"Ksiądz" czyhał na chłopców

    "Ksiądz" czyhał na chłopców

    Piotr Kanikowski

    Gazeta Wrocławska

    Aktualizacja:

    Gazeta Wrocławska

    W Wojcieszowie na Dolnym Śląsku wszyscy go znali jako księdza Patryka. Kiedyś faktycznie nosił sutannę, jednak za pedofilię został pozbawiony sakry biskupiej.
    Miał niewielki brzuszek i twarz pucułowatego dziecka. Dobre oczy, poczucie humoru. Chłopcy go lubili. Najbardziej Rafał.

    Z tym pierwszym razem nie do końca wiadomo jak było. Na pewno stało się to w maju 2006 roku, krótko po przyjeździe eksduchownego do Wojcieszowa. Rafał utknął w Jeleniej Górze. Nie miał czym wrócić do domu. Stojąc na ulicy, przypomniał sobie księdza Patryka z hotelu, który rozdawał chłopcom numer swojego telefonu, by dzwonili w razie potrzeby. Zadzwonił. Ksiądz przyjechał po niego.
    Rozmawiali po drodze, jakby się znali od dawna. Rafał myślał: "Jaki fajny człowiek". Wysadzając chłopca pod domem, ksiądz poprosił, by wpadł jutro na herbatkę. Nie wypadało odmówić. Przecież ksiądz mu pomógł. Przyszedł.

    Herbatka miała dziwny smak. Rafał wypił kilka łyków i poczuł, że nogi ma jak z waty. Osunął się na podłogę i stracił przytomność.
    Potem pamięta tylko, jak wciąga spodnie, sznuruje buty, zakłada kurtkę na goły tors, bo koszulka gdzieś się zawieruszyła. Ksiądz mówił, żeby się nie bał. Że wszystko będzie dobrze. Nikt się o tym nie dowie. Zaproponował, że następny raz nie będzie już za darmo.
    I jeszcze zapytał, ile Rafał ma lat. Chłopiec powiedział, że w lutym skończył piętnaście.
    - To dobrze - pokiwał głową ksiądz.
    To wersja ofiary, zapisana w sądowych aktach.

    Według zeznań Wojciecha K., było inaczej: gdy wiózł Rafała z Jeleniej Góry do Wojcieszowa, chłopiec chciał się odwdzięczyć. Zjechał więc samochodem w polną drogę, rozpiął rozporek i pozwolił mu się dotykać.
    Jeszcze w samochodzie Rafał miał mu zaproponować seks za pieniądze. Fałszywy ksiądz przyznał się w prokuraturze, że potem zapłacił nastolatkowi za pięć lub sześć stosunków. Nie czuł się z tym komfortowo, bo liczył na miłość, a nie płatnego partnera do łóżka. W. mówił, że kochał chłopaka, planowali wspólne życie. Chciał wyjechać z Rafałem z Wojcieszowa.

    Po herbatce, od której pod Rafałem ugięły się nogi, chłopiec widywał księdza koło hotelu. Mówił mu "Szczęść Boże", mężczyzna odpowiadał: "Bóg zapłać".
    Miesiąc później zerwał się ze szkoły. Nie szło mu w gimnazjum. Nie mając się gdzie podziać, poszedł do hotelu. Wielu chłopców z Wojcieszowa tam przychodziło, bo u księży był internet i stół do ping-ponga. To lepsze niż nudy na podwórku.

    - Ksiądz lubił się pobawić z młodymi ludźmi - zezna później w prokuraturze piętnastoletni Maciek.
    Wojciech K. zaprowadził wagarującego Rafała do salonu. Pogadali sobie życiowo: o szkole, o kłopotach w domu, o kolegach. Potem ksiądz rozebrał chłopca, ściągnął mu spodnie, majtki, koszulę i kazał położyć się na brzuchu. Potem "to" zrobił. Po wszystkim Rafał szybko się ubrał, wziął 50 złotych, które ksiądz przyniósł mu z biura.

    Według ustaleń prokuratury, takich stosunków było w sumie około 50. Wojciech K. początkowo płacił za każdy po 50 złotych. Czasem dorzucał drugie tyle. Potem zmienił system rozliczeń: dawał nastolatkowi coś w rodzaju kieszonkowego, 40 złotych tygodniowo, niezależnie od tego, czy doszło do współżycia, czy nie. Udzielał mu drobnych pożyczek. Zabierał Rafała i jego kolegów na konie, łyżwy, basen czy koncerty.

    Z czasem Rafał zaczął coraz częściej unikać intymnych kontaktów. Tłumaczył, że boli go brzuch lub źle się czuje. Mężczyzna nie nalegał.
    Rafał opuścił się w nauce, coraz częściej uciekał z lekcji, coraz więcej przesiadywał w hotelu. W domu dochodziło do konfliktów, bo rodzice sprzeciwiali się spotkaniom z księdzem. Syn nie chciał ich słuchać.

    Hotelik stoi na obrzeżach Wojcieszowa. Oficjalnie to Dom Pogodnej Jesieni Adalbertus, ale nie mieszkają w nim staruszkowie. Za to coś ciągnie tu kilkunastoletnich chłopców.
    Z czasem w miasteczku pojawiła się pogłoska, że przed osiedleniem się w Wojcieszowie ksiądz Patryk był zamieszany w pedofilską aferę na Dworcu Centralnym w Warszawie. W 2002 roku stołeczna policja rzeczywiście ujęła Wojciecha K. i 20 innych mężczyzn, którzy korzystali z usług seksualnych świadczonych przez kilkunastoletnich uciekinierów z ośrodków szkolno-wychowawczych.

    K. był wówczas byłym księdzem rzymskokatolickim i zwierzchnikiem niewielkiego Kościoła Starokatolickiego w RP, który dzięki jego zabiegom w 1996 roku Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji wpisało do oficjalnego rejestru Kościołów. W 1999 r. przyjął sakrę biskupią z rąk Norberta Szuwarta - mariawickiego biskupa z Niemiec.

    Po aresztowaniu pedofilów z Dworca Centralnego sprawą Wojciecha K. zajął się Sąd Kościelny. Postawiono mu 30 zarzutów. Biskup nie mógł bronić się na swym procesie, bo tymczasowo aresztowany czekał za kratami na zakończenie świeckiego śledztwa. Ale zdaniem Sądu Kościelnego, jego wina była bezsporna. Uznano, że Wojciech K. wykorzystywał stanowisko i władzę biskupią do uprawiania nierządu z podległymi mu nieletnimi i podopiecznymi parafii w Markach. Zakazał kultu Matki Boskiej i bluźnił przeciw jej imieniu. Wyłudził święcenia kapłańskie od biskupa Marka Kordzika poprzez oszustwo i ukrywanie swych pedofilskich skłonności. Fałszował dokumentację: za pieniądze podrabiał podpisy i wydawał dla Wojskowych Komend Uzupełnień niezgodne z prawdą zaświadczenia, że poborowi są diakonami lub klerykami seminarium. Spalił dokumentację Kościoła. Podstępnie przejął jego siedzibę główną w Wojcieszowie. Kanclerzowi kurii i biskupowi Markowi Kordzikowi zakazał wstępu do miasta.

    Za te przewiny 2 stycznia 2006 roku Sąd Kościelny Kościoła Starokatolickiego w RP ekskomunikował Wojciecha K., pozbawił go zwierzchnictwa i sakry biskupiej.
    14 września 2007 roku przed Sądem Rejonowym w Wołominie zakończył się proces pedofilów złapanych na Dworcu Centralnym. Okazało się, że w okresie od 1994 do 2000 roku Wojciech K. współżył z czterema piętnastoletnimi chłopcami. Wyrok - 6 lat więzienia - czeka na uprawomocnienie.

    Pod koniec stycznia 2008 roku, gdy matka Rafała miała już pewność, że ksiądz Patryk demoralizuje jej dziecko, opowiedziała o wszystkim policjantom ze Złotoryi. Odtąd sprawy potoczyły się błyskawicznie. 1 lutego fałszywy kapłan został tymczasowo aresztowany. W hotelu znaleziono nielegalne oprogramowanie, płyty i kasety wideo, ale nie było na nich tzw. twardej pornografii. K. nie zaprzeczał, że współżył z chłopcem. Tłumaczył, że Rafał skończył piętnaście lat, więc nie sądził, że to jest karalne. Złotoryjska prokuratura w ekspresowym tempie zebrała dowody przeciw Wojciechowi K. i skierowała akt oskarżenia do sądu.

    Za wielokrotne doprowadzenie Rafała do obcowania płciowego w zamian za korzyści materialne 16 czerwca tego roku Wojciech K. został skazany na rok więzienia. Sąd wydał mu też piętnastoletni zakaz kontaktów z młodzieżą. Nie może zajmować żadnych stanowisk związanych z wychowaniem, edukacją lub leczeniem nieletnich. Nie wolno mu sprawować nad nimi opieki.
    Podczas procesu fałszywy ksiądz Patryk wspomniał, że zawiódł się na Rafale. Słuchał jego zeznań i już wie, że z ich wspólnej przyszłości nic nie wyjdzie. Mówi, że chce zmienić swoje życie, sprzedać hotel, wyjechać. Marzy, by wrócić na łono Kościoła katolickiego.

    Imię chłopca, bohatera reportażu, zostało zmienione.

    Czytaj treści premium w Gazecie Krakowskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo