Kraków: lekarz oskarżony o korupcję

Artur Drożdżak
Prof. Stanisław C. (z lewej) wchodzi na salę rozpraw
Prof. Stanisław C. (z lewej) wchodzi na salę rozpraw Wojciech Matusik
49 zarzutów korupcyjnych ciąży na prof. Stanisławie C., lekarzu z Miejskiego Szpitala Specjalistycznego im. Gabriela Narutowicza w Krakowie. - Nie przyznaję się do winy - mówił we wtorek na sali rozpraw podczas rozpoczętego przed krakowskim sądem procesu.

Centralne Biuro Antykorupcyjne, które prowadziło śledztwo w tej sprawie, przesłuchało 850 świadków, ale większość zaprzeczyła, by lekarz domagał się od nich pieniędzy. Tylko kilkudziesięciu potwierdziło, że dawało gotówkę. - Oskarżony pełniąc funkcję publiczną przyjął korzyść majątkową - prawie 50 razy taką formułkę wygłaszał na sali rozpraw prokurator Waldemar Starzak. W zarzutach zmieniały się tylko kwoty: 200, 500 lub 1000 złotych.

Według ustaleń śledczych, między grudniem 2003 r. a marcem 2008 r. lekarz miał przyjąć w sumie około 30 tys. zł oraz butelki markowego koniaku. Za co mieli płacić pacjenci? - Chodziło przede wszystkim o szybsze załatwianie wykonywanych zabiegów w szpitalu oraz pewność, że to właśnie doktor C. będzie przeprowadzał operację - twierdzi prokuratura.

Na zabiegi na oddziale endokrynologii czekało się bowiem ok. 2-3 miesięcy. Jak uważają śledczy, po zapłaceniu łapówki ten czas skracał się do 2-3 tygodni. Prof. Stanisław C., zastępca ordynatora w Szpitalu im. Gabriela Narutowicza w Krakowie i kierownik Kliniki Chirurgii Endokrynologicznej Collegium Medicum UJ, to lekarz z ponad 30-letnim doświadczeniem.

Po zarzutach, które postawiła mu prokuratura, przestał pełnić funkcję zastępcy ordynatora i został zawieszony w prawach nauczyciela akademickiego UJ. Na sali rozpraw prosił, by swoje wyjaśnienia mógł składać z przerwami, bo przeszedł dwa zawały serca.

Dużo opowiadał o pracy w szpitalu, wykonywanych zabiegach, których było nawet 1100 rocznie, o tworzeniu poradni endokrynologicznej, a nawet o tym, że w tym roku ukazał się pierwszy od 30 lat podręcznik endokrynologii, którego jest redaktorem naukowym.

- Do prokuratorskich zarzutów się nie przyznaję, potwierdzam jedynie to, co mówiłem na pierwszym przesłuchaniu. Nie przeczę, że były przypadki, że pacjenci zjawiali się u mnie po operacji i starali się przynieść prezent. Nie były to jednak przypadki nagminne - dodał.

Zapewniał, że zawsze na pierwszym miejscu stawiał dobro pacjentów, nie uciekał przed odpowiedzialnością i trudnymi zabiegami chirurgicznymi. Zaprzeczał jednocześnie, by to on decydował o rozpisywaniu zabiegów operacyjnych.

Wytknął też prokuraturze, że nie jest kierownikiem katedry chirurgii endokrynologii. - Jest tylko klinika, taka katedra nie istnieje. I próbowałem już o tym powiedzieć na pierwszym przesłuchaniu prokuratorowi - zauważył. Proces odroczono do marca br. Wtedy będą zeznawać pierwsi pacjenci, którzy mieli wręczać łapówki.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie