Franz z Püdelsów: każdy miał jazdy - od euforii do depresji

    Franz z Püdelsów: każdy miał jazdy - od euforii do depresji

    Paweł Gzyl

    Gazeta Krakowska

    Gazeta Krakowska

    Franz Deadhunter, jeden z najbardziej znanych krakowskich muzyków, w czasie sesji zdjęciowej.
    1/2
    przejdź do galerii

    Franz Deadhunter, jeden z najbardziej znanych krakowskich muzyków, w czasie sesji zdjęciowej. ©Fot. materiały własne

    Jest na scenie już 35 lat. Grał w najważniejszych zespołach rockowych w Krakowie. Mówi, że nie oddałby za nic wolności, jaką daje mu muzyka. Oto szara eminencja krakowskiego rocka, czyli: Piotr "Franz Dreadhunter" Adamczyk.
    Młode chłopaki często marzą, żeby być gitarzystami w rockowych zespołach. Dlaczego Ty sięgnąłeś po bas?
    Nie było mnie stać na... perkusję. Zawsze chciałem grać na bębnach, bo się robi dużo hałasu i fajnie to wygląda. Poza tym, wydawało mi się, że bas będzie prostszy, ponieważ ma tylko cztery struny.

    W Twoim domu grało się?
    Ojciec grał na trąbce, matka na fortepianie, skończyła nawet szkołę muzyczną, ale w końcu wybrała medycynę.
    To stara rodzina z Tarnopola - i tam się zawsze grało. Dlatego ja też od 6. roku życia ćwiczyłem na pianinie kompozycje Chopina, kiedy w tym samym czasie moi rówieśnicy skakali po drzewach. Wcale mi się to nie podobało.

    Dlatego zostałeś zbuntowanym punkowcem?
    W wieku 15 lat wyprowadziłem się z domu. Mieszkałem u dziewczyn, u kolegów, różnie. W jednym z tych mieszkań miałem plakat Pink Floyd na ścianie. I kumpel zaproponował mi wymianę na Sex Pistols. Przykleiłem sobie więc tych obszarpańców nad łóżkiem i zacząłem kombinować: "Może to jest sposób na zabicie nudy?" Pozszywaliśmy sobie z kolegą jakieś łachy, przebiliśmy agrafkami policzki - i ruszyliśmy w miasto. To był rok 1978 - i wszystkich punków w Krakowie było tylko nas dwóch.

    Co sprawiło, że postanowiłeś założyć własny zespół?
    Byłem na koncercie Tiltu w klubie Pod Ręką, który funkcjonował przy ulicy Lea. Tak mi się spodobało, że wszyscy zaczęli na mnie wołać "Franz", bo taki pseudonim miał wtedy Tomek Lipiński z Tiltu. Nie namyślając się długo założyłem ze starszym kumplem, Ferdynandem Mordyłłą, pierwszą kapelę - Rolling Red Shit. To był ekstremalny czad: jedyny utwór, jaki zapamiętałem, opowiadał o próbie porwania samolotu z krakowskiego lotniska przez koleżankę Terakowską. (śmiech)

    Do legendy przeszedł występ Twojej kolejnej kapeli - Martwy Fiolet - w krakowskim liceum plastycznym.
    Zorganizował go tamtejszy nauczyciel. Pojawiłem się wystrojony w koszulkę zespołu Kiss, z wyrwanymi dwoma pierwszymi literami. Podczas koncertu zacząłem obrzucać widzów serkiem homo, a kolega wywijał nad ich głowami długim na metr metalowym łańcuchem. Ktoś zapalił światło, wezwano policję, musieliśmy więc uciekać przez okna. Dając susa kątem oka zobaczyłem w drzwiach mojego nauczyciela z liceum pijarów, który ostrym wzrokiem przyglądał się temu wszystkiemu. Kilka dni później, kiedy spotkał mnie na korytarzu, usłyszałem od niego: "Adamczyk - ty nie skończysz tej szkoły". I tak też się stało.

    A jak trafiłeś do słynnej grupy Düpą, prowadzonej przez nieżyjącego już malarza Piotra Marka?
    Mój kumpel, Józek Gradus, prowadził knajpę w Dworku Białoprądnickim. Kiedy dowiedział się, że mający tam próby muzycy szukają basisty, dał mi cynk. Poszedłem w tych swoich obszarpanych ciuchach, patrzę - a tam stoją elegancko poubierane chłopaki z gitarami pod pachami i czekają na przesłuchanie. Ale to w końcu ja zostałem wybrany. Bo organizującemu przesłuchanie Pudlowi pasowały moje punkowe powiązania. W efekcie wygryzłem w Düpą Piotra Marka z basu. (śmiech)

    Jak zapamiętałeś Piotra?
    Dzięki niemu nauczyłem się wszystkiego, co dziś umiem w muzyce. Ponieważ nie chodziłem do szkoły i nie pracowałem, miałem olbrzymie ilości wolnego czasu. Przesiadywałem więc u niego na Tarłowskiej godzinami, a on pokazywał mi, jak się komponuje, aranżuje, nagrywa. Mało tego - ponieważ był malarzem, wciągnął mnie też w plastykę i grafikę. To wszystko przydaje mi się do dzisiaj. I to on nazwał mnie Dreadhunterem.

    Zaskoczyło Cię jego samobójstwo?
    Wtedy w ogóle mi nie przyszło do głowy, że może się powiesić na strychu swego domu. Siedziałem u niego przez tydzień i graliśmy bez przerwy. Ponieważ byliśmy totalnie zmęczeni, postanowiliśmy zrobić sobie dzień przerwy. I wtedy to zrobił. Czy mogłem to przewidzieć? Nie wydaje mi się. Każdy z nas miał wtedy różne jazdy - od euforii do depresji.

    Może dlatego, że mocno eksperymentowaliście z nielegalnymi substancjami? Grałeś przecież też z zespołem Waghehe, którego muzycy mieli opinię największych świrów.
    Wszyscy wtedy eksperymentowali. Alkohol funkcjonował na scenie od zawsze. Potem pojawiły się grzyby halucynogenne, była też marihuana. Siedzieliśmy z chłopakami z Wahehe w ciemnym pokoju, w którym w różnych kątach włączone były radia i... graliśmy jakieś dziwne dźwięki. Dla mnie to było spoko - bo Piotr Marek zaraził mnie skłonnością do zabawy dźwiękiem.

    Lider grupy Wahehe również tragicznie skończył - ponoć do dziś przebywa w szpitalu psychiatrycznym.
    Był chory na schizofrenię. Poznałem go w niezwykły sposób. Jechałem z Piotrem tramwajem koło hali targowej przy Grzegórzeckiej. Nagle on mówi: "Patrz! Wiesz kto to jest? Beefheart!". Patrzę - a tam koleś szoruje po chodniku na kolanach, zostawiając za sobą dwa krwawe ślady. Nie wiem co się dziś z nim dzieje: jedni mówią, że żyje, inni, że nie.

    Może Ciebie ominął taki los, ponieważ wyjechałeś do Warszawy i zacząłeś grać z Tomkiem Lipińskim w Tilcie?
    W pewnym momencie ta punkowa zabawa zaczęła mnie nużyć. Akurat tak się złożyło, że pojechaliśmy z Piotrem Markiem grać jamajską muzykę na warszawski festiwal Rób Rege. Stolica mi się spodobała, bo przy Krakowie, w którym w Vis-a-Vis można było posiedzieć do godziny 21, tam były Hybrydy, gdzie zabawa trwała do rana. Pomyślałem więc: "Jak się teraz z tej nędzy nie wyrwę, to nigdy". Spakowałem walizę - i przeniosłem się do Warszawy. Najpierw grałem w zespole Deuter, a potem trafiłem do Tiltu.

    Dzięki Tobie zasłynął on z takich piosenek jak "Mówię ci, że" i "Rzeka miłości".
    Tak naprawdę zawsze interesowały mnie popowe piosenki. Kiedy byłem mały, zasłuchiwałem się w nagraniach z list przebojów. Poza tym musiałem się sam utrzymywać. Rodzice nie mieli nic przeciwko temu, żeby się buntował - ale powiedzieli: "Tylko zarabiaj sam na siebie". Dlatego szybko zrozumiałem, że muszę żyć z muzyki. Zagrałem Tomkowi kilka kawałów - i zmieniliśmy konwencję z punkowej na popową. W ciągu roku osiągnęliśmy duży sukces.

    To dlaczego nagle znalazłeś się w Lublinie i zacząłeś grać z Budką Suflera?
    Początkowo pojechałem na zastępstwo. Przywitał mnie Romek Lipko, zabrał do swojego domu - i pokazuje: szafa, która miała być dla papieża, ale przez to, że miała rysę, trafiła do niego. Potem pojechaliśmy na próbę, a tam Urszula chodzi w... białych falbanach z gazy. Trochę mnie to zraziło, więc pytam: "Dobra, Romek, wszystko pięknie, ale czy u was można pisać piosenki?". "Już mamy swoje" - odpowiada. Postanowiłem więc zostać tylko na jakiś czas, nie wiążąc się z nimi na stałe.

    W końcu trafiłeś jednak do Bajmu.
    Siedzę sobie w hotelu Victoria w Lublinie, a tu ktoś puka do drzwi. Stoi jakiś brodacz o gruzińskiej urodzie i się przedstawia: "Andrzej Pietras, mąż i menedżer Beaty Kozidrak". I wali prosto z mostu: Możesz zorganizować nowy skład Bajmu i napisać premierowe piosenki. Tylko masz trzy dni na dołączenie do nas". Co było robić? Poszedłem na próbę Budki i celowo mylę się w każdym utworze. Oni grają "Malinowego króla", a ja zamiast D walę C i udaję, że o niczym nie wiem. Oni wkurzeni, ale mówią: "Dasz radę, nauczysz się". I nie chcą mnie wyrzucić. W końcu spakowałem się - i dałem nogę. Lipko dostał szału...

    Jak wspominasz Beatę Kozidrak?
    Fantastyczna kobieta. Ściągnąłem swoich kumpli do Bajmu, odświeżyłem skład. Pietras się opiekował nami jak ojciec. Nagraliśmy razem płytę "Nagie skały", ale ponieważ zamienili wszystkie nasze partie na modne wtedy syntezatory, pożegnałem się z nimi. Rozstaliśmy się na planie filmu "Pan Kleks w kosmosie", gdzie grałem przybocznego księżnej w białej kurtce skórzanej z turkusami. Próbowali mnie zatrzymywać: "Człowieku, jedziemy za chwilę do Bułgarii, każdy przywiezie po dwie pralki!". Miałem to gdzieś.

    Wielu muzyków nie poradziło sobie po przełomie w 1989 roku. Jak Tobie się udało?
    Kiedy w kraju zaczęła się robić bryndza, pojechałem do Berlina, a stamtąd do Nowego Jorku. Poznałem tam awangardowego artystę Johna Langino, który robił olbrzymie rzeźby z metalu. Podczas pokazów ja grałem na gitarze, śpiewała też operowa wokalistka, a ludzie podziwiali jego prace. Tak czas mi zleciał do 1991 roku, kiedy postanowiłem wrócić do Polski.

    Trafiłeś wtedy na Bogdana Łyszkiewicza?
    Poznaliśmy przypadkiem w jedynym wówczas klubie bilardowym w Krakowie. Od razu zaproponował mi granie w Chłopcach z Placu Broni. Spędziłem z nim potem dziesięć lat. Byliśmy najlepszymi kumplami: on się opiekował mną, ja się opiekowałem nim, mówiliśmy sobie wszystko.

    Jego śmierć w wypadku samochodowym musiała być dla Ciebie sporym ciosem.
    Siedziałem w Pięknym Psie z Maleńczukiem, kiedy dostałem telefon, że Bogdan zmarł na stole operacyjnym. Ponieważ jego matka mieszkała wtedy za granicą, to ja musiałem się zająć pogrzebem. Nie chcieli mi jednak wydać ciała, bo nie byłem z rodziny. Ponieważ było wtedy lato stulecia, zadzwonili jednak do mnie po czterech dniach z Płońska, gdzie zginął - i ostatecznie pozwolili zabrać ciało. Zorganizowanie przejazdu i pochówku kosztowało mnie siwiznę w wieku trzydziestu lat.

    Ostatecznie znalazłeś spokojną przystań w Pudelsach.
    To był początkowo zespół towarzyski. Grało się z nim w Dworku Białoprądnickim dla dwudziestu osób - i sława szła po całym Krakowie. Występowałem z nimi raz na pół roku. Pewnego razu spotkaliśmy się jednak w Sopocie. Leżę sobie z Tomkiem Lipińskim i Bogdanem Łyszkiewiczem na plaży, patrzę, a tu wloką się szare twarze z Krakowa. Maleńczuk zaczął się do mnie rzucać: "Ty nie wiesz, jak to jest nie mieć na piwo". A ja na to: "Może nie wiem, ale wiem za to, jak jest mieć na utrzymaniu roczne dziecko". No i od słowa do słowa - wkurzyłem się i zadeklarowałem, że odchodzę od nich.

    W końcu jednak wróciłeś.
    Zadzwonił do mnie Pudel i biadoli: "Pomóż! Wszyscy odeszli". Zaczęliśmy robić nowe numery. Pewnego dnia oglądam telewizję - i widzę śmiesznego gościa w berecie, który robi zabawne show. Okazało się, że to Maciek Miecznikowski z Leszczy. Ściągnąłem go do Krakowa i zagraliśmy koncert w klubie Miasto Krakoff. Za słupem stał jednak Maleńczuk. I po występie przyszedł do nas mówiąc, że chce wrócić do zespołu. Mimo że próbowaliśmy z Miecznikowskim pół roku, zgodziliśmy się. Zorganizowaliśmy spotkanie z mediatorem i każdy powiedział jakie ma oczekiwania. Pudel chciał zarabiać kupę kasy, Maleńczuk - występować w wielkich halach. Mówię więc: "Dobrze, będziecie to mieli, tylko pozwólcie mi zrobić nową płytę po mojemu". Nagraliśmy potem "Wolność słowa" - i mieliśmy przebój.

    Wszystko dobrze szło, dopóki Was nie zostawił Maleńczuk.
    Było dużo koncertów, żyliśmy szybko, pojawiały się używki. Maleńczuk zaczął przebąkiwać o karierze solowej, graniu w teatrze, tworzeniu poezji. Do tego coraz częściej nie zjawiał się na koncertach. W końcu spotkaliśmy się podczas występu w hotelu InterContinental w Warszawie. Siedzimy w basenie, a on momencie mówi: "Odchodzę od was, bo pop mnie nie interesuje, chcę być twórcą teatralnym". To odpuściliśmy - bo wiedziemy, że jak spróbujemy dalej ciągnąć, to się nawzajem pozabijamy.

    Dzisiaj macie lepsze relacje z Maleńczukiem?
    3 października zagramy jubileusz z okazji trzydziestolecia Pudelsów w Małopolskim Ogrodzie Sztuki. Zaśpiewają niemal wszyscy wokaliście, którzy z nami występowali. Wśród nich Maleńczuk.

    Grasz już 35 lat. Nie zmęczyłeś się tym całym show-biznesem?
    Mogłem osiągnąć więcej. O to, że tak się nie stało, mogę mieć pretensje tylko do siebie. Ale cały czas mam w sobie ducha anarchisty. Dlatego wolę mieć mniej, ale być wolnym. Dzisiaj, kiedy tylko mi się zachce, pakuję walizkę i wyjeżdżam w świat. Nie oddałbym tego za żadną cenę.

    Franz Dreadhunter (ur. 22 lutego 1965 w Krakowie) - muzyk, kompozytor i producent. Współzałożyciel grupy muzycznej Püdelsi.
    Autor piosenek wykorzystanych w kilku polskich filmach. Związany z wieloma grupami muzycznymi m.in. Deuter, Tilt, PRL, Bajm, Homo Twist, Chłopcy z Placu Broni

    Püdelsi. Zespół powstał w 1985 roku z inicjatywy Andrzeja "Pudla" Bieniasza i Franza Dreadhuntera. Geneza Püdelsów sięga zespołu Düpą, który przestał istnieć po samobójczej śmierci lidera Piotra Marka. Kilka miesięcy później do zespołu dołączył Maciej Maleńczuk. W 1986 roku Püdelsi zostali laureatami festiwalu w Jarocinie. W 2005 Maleńczuk odszedł z zespołu, a jego miejsce zajął Szymon Goldberg. Z nowym wokalistą Püdelsi nagrali dwie płyty. W 2010 roku Goldberg opuścił zespół i został zastąpiony przez Piotra Forysia.

    Czytaj treści premium w Gazecie Krakowskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (1)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Darek,Piotr,ale jaja

    S.OS (gość)

    Zgłoś naruszenie treści

    Fajnie opowiadasz o życiu
    Pozdrawiam
    Sławek Kolega

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo