18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Jan Hartman: Smoleńsk, powódź... trudny czas dla Polaków

Redakcja
KATARZYNA PROKUSKA
Udostępnij:
- Nawet najlepiej zorganizowana pomoc dociera do ludzi z opóźnieniem i nigdy nie rekompensuje faktycznych strat - mówi prof. Jan Hartman, filozofem z Uniwersytetu Jagiellońskiego w rozmowie z Markiem Bartosikiem.

Smoleńsk, teraz ta powódź. Co ten zbieg wydarzeń, jakie dotykają Polaków w ciągu pięciu ostatnich tygodni, oznacza dla emocji społecznych?
Ten rok, a przynajmniej jego pierwsza połowa, z pewnością będzie długo pamiętany przez ludzi jako trudny. W naturalny sposób nasuwa się myśl, że jesteśmy w jakimś ciągu niedobrych, trudnych do pojęcia wydarzeń, bo przecież trzeba tu dodać jeszcze problemy związane z chmurą pyłu wulkanicznego. Mnożenie się niedobrych wiadomości wywołuje poczucie, że opatrzność zsyła zły czas, że jest w tym coś nieprzypadkowego. Ludzie mają skłonność do wiary w opatrzność i w niewielkim stopniu przyznają sobie władzę stanowienia o własnym losie. Wierzący uważają, że wszystko jest z góry zaplanowane, ma swój sens, ukryte powody.

Kraków jeszcze nigdy nie był pod naporem takiej wody jak teraz.
Właśnie. W każdej chwili może się zdarzyć coś, co z nieszczęścia zrobi dramat na wielką skalę. Ale i bez tego mamy trudny czas, więc ludzie patrzą na władzę. Po Smoleńsku rząd zdał egzamin z umiejętności pokonania kryzysu organizacyjnego. Myślę, że tym razem także stanie na wysokości zadania. Zrobi wszystko, aby pokazać, że radzi sobie z powodzią, a społeczeństwo z pewnością to doceni.

Ale na razie zalewani ludzie są zrozpaczeni i wściekli. Przede wszystkim na władzę.

Pomoc, nawet najlepiej zorganizowana zawsze dociera z opóźnieniem i nigdy nie rekompensuje wszystkich strat. Ludzie dotknięci nieszczęściem zawsze są bardzo rozemocjonowani i choćby nie wiadomo, jak doskonałe były interwencje władz, część społeczeństwa dotknięta przez kataklizm będzie niezadowolona. To się jednak zmieni po kilku dniach. Rzeczą kluczową jest to, jak szybko uruchomi się wojsko, najlepiej do takich akcji przygotowane. Wygląda na to, że jego pomoc jest tym razem skuteczniejsza niż w 1997 r., nie powtarzają się trudności komunikacyjne między władzami cywilnymi a wojskowymi, jak to było wtedy. To, że właściciel zalanego domu skarży się i jest rozgoryczony, nie przesądzi o społecznym obrazie powodzi i ocenach reakcji władzy.

Czy stosunek Polaków do tego typu zdarzeń pomaga w radzeniu sobie z nimi?
W 1997 r. pokazaliśmy, że jeżeli nasza okolica jest zagrożona, to potrafimy bardzo szybko wziąć własne sprawy w swoje ręce. Tam, gdzie chodzi o samoobronę, potrafimy się zorganizować, ale gdy potrzeba szerszej mobilizacji społecznej na rzecz poszkodowanych lub zagrożonych, którymi sami nie jesteśmy, to patrzymy raczej w stronę władz. Zresztą, przeciętny obywatel nie ma wiele w takiej sytuacji do zrobienia, choć może na przykład starać się nie powiększać korków w miejscach, gdzie akurat trwa akcja ratunkowa. Ważne też, by nie ulegać panice.

Czy pojedynczy człowiek może się przygotować emocjonalnie na zderzenie z żywiołem?
Człowiek czy rodzina zagrożona przez żywioł nie mają innego wyjścia. Muszą się przygotować i to przeważnie polega na mobilizacji. W ludziach, którzy stają przed podobną sytuacją, wzbiera ogromna energia, bo muszą walczyć z żywiołem. Gdy już nieszczęście się wydarzy, wielu reaguje rozpaczą. Mówią o stracie dorobku całego życia, mają ogromne poczucie krzywdy, choć niektórzy, co trzeba jasno powiedzieć, sami są sobie winni. W Polsce mnóstwo domów stawia się na terenach zalewowych, władze często lekkomyślnie się na to zgadzają. Bardzo wielu Polaków oszczędza na ubezpieczeniach. Robią tak, bo mają nadzieję, że jeśli już dojdzie do poważnego nieszczęścia, to władza da im pomoc. Każda powódź jest okazją, by przed tym wszystkim przestrzegać. Władze mają obowiązek niesienia pomocy, ale nie mają obowiązku stuprocentowego wyrównywania powstałych w wyniku powodzi szkód.

Czego ludzie w takiej sytuacji najbardziej potrzebują? Jak im pomagać i sprawiać, by mieli poczucie, że nie są sami?
Największa odpowiedzialność spoczywa na sąsiadach mieszkających choćby odrobinę wyżej. To oni są zobowiązani moralnie do tego, by dotkniętym nieszczęściem nie tylko wyrazić współczucie, ale przyjść z realną pomocą. Jak mieszkamy blisko kogoś, kogo dotknęła powódź, to trzeba zaoferować swoją pracę, pożyczyć sprzęt, służyć dobrym słowem, może zaproponować bezpieczny nocleg. Tak już jest, że im bliżej ofiar nieszczęść mieszkamy, tym etyczne zobowiązanie do pomocy jest mocniejsze. Ci, którzy mieszkają z dala od powodzian, niewiele mogą zrobić. Troszczą się, martwią, oglądają to wszystko w telewizji. Zawsze gdy następuje katastrofa, to kawałek dalej toczy się normalne życie. I tak już musi być.

Rozmawiał Marek Bartosik

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie