Kasperczak wrócił, żeby coś tutaj udowodnić

Bartosz Karcz
Przy ul. Reymonta wierzą, że Henryk Kasperczak znów będzie przeżywał z Wisłą takie chwile
Przy ul. Reymonta wierzą, że Henryk Kasperczak znów będzie przeżywał z Wisłą takie chwile fot. jacek kozioł/archiwum
Gdy Henryk Kasperczak wkroczył do sali konferencyjnej na stadionie Wisły, gdzie miał za chwilę zostać przedstawiony jako nowy trener "Białej Gwiazdy", dziennikarze o mały włos nie pospadali z krzeseł. Nikt nie spodziewał się, że Bogusław Cupiał zdecyduje się jeszcze raz powierzyć swój zespół trenerowi, z którym przez ostatnie lata toczył prawne boje.

Po okresie nienawiści przyszło pojednanie, a przecież wcześniej była miłość. Bo też Kasperczak był pierwszym trenerem, który przynajmniej w części spełnił sen Cupiała o wielkiej Wiśle - nie tylko na krajowym podwórku.

Trudne początki
Pierwszy kontakt Kasperczaka z Wisłą nastąpił w 1998 roku. "Henri" prowadził wtedy reprezentację Tunezji. Do spotkania doszło w Afryce i właściciel Wisły namawiał Kasperczaka do powrotu do kraju. Wtedy do tego nie doszło, ale pierwszy krok został zrobiony. Do wiosennych spotkań sezonu 2001/2002 Wisła przystępowała jako faworyt. Mistrz Polski szybko jednak postradał przewagę w tabeli, a dwie porażki z rzędu przesądziły o losie Franciszka Smudy.

W piątek 15 marca Wisła przegrała z Legią 0:1 i straciła pozycję lidera. Dwa dni później pierwszy trening poprowadził już Henryk Kasperczak. Nowego trenera powitano w Krakowie z wielkimi nadziejami. Miał ratować mistrzostwo Polski, które wymykało się z rąk. Nie był jednak w stanie w ekspresowym tempie zmienić drużyny. Wisła walczyła co prawda o tytuł prawie do samego końca, lecz los tej rywalizacji został przesądzony w bezpośrednim starciu z Legią przy ul. Reymonta. Remis 1:1 oznaczał, że to warszawianie mogli się cieszyć z mistrzostwa Polski, a Wiśle pozostał tylko krajowy puchar.

Finałowe mecze Pucharu Polski z Amicą były zwiastunem tego, czego drużyna dokona w następnym sezonie. Jeśli można mówić o efektach pracy Kasperczaka, to właśnie wtedy pierwszy raz drużyna zagrała tak, że ręce same składały się do oklasków. W pierwszym meczu "Biała Gwiazda" wygrała we W**ronkach 4:2, a w rewanżu zdeklasowała rywali, gromiąc ich 4:0. To była jednak dopiero przygrywka do następnego sezonu, najlepszego w dziejach Wisły.

Zmiana mentalności
Henryk Kasperczak w pracy z Wisłą z chęcią wykorzystywał swoje kontakty w swojej drugiej ojczyźnie, Francji. Za jego kadencji właśnie do tego kraju zespół najczęściej wyjeżdżał na zgrupowania. Nową jakością były również sparingi z bardzo silnymi rywalami. Mecze z Olympique Lyon, Lens czy Monaco to były sprawdziany, które z jednej strony miały pokazać wiślakom, ile jeszcze im brakuje, ale z drugiej - uzmysłowić, że jednak można śmiało podjąć walkę z wyżej notowanymi rywalami.

Podczas tych zgrupowań piłkarze Wisły mogli się też przekonać, jak bardzo Kasperczak jest popularny nad Sekwaną. Nie było przecież przypadkiem, że ze znanymi trenerami rywali "Henri" witał się "na misia". Piłkarze to widzieli i coraz mocniej wierzyli w swojego szkoleniowca. A on wiedział, jak z nimi rozmawiać, przekonywać. Do znudzenia ćwiczył atak pozycyjny, grę z dziesiątkami podań, styl, którym Wisła miała wkrótce zadziwić nie tylko Polskę, lecz również Europę.

Kasperczak dokonał wówczas jeszcze jednej rzeczy. Przekonał piłkarzy, że nie muszą padać na kolana przed utytułowanymi rywalami. Przekonał ich, że nawet grając na wyjeździe z przedstawicielami zdecydowanie silniejszych lig, nie muszą się decydować tylko na obronę, że mogą się starać narzucać swój styl. O tym, że Wisła może coś zwojować w europejskich pucharach, świadczył już pierwszy mecz z Parmą na wyjeździe. Krakowianie co prawda przegrali 1:2, ale jakże inne było to spotkanie, od tego, które rozegrali na tym samym stadionie cztery lata wcześniej.

Identyczny był tylko wynik. Gra już zdecydowanie inna. Polski piłkarz, który nie pęka przed znanym rywalem, który potrafi, gdy trzeba, oddawać razy. To było coś nowego w naszym futbolu. A później przyszły znakomite spotkania. Rewanż z Parmą, potyczki z Schalke i choć przegrane, to pasjonujące boje z Lazio. Gdy wiosną Kasperczak wywalczył pierwszy raz w historii klubu dublet, wydawało się, że będzie pracował w Krakowie długie lata. Był królem, którego kochali kibice, a on sam uwierzył, że jest w klubie najważniejszą postacią po Cupiale. I to był jego błąd.

Pierwsze rysy
Na tym sielankowym obrazie pierwsze rysy pojawiły się późną jesienią 2003 roku. Wisła odpadła z Valerengą z Pucharu UEFA. Krakowianie w starciu ze słabymi Norwegami na próżno ostrzeliwali bramkę rywala przez 210 minut obu spotkań. Dwa remisy po 0:0, a później źle wykonywane rzuty karne przekreśliły szanse "Białej Gwiazdy" na kolejną wiosnę w europejskich pucharach. Z jednej strony tę porażkę potraktowano w Krakowie jako wypadek przy pracy, z drugiej zaś - przeciwnicy Kasperczaka dostali argument do ręki.

Cupiał przełknął porażkę. Musiał też pogodzić się z kolejnym sezonem bez Ligi Mistrzów. gdy rok później na drodze Wisły stanął Real Madryt. Gdy jednak z rozgrywek pocieszenia, za jaki uchodził Puchar UEFA, krakowian wyeliminowało Dinamo Tbilisi, w Krakowie zatrzęsła się ziemia. Do dymisji podał się cały zarząd, ale ani myślał tego robić trener. A wina Kasperczaka za tę wpadkę była bezsporna. Wiślacy zlekceważyli bowiem Gruzinów w pierwszym meczu. Przekonanie o wyższości, również trenera, było tak duże, że posadził na ławce Mauro Cantoro. Powód był taki, że Argentyńczyk miał pauzować za kartki w następnym meczu ligowym. Kasperczak chciał zatem przetestować ustawienie z Mariuszem Kukiełką w środku pola,uważając, że Gruzinów Wisła połknie specjalnie się nie wysilając. Przecież zaledwie kilka tygodni wcześniej krakowianie zdemolowali w eliminacjach LM inny gruziński zespół - WIT Georgia. Taka kalkulacja okazała się zgubna, a akcje, po których Wisła straciła dwie pierwsze bramki, poszły akurat przez środek, gdzie mógł grać Cantoro.

Słabnąca pozycja
Za porażkę w Dinamem początkowo zapłacili tylko działacze Wisły, z prezesem Tadeuszem Czerwińskim na czele. Kasperczak został na stanowisku, ale opozycja w stosunku do niego rosła w siłę. Nie było dla nikogo tajemnicą, że trener jest skonfliktowany z ówczesnym przewodniczącym rady nadzorczej Hubertem Praskim. Kasperczak za nic miał bowiem hierarchię w klubie. On chciał kontaktować się tylko z samym Cupiałem, pomijając przy tym wszystkich prezesów i innych działaczy. Długo wydawało się, że z tej walki o wpływy szkoleniowiec wyszedł zwycięsko. Został na stanowisku i praktycznie zapewnił Wiśle kolejne mistrzostwo Polski już jesienią. Po ostatnim meczu w 2004 roku rozpoczął się jednak spektakl, który z różnym natężeniem elektryzował piłkarski świat w naszym kraju przez kolejne lata.

Kasperczak został zwolniony, lecz ani myślał się z tym pogodzić. Przychodził do klubu, jakby nadal w nim pracował. Pojawił się też na konferencji, na której klub przedstawiał jego następcę, Wernera Liczkę. Toczył prawne boje z Wisłą. - Występuję w obronie zawodu trenera - argumentował swoją nieugiętą postawę. Zarzuty wobec Kasperczaka nie dotyczyły tylko porażki z Dinamem. Argumentowano, że choć to dobry trener, nie ma wyczucia do transferów.

Przez długie miesiące do ugody próbował doprowadzić prezes Janusz Basałaj. Bezskutecznie. W dodatku wiosną Wisła pod wodzą Liczki zatraciła swój styl. I choć zdobyła mistrzostwo, to grała po prostu brzydko, a kibice na każdym meczu skandowali nazwisko Kasperczaka. On toczył jednak już zupełnie inny mecz z klubem - na zapisy w umowie.

Mógł wrócić już w 2005 r.
Mało kto wie, że spór Wisły z Kasperczakiem mógł zakończyć się już pod koniec 2005 roku. Wtedy szkoleniowiec był już dogadany z "Białą Gwiazdą" i miał ponownie objąć zespół. Kontrakt był spisany i gotowy do podpisania. W papierowej wersji umowy znalazły się jednak zapisy, które wcześniej nie były ustalone, i Kasperczak zrezygnował, a Wisła zatrudniła Dana Petrescu.

Od tego momentu związki Kasperczaka z Wisłą ograniczały się do wymiany dokumentów, ewentualnie wizyt w sali sądowej. Kilka miesięcy temu szkoleniowiec przegrał sprawę z klubem, od którego domagał się ok. miliona złotych odszkodowania za zaległe jego zdaniem wynagrodzenie. Wyglądało na to, że w ten sposób już na dobre zakończył się związek Kasperczaka z krakowskim klubem. Tak jednak wydawało się wszystkim tylko do 15 marca br.

Podzielone opinie
Ponowne zatrudnienie Henryka Kasperczaka przez Bogusława Cupiała wywołało skrajne opinie. Oponenci zarzucają trenerowi brak honoru - uważają, że po wojnie, jaką stoczył z Wisłą, nie powinien teraz się z nią wiązać. Pojawiają się też argumenty o zachłanności, o wejściu drugi raz do tej samej rzeki z pobudek finansowych. Zwolennicy mówią, że jeśli ktoś ma ratować Wisłę, to najlepiej zrobi to właśnie Kasperczak.
Nie da się ukryć, że dla szkoleniowca praca w Wiśle to najwygodniejsze rozwiązanie. Od 2002 roku jest bowiem mocno związany z Krakowem. W Libertowie ma swój dom.

Kasperczak ma coś do udowodnienia. Przede wszystkim to, że wpadka w Górniku Zabrze, gdy spuścił ten zespół do I ligi, była tylko wpadką właśnie. Jedno jest pewne, Cupiał, zatrudniając Kasperczaka, zagrał va banque. Obaj mają wiele do wygrania, ale i wiele do stracenia. Argument, że spory poszły na bok, bo w tym wszystkim najważniejsza jest Wisła, nabierze prawdziwej mocy jednak dopiero wtedy, gdy Kasperczak udowodni, że wciąż nie jest wypalonym trenerem. Stanie się tak, gdy krakowianie wywalczą trzynasty tytuł mistrza Polski, a następnie wreszcie sforsują bramy Ligi Mistrzów.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

T
Tadek P

Czy takie zachowanie bramkarza mistrza Polski przystoi !!!!! Chyba tak dla trenera, dla którego nic się nie stało. Zaraz, z tego wynika, iż obaj ci panowie są przeciwko Wiśle i dlatego teraz to Wisła ich powinna "olać". Co Pan na to panie prezesie czy właścicielu klubu.
Bramkarz powinien przyznać się do swych błędów / a było ich w ostatnim meczu, oj było/ a nie pogardliwie wskazywać palec w kierunku kibiców.

Dodaj ogłoszenie