Głodowali, bo chcieli wolności. Walczyli o nią równe 30 lat temu

Marta Paluch
Fryderyk Czerwiński. Głodował, bo po prostu poczuł, że trzeba Adam Wojnar
Rotacyjny strajk głodowy w kościele Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w krakowskim Bieżanowie zaczął się 19 lutego 1985 roku. Trwał kilka miesięcy. Złączył protestujących na wiele lat. Przyjaźnią się do dziś.

Było ich 387 z 67 miejscowości w całej Polsce. Głodowali kilka miesięcy. Nie żądali chleba, podwyżek, przywilejów. Protestowali, bo wstrząsnęło nimi zabójstwo księdza Jerzego Popiełuszki. Przestali też bać się już wszechpotężnej kiedyś władzy. Właśnie mija 30 lat od protestu w kościele Narodzenia NMP w Bieżanowie.

Zebrali się w lutym
19 lutego 1985 roku zaczęły głodować osoby z numerami od jeden do osiem, dokładnie pięć miesięcy po zabójstwie ks. Jerzego. Właśnie aresztowano Andrzeja Gwiazdę, który chciał złożyć wiązankę kwiatów pod pomnikiem Poległych Stoczniowców, a księży w całym kraju spotykały represje.

W kościele na Bieżanowie zebrali się opozycjoniści, którzy chcieli zaprotestować przeciwko takiej sytuacji w kraju. Ich opiekunem została Anna Walentynowicz.

Gospodarzem głodówki, mimo że formalnie nie brał w niej udziału, był ks. Adolf Chojnacki. Głodujący wspominają go jednakowo: ciepły, serdeczny. Głośno mówił, co myślał.

W czasie "głodówkowych" mszy niejednokrotnie zwracał się do esbeków: Panowie, podejdźcie bliżej, bo słabo wam się nagra, nie zapłacą wam… W plebanii "nieznani sprawcy" często okna mu wybijali, opony w trabanciku cięli.
Był odważny. Bo trzeba było niesłychanej odwagi, by taki protest zorganizować. Zresztą, płacił za to do końca życia.

A, pójdę…

Fryderyk Czerwiński, uczestnik protestu, członek "S": - Bardzo równy ksiądz. Potem go załatwili. Pan Fryderyk ma do dziś swój numer "głodówkowy": 125. Każdy taki dostawał, bo strajk był rotacyjny: jedni zmieniali drugich, jak w sztafecie. - Pomyślałem sobie: a, pójdę. Wziąłem urlop i przyjechałem, po prostu - wspomina pan Fryderyk. - Akurat byłem w opozycji, więc jakoś tak wyszło…

Większość głodujących mówi podobnie, że "jakoś tak poczuli potrzebę". Nie bycia bohaterem, tylko przyłączenia się. Taki obywatelski obowiązek. Choć postulaty mieli różne: żeby przestać kłamać o Katyniu, prześladować księży, wypuścić więźniów politycznych.

Spaliśmy na ziemi
Głodówka odbywała się najpierw w kościele, potem po naciskach z różnych stron, musiała się przenieść do podziemi świątyni.
- Spaliśmy na ziemi, na materacach, na okrągło włączone było Radio Wolna Europa, słuchaliśmy audycji. Część przybijała pamiątkowe pieczątki z protestu na koperty, inni przepisywali bibułę przywożoną do Bieżanowa z całej Polski. Codziennie była msza - opowiada Czerwiński.

Były też chwile rozrywki. Opowiadano sobie kawały. Na przykład ten o Jaruzelskim. - Narysowana szubienica, pusta i podpis: "gdzie jest generał"? - wspomina Czerwiński.

Śpiewali piosenki, głównie ze stanu wojennego. - Na przykład: "Nie chcemy komuny" - przypomina sobie opozycjonista. To leciało tak:

"Był już krwawy Bierut i krwawy Gomułka
Potem krwawy Gierek, teraz Wojtka spółka
Obojętnie kto z nich będzie rządził krajem
Zawsze będzie rządził pałką i nahajem
Nie chcemy komuny nie chcemy i już!
Nie chcemy ni sierpa ni młota
Za Katyń, za Grodno , za Wilno i Lwów
Zapłaci czerwona hołota!"

Śpiewali, modlili się, pili wodę, gorzką herbatę, jedli tylko witaminę C. - Walentynowicz pilnowała dyscypliny, żeby nikt nie podjadał - wspomina Czerwiński.

Kiedy jeden z młodych księży wniósł aktówkę z wałówką, okrzyczała go i wręcz wyrzuciła za drzwi. Jak głodować, to głodować!
Fryderyk Czerwiński pościł cztery dni. - Dało się wytrzymać. Chociaż, kiedy potem wróciłem do domu i zjadłem bułkę, myślałem, że mi żołądek rozerwie, taki był skurczony - śmieje się.

Przejmowali pałeczkę

Grupy głodujących były kameralne, góra 20 osób. Może dlatego zawiązywali przyjaźnie na wiele lat. Ludzie z różnych miast. Bo o proteście szybko było wiadomo w całej Polsce. - Aby nas zmienić, ludzie zjeżdżali się ze Szczecina, Warszawy, Wrocławia - wspomina Fryderyk Czerwiński. Informacje przenosiły się pocztą pantoflową.

Tak też dowiedział się o proteście Dariusz Nowicki. Był wówczas studentem IV roku budownictwa na Politechnice Wrocławskiej, członkiem "S". Przyjechał do Krakowa tuż przed Wielkanocą, akurat miał wolne na studiach. Razem z nim głodowali też jego rodzice i brat, zaprzyjaźnieni z Anną Walentynowicz.

Nowicki z tamtego okresu pamięta Grób Pański, który przygotował w kościele ks. Chojnackiego. - Miał kształt celi z zakratowanym oknem, w której na katafalku leżało ciało Jezusa, na którego było skierowane punktowe światło. Obok stał krzyż, a pod nim sutanna, z zawiązanymi sznurkiem rękawami, podeptana buciorami. Na pamiątkę księdza Popiełuszki - wyjaśnia Nowicki.

Ten grób przychodzili fotografować esbecy. Nawet się niespecjalnie kryli. Zresztą, do kościoła można było wejść, nikt tego nikomu nie bronił. - Wchodzili tam, mieli dobre aparaty, dobre ciuchy. Wiedziałem skąd są, mieli to wypisane na gębach - opowiada Dariusz Nowicki.

Nie bałem się
Trochę inne wspomnienia ma Fryderyk Czerwiński. Jego do strajku wprowadziła koleżanka. - Bez wprowadzającego się nie dało, trzeba było pilnować, żeby lewusy nie wchodziły - podkreśla.

Lewusy, czyli esbecy lub ich tajni współpracownicy. Ale przychodzili i tak. Nie dało się tego uniknąć. - Był taki z Gdańska, niby przez opozycję przysłany. Ostentacyjnie wchodził, wychodził, nigdy go nie zgarnęli - wspomina Czerwiński. Ale głodujący jakoś się ich nie bali.

Większość z nich miała już swoje lata, niektórzy walczyli w Armii Krajowej, siedzieli w stalinowskich więzieniach albo mieli inne doświadczenia z komunistyczną władzą. Niełatwo było ich wystraszyć.

Nowicki: 17 razy zatrzymywali mnie na 48 godzin m.in. za drukarnię. W stanie wojennym miałem dwa wyroki, więc czego miałem się bać? Po proteście nic mi się nie stało. Nikt stamtąd nie wyciągał za fraki, nikt mnie ze studiów nie wyrzucił. W ogóle, wtedy nie było już tak strasznie, jak teraz się opowiada. Oni wcale nie byli wszechmocni.

Czerwiński: Wcześniej często mnie przymykali, zwłaszcza za bibułę. A po głodówce wróciłem do pracy jak zwykle. Co prawda kilka miesięcy potem mnie strasznie pobili, ale to za opozycję, nie za ten kościół…

Anna Staniec, wówczas 57-letnia, członek "S": Byłam na nich cięta. I nie miałam zamiaru się bać. Po tym, co przeszłam w Hucie, było mi wszystko jedno.

Mieszkała w Nowej Hucie, więc widok transporterów i suk milicyjnych jej nie dziwił. Kiedyś podczas manifestacji na os. Górali, ZOMO strzelało petardami (jeden z protestujących zginął, dostał w szyję, wykrwawił się). A ona matki w tym zamieszaniu szukała. Nie uciekała, stała jak słup soli, a petardy koło niej latały. Bała się, że jak się ruszy, zaczną celować do niej
- Zomowcy pewnie mieli ubaw - wspomina dzisiaj. Kiedy indziej wydarła się na milicjanta, że pijany na służbę przyszedł. - Darłam się, żeby puścili jednego takiego fotografa, który tylko robił zdjęcia. Aż mnie zaczęli uspokajać. A ja chciałam, żeby moje było na wierzchu - wspomina.

Mój numer: 222
Anna Staniec, dziś 88-letnia, zaczęła głodówkę w lipcu, z numerem 222. - Akurat przeszłam na rentę, mąż już dawno nie żył. No to poszłam do Bieżanowa. W końcu patriotką jestem -tłumaczy kobieta. Poza tym, znała księdza Popiełuszkę. - Przyjeżdżał do Mistrzejowic. Był taki cichy, spokojny, skromny, zupełnie jak na zdjęciu.

Przez większość czasu głodówki pani Anna przepisywała na maszynie bibułę. - Dobrze, że miałam co robić, bo kiedy mam zajęcie, nie myślę o jedzeniu - śmieje się. - Rozmawialiśmy, śpiewaliśmy, modliliśmy się. Wspaniale było - wspomina.

Wspomina, że co niedziela do kościoła przychodziło sporo ludzi, nie dało się szpilki wcisnąć na mszy. Byli ciekawi, co tam na proteście. Przyjeżdżali dziennikarze, jedna francuska redaktorka robiła wywiady z głodującymi.

- 21 lipca odsłoniliśmy tablicę upamiętniającą ofiary Katynia - wspomina pani Anna. Do dziś ma pamiątkę z tego odsłonięcia. Niewielki kwadracik, coś na kształt medalu czy obrazka, z katyńskim krzyżem i napisem: "W 45. rocznicę zbrodni tablicę ufundowało kilkaset osób głodujących w tutejszej świątyni (…)". - Tylko cztery takie zrobili - chwali się opozycjonistka.

Bitwa wygrana, ale…
Kiedy skończyli 31 sierpnia 1985 roku, byli zadowoleni.

Anna Staniec: Bitwa wygrana. Byliśmy, czuliśmy, że jesteśmy razem. Od początku należałam do "S", należę nadal. Tego mi nikt nie odbierze - podkreśla. Wróciła do bawienia dziecka, dorabiała sobie jako opiekunka.
Dariusz Nowicki, jeszcze podczas protestu obiecał sobie jedno: jego syn będzie miał na imię Solidariusz. Niedługo po wyjeździe z protestu z Krakowa ożenił się i faktycznie urodził mu się syn…

- Walczyłem o to imię przed różnymi sądami przez dwa lata. W końcu, w 1987 roku, Sąd Najwyższy się zgodził - opowiada z dumą. Gdy syn był mały, wołali na niego w zdrobnieniu: Solek, Solidar. Dzieciaki darły się z podwórka: Solidarność, wyjdź na pole! Dziś to już mężczyzna, ma 29 lat. - I nigdy imienia nie zmienił, więc chyba mu się podoba - uśmiecha się Dariusz Nowicki.

Fryderyk Czerwiński, kilka miesięcy po głodówce, wracał wieczorem do domu. W windzie dwóch typów go przygwoździło. "Pan Czerwiński?" Spytali. Gdy potwierdził, bili po głowie tak mocno, że obijała się o ściany. "My ci, k… wybijemy "Solidarność" ze łba!". Ledwo dowlókł się do mieszkania, tam go złapał paraliż. Przez rok dochodził do siebie.

Zemsta na księdzu

Najgorzej los obszedł się z księdzem Chojnackim. - To był patriota że hej! Ale źle się z nim obeszli. Niedługo po proteście został przeniesiony na parafię do Juszczyna. Tam warunki były straszne. Opuszczony dom, bez ogrzewania. Ksiądz z gorączką 38 stopni, a tam w domu minus dwa. Aż się płakać chciało - wspomina Anna Staniec.

Szczuli go. - Baba w ciąży przyszła, rzuciła mu się na szyję, że to jego dziecko niby. Podle z nim postępowali - podkreśla opozycjonistka. Raz była świadkiem, jak przyszli do księdza esbecy. - Zapowiedzieli wizytę. Wchodzą, a tam na ścianach zdjęcia ks. Popiełuszki, szarfy "Solidarności". On się w ogóle nie bał - opowiada Anna Staniec.

Mówili: tylu księży się ugięło, a pan? - A on na to: od tego jestem księdzem, żeby kazania mówić, a nie żebym się uginał - wspomina kobieta.

Sam zbudował nową plebanię, mieszał wapno, chodził w roboczych ciuchach. Kiedy jednak budynek już powstał, ksiądz znów został przeniesiony. Tułał się po Rumunii, Ukrainie.

Zmarł w 2001 roku, jest pochowany w Juszczynie. Głodujący z 1985 roku do dziś odwiedzają ten grób. Grób człowieka, który wtedy dał im wiarę i nadzieję.

Dziś w kościele Narodzenia NMP w Bieżanowie wisi tablica z nazwiskami głodujących. W 30. rocznicę tych wydarzeń, 18-19 lutego, zjechali się z całej Polski, by uczcić pamięć o wspólnym proteście. Wśród nich pani Anna, pan Fryderek i pan Dariusz.

Zobacz najświeższe newsy wideo z kraju i ze świata
"Gazeta Krakowska" na Youtubie, Twitterze i Google+
Artykuły, za które warto zapłacić!
Sprawdź i przeczytaj

Codziennie rano najświeższe informacje z Krakowa prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

n
nie nie

Teraz głodują ci, co wtedy nie głodowali. Ci którym rzekomo brakowało wolności mają wreszcie prawo do nie skrępowanego zdychania na śmietniskach, jak to mówił Churchill.

Dodaj ogłoszenie