnik leśny Roy Cleveland Sullivan został trafiony piorunem aż siedem razy i przeżył.

    Tom Stilwell przy przechodzeniu z balkonu na balkon nowozelandzkiego wieżowca spadł z 14. piętra na dach parterowego budynku, który załamał się pod nim, hamując rozpęd.

    Z kolei 4-letni Joey Williams wypadł z 17. piętra hotelu w Miami, ale nic mu się nie stało, bo upadek zamortyzowało odbicie od liści palm, które rosły wokół basenu na 10. kondygnacji budynku.

    Urodzony w 1952 roku Brytyjczyk John Lyne w dzieciństwie wypił butelkę płynu odkażającego, spadł z konia, wypadł z wozu na jezdnię, gdzie potrąciła go ciężarówka, uderzył go piorun podczas jazdy na rowerze, spadł z drzewa i złamał rękę, a wioząca go do szpitala karetka uległa wypadkowi, w wyniku czego tę samą rękę złamał w innym miejscu.

    Jako dorosły dwukrotnie uniknął śmierci w kopalni, przejechał po nim autobus, podczas remontu domu poraził go prąd, miał dwa wypadki samochodowe, wpadł do kilkunastometrowej studzienki kanalizacyjnej. Uff, wystarczy...

    - Ludzie mówią, że jestem jak kot, który ma dziewięć żyć. Nie wiem, czy można to jakoś wytłumaczyć. Staram się tym nie przejmować. I tak nic nie zmienię - przyznał Lyne. I podkreślił: - Najbardziej muszę uważać w piątki trzynastego.

    Uważajmy i my. Zwłaszcza dziś - w piątek trzynastego.


    WEŹ UDZIAŁ W QUIZIE "CZY JESTEŚ PRAWDZIWYM KRAKUSEM?"



    "Gazeta Krakowska" na Twitterze i Google+
    Artykuły, za które warto zapłacić! Sprawdź i przeczytaj

    Codziennie rano najświeższe informacje z Krakowa prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!


    Czytaj treści premium w Gazecie Krakowskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo