Lipnica Wielka: 2-letnie dziecko zmarło, rodzice mnożą pytania

Redakcja
Piotr Krzyżanowski
Rodzice 2-letniej Moniki Gombarczyk z Lipnicy Wielkiej zarzucają ekipie pogotowia z Jabłonki, że przez jej spóźnione działanie ich córeczka zmarła. Nowotarski szpital, któremu podlega pogotowie w Jabłonce, wszystkiemu zaprzecza. Sprawą obecnie zajmują się policja i prokuratura z Nowego Targu.

Do tragicznego wydarzenia doszło 9 lutego. Jednak dopiero teraz udało nam się porozmawiać z ojcem zmarłej dziewczynki Tadeuszem Gombarczykiem. - Dzień wcześniej byliśmy u lekarza w Lipnicy - wspomina gorzko pan Tadeusz. - Pani doktor zapisała Monice antybiotyk. Zdiagnozowała zapalenie oskrzeli. Potem okazało się, że dziecko miało zapalenie płuc i krtani.

Gdy rodzice wrócili do domu, nic nie wskazywało na to, że wydarzenia będą miały tak dramatyczny przebieg. Monika spała w nocy normalnie. Nagle nad ranem zaczęła charczeć i dusić się. Matka dziecka wezwała pogotowie.

- Przez ponad pół godziny nikt nie przyjechał. Zadzwoniłem drugi raz i dyspozytorka mi powiedziała, że właśnie wyjeżdżają. Przyjechali po prawie 50 minutach od pierwszego wezwania. Zamiast ratować Monikę, przeprowadzali ze mną wywiad. Nie wiedzieli, co się dzieje, mimo że przekazywałem dyspozytorce, że dziecko się dusi i umiera. Dopiero jak córka osunęła się bez tchu w ramiona mojej żony, lekarz zbadał jej puls i kazał zanieść dziecko do karetki - mówi pan Tadeusz.

Relacja rodziców Moniki jest dramatyczna. Szpital w Nowym Targu odrzuca jednak zarzuty rodziny z Lipnicy Wielkiej. Według jego wersji, akcja została przeprowadzona natychmiast. - Pogotowie na miejscu pojawiło się po 9 minutach - mówi rzecznik nowotarskiego szpitala Paweł Zieliński.

- Ekipa pogotowia przystąpiła natychmiast do reanimacji dziecka, jeszcze w domu. Dziewczynkę reanimowano także podczas transportu i w samym szpitalu. Zrobiono wszystko, co było możliwe, aby ją uratować. Lekarze faktycznie reanimowali dziewczynkę w karetce. W drodze do szpitala towarzyszył jej ojciec.

- Jechali bardzo wolno. Pielęgniarz strasznie długo podłączał aparaturę, strasznie długo rozwijał kable. Na dodatek zatrzymali się jeszcze na pięć minut w Jabłonce. Nie wiem po co - opowiada oburzony pan Tadeusz.

Rzecznik szpitala zapewnia, że karetka jechała tak szybko, jak było to możliwe. Gdy przybyli do szpitala, Moniką od razu zajęli się lekarze. Ojciec nie mógł towarzyszyć córce. Wtedy widział ją po raz ostatni. Nalegał, by ekipa pogotowia poddała się badaniu alkomatem.

- Policja zbadała załogę pogotowia w szpitalu na obecność alkoholu. Badania nic nie wykazały - poinformowała rzecznik KP Policji w Nowym Targu, Marta Kurczab-Drużkowska. Tadeusz Gombarczyk 18 lutego złożył doniesienie na policję o zaniedbaniu czynności przez lekarzy. - Gdyby przyjechali od razu i zajęli się Moniczką, córka by żyła - twierdzi.

Obecnie sprawą zajmuje się prokuratura. - Prokuratura prowadzi postępowanie o błąd w sztuce lekarskiej - mówi Zbigniew Gabryś, zastępca prokuratora rejonowego w Nowym Targu. - Zbadamy cały proces leczenia od momentu pierwszego kontaktu z lekarzem.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie