Profesor Jerzy Sadowski - lekarz z powołania...

    Profesor Jerzy Sadowski - lekarz z powołania

    Materiał partnera zewnętrznego

    Dziennik Polski 24

    Profesor Jerzy Sadowski - lekarz z powołania
    Spokój, opanowanie, precyzja. Perfekcyjne, delikatne ruchy, każdy nieomylny, przemyślany, trafiający w sedno problemu – tak operuje prof. Jerzy Sadowski.
    Profesor Jerzy Sadowski - lekarz z powołania

    – To dar od Boga – nie mają wątpliwości chorzy, którym prof. Jerzy Sadowski, jeden z najlepszych polskich kardiochirurgów, przywrócił zdrowe serca, bardzo często wyrywając ich z objęć śmierci.
    Światowa renoma



    Profesor uśmiecha się z zażenowaniem.

    – To przede wszystkim doświadczenie i lata praktyki, poświęcenie się bez reszty wybranemu zawodowi i operowanym pacjentom. Zawód lekarza jest zawodem specyficznym, wymagającym dużego zaangażowania, zajmującym nawet czas przeznaczony na życie prywatne i rodzinne.
    Nie jest typem biznesmena. Jego pasją jest kardiochirurgia. Klinika Chirurgii Serca, Naczyń i Transplantologii w Krakowskim Szpitalu Specjalistycznym im. Jana Pawła II, której przez długi czas był kierownikiem oraz sala operacyjna stanowiły przez lata niemal drugi jego dom. Tu spędzał całe dnie i często noce. I nigdy nie marzył o 8-godzinnym uregulowanym dniu pracy. Mimo intensywnego niekiedy zmęczenia.
    – Kiedyś mój wielki szef, prof. Jan Moll, gdy go zapytano, przez kogo chciałby być operowany, przez jakiego chirurga, czy mniej doświadczonego, czy bardziej doświadczonego, czy przez profesora, a może asystenta albo adiunkta, odpowiedział: przez chirurga wyspanego i wypoczętego – opowiada prof. Sadowski.
    – Tymczasem tempo życia, pracy i wszystkiego, co się wokół nas dzieje, zmusza nas do bardzo dużej aktywności i niepoddawania się nawet zmęczeniu.

    Praca przez całą dobę

    Kiedy się operuje, to między chorym a chirurgiem wytwarza się pewnego rodzaju więź emocjonalna.

    – I nie jest tak, że nasi kardiochirurdzy o godzinie 15 mówią: dziękuję bardzo, ja już skończyłem pracę, idę do domu i proszę do mnie nie dzwonić – mówi profesor. – Nie, ja nawet będąc poza kliniką, pracowałem. Telefony odbierałem przez całą dobę, także w nocy. Kiedy tylko działo się coś niepokojącego, dyżurujący zespół dzwonił do mnie dwa, trzy, a nawet pięć razy. Ale ja wolałem, aby zadzwonili w nocy, niż żebym o siódmej rano, podczas wizyty na intensywnej terapii, został czymś zaskoczony; bo można było np. podjąć jakąś korzystną dla chorego decyzję, zadziałać inaczej, a tego nie zrobiono, nie zawiadomiono mnie i dowiaduję się nagle o wszystkim dopiero rano. Wolałem więc, aby mnie budzono nawet dziesięć razy w ciągu nocy i żebyśmy podjęli decyzję natychmiast. I nie wyobrażam sobie, aby ciągłą dyspozycyjność całego zespołu operującego można było unormować jakąś pracą zmianową albo też pracą na konkretną liczbę godzin.
    Dr Ewie Sadowskiej, żonie profesora, początkowo trudno było przyzwyczaić się do ciągłej nieobecności męża.
    – Czuliśmy się takim gorszym domem, byliśmy na drugim planie, na pierwszym zawsze była praca. Dzieci, dziś w wieku 14, 10 i 8 lat, rosły praktycznie bez ojca – wyznaje pani Ewa. – Siadamy do kolacji, dzieciaki się cieszą, że nareszcie widzą tatę, a tu telefon z kliniki. Mąż odsuwa talerz, od razu zbiera się do wyjścia. Ja się wściekam, a Jurek mówi cicho i spokojnie: „Kochanie, tam ktoś umiera. Muszę jechać”. To był przełom, zaakceptowałam taki tryb życia naszej rodziny.

    Chirurg, a nie administrator

    Już od wczesnego ranka przed gabinetem prof. Sadowskiego spotkać można było tłum pacjentów, lekarzy, pielęgniarek. Drzwi się wprost nie zamykały, bo każdy przychodził z jakąś ważną, niecierpiącą zwłoki sprawą. Niektórzy szefowie klinik zajmują się tylko sprawami organizacyjnymi i administracją. Profesor był cały czas również chirurgiem czynnym zawodowo, a pogodzenie tych wszystkich obowiązków nie wydaje się przecież łatwe.
    – Pracy administracyjnej w klinice było rzeczywiście ogromnie dużo – przyznaje profesor. – Także inne dodatkowe obowiązki, m.in. uniwersyteckie oraz wynikające z działalności w różnych kardiologicznych i lekarskich towarzystwach naukowych zabierały mi sporo czasu. Byłem obecny np. w radzie naukowej warszawskiego Instytutu Kardiologii oraz w radzie naukowej Instytutu Gruźlicy i Chorób Płuc, a także, jako jedyny kardiochirurg, w zarządzie Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego. Mógłbym stwierdzić – to mnie nie interesuje. Ale kardiochirurdzy najbliżej współpracują przecież z kardiologami, można powiedzieć, że „dostajemy” pacjentów od kardiologów.
    Profesor dodaje, że mógłby jeszcze opowiedzieć o programach na temat różnych sposobów leczenia, które za pośrednictwem telewizji zespół kliniki przygotowywał dla lekarzy rodzinnych, albo o uniwersytetach trzeciego wieku, w których lekarze kliniki, również i profesor, prowadzili wykłady.
    – Różnego rodzaju spotkań, obowiązków było więc bardzo dużo, niektóre rzeczywiście dokładałem sobie sam – zauważa prof. Sadowski. – Często wyjeżdżałem też za granicę na konferencje i sympozja kardiochirurgiczne i kardiologiczne. Zespół kliniki aktywnie również współpracował z wieloma renomowanymi ośrodkami zagranicznymi, m.in. niemieckimi i amerykańskimi. Wspólnie z kolegami z zagranicznych placówek wykonywaliśmy wiele nowatorskich zabiegów.
    Profesor podkreśla, że kiedy był na miejscu, w Krakowie, to zawsze starał się robić dwie operacje dziennie. Nigdy nie potrafił inaczej, jest chirurgiem i praca administracyjna oraz inne obowiązki nie mogły mu przeszkadzać w wykonywaniu zawodu.

    Sprawna organizacja

    Klinika Chirurgii Serca, Naczyń i Transplantologii to duża jednostka. Wykonuje się tutaj 2,5 tysiąca operacji rocznie, a w budynkach, łącznie z Zakładem Hemodynamiki, pracuje 400 osób.
    Prof. Jerzy Sadowski zawsze też zaznacza, że w swym życiu zawodowym miał dwóch mistrzów: prof. Jana Molla, pioniera polskiej kardiochirurgii, oraz prof. Antoniego Dziatkowiaka, wcześniejszego szefa Kliniki Chirurgii Serca, Naczyń i Transplantologii, który w październiku 1988 r. dokonał pierwszego w Krakowie przeszczepu serca.
    – Dużo też się nauczyłem w czasie dwuletniego pobytu w Niemczech od prof. Volfganga Bircksa – komentuje profesor.
    – Miałem więc szczęście do świetnych nauczycieli. Korzystałem z ich doświadczeń, ale ślepo ich nie naśladowałem. Kiedy w 2001 roku zostałem kierownikiem Kliniki Chirurgii Serca, Naczyń i Transplantologii, zmieniłem jej organizację. Jako jedyny w kraju wprowadziłem system konsultancki – od momentu operacji pacjentem opiekował się chirurg, który przeprowadzał zabieg.
    On odpowiadał za tego chorego, za efekty jego leczenia, a jeśli trzeba, był do niego wzywany, także w nocy.

    Zgrany zespół

    Zespół prof. Sadowskiego od poniedziałku do piątku wykonywał dziennie 12 planowych operacji. Takie zabiegi trwają zwykle trzy do pięciu godzin, a każdy chirurg wykonywał przeważnie jedną lub dwie operacje dziennie. Niemal codziennie wykonywano również dodatkowo dwie, trzy operacje nagłe, niezaplanowane. Był też zespół wyłączony z planu operacyjnego dziennego, natomiast zabezpieczający całą dobę. Ale zdarzały się takie dni, kiedy ten zespół musiał nagle zrobić jedna za drugą trzy operacje.
    – Wtedy prosiłem któregoś z kolegów, nie mającego akurat dyżuru, o pomoc – opowiada profesor. – Czy mógł odmówić? Oczywiście, ale chodziło o to, aby koledzy się wspierali. I to funkcjonowało w naszym zespole. Zawsze starałem się tak zaplanować pracę, aby żadnego z tych zespołów nie wyeksploatować. Jeśli zespół operował w nocy, to starałem się, aby na drugi dzień koledzy byli odciążeni i zalecałem im solidny odpoczynek. Jednym słowem, w organizacji pracy zawsze elastycznie dostosowywaliśmy się do okoliczności, kierując się rozsądkiem.

    Rozwój pracowników

    Pierwsze operacje nowymi metodami prof. Sadowski przeprowadzał zawsze osobiście, biorąc na siebie pełną odpowiedzialność za ich rezultaty; dopiero później podejmowali je inni kardiochirurdzy z zespołu. Od początku postawił też na rozwój, nowoczesność i na wielokierunkowy charakter pracy. Chciał, aby koledzy mogli czuć się tak samo jak wybitni lekarze z innych krajów. Wiedział, że nie brakuje im zdolności, a ich wiedza i doświadczenie nie są mniejsze. Od młodszych kolegów wymagał w pierwszym rzędzie perfekcyjnego opanowania techniki chirurgicznej. Proces dochodzenia do samodzielności młodego operatora trwa jednak dosyć długi czas i w dużej mierze zależy od jego szefa – na ile chce rozwijać młodych ludzi, a na ile ich blokować.
    – Rolą szefa jest pomoc i stymulacja rozwoju pracowników, zachęta do robienia specjalizacji, doktoratów, bo wszystkie te działania pracują na wielkość ośrodka – uważa profesor. – Ale trzeba traktować każdego indywidualnie; z każdego umieć wydobyć to, w czym jest najlepszy.

    Światowy poziom

    Ciężka praca i zaangażowanie przyniosło efekty. Prof. Sadowski postawił krakowską kardiochirurgię na światowym poziomie. Dziś w klinice przeprowadza się wszystkie operacje serca, jakie się wykonuje w dużych ośrodkach kardiologicznych i kardiochirurgicznych w świecie, rozwinęła się też chirurgia naczyń, radiologia i kardiologia inwazyjna. Jest sala hybrydowa i centrum diagnostyczne z pełnym zapleczem, gdzie wykonuje się tomografię komputerową, rezonans magnetyczny i scyntygrafię.
    – W Krakowie możemy więc leczyć różne przypadki chorób serca i naczyń, także te najbardziej skomplikowane – podkreśla profesor.
    – To wymaga współpracy wielu zespołów, które tworzyły się u nas i rozwijały przez lata.
    Wiadomo już przecież, że w pewnych przypadkach opieranie się tylko na działaniach kardiologów albo tylko kardiochirurgów nie rozwiązuje problemu, potrzebna jest współpraca. Praca interdyscyplinarna – z kardiologami interwencyjnymi, z urologami, z torakochirurgami – to otwarcie na nowe sposoby i techniki kardiochirurgiczne oraz kardiologiczne, czyli ogromna korzyść dla pacjenta, bowiem niekiedy podczas jednej operacji można wykonać od razu kilka potrzebnych zabiegów. Niektórzy chorzy są nie do zoperowania klasycznymi technikami i kiedyś byliby skazani na śmierć. Dziś można operować pacjentów powyżej 80. roku życia.
    To wszystko wymaga nowych technik, nowych, innych sposobów. A także odwagi.

    Innowacyjne metody

    W 2005 roku zespół prof. Sadowskiego przeprowadził pionierską operację, pierwszą taką na świecie: implantację zastawki bezszwowej. Światowe media szeroko informowały o osiągnięciu krakowskiego Szpitala im. Jana Pawła II. A Kraków i cała Polska pękały z dumy.
    – Jako pierwsi na świecie nie wszywaliśmy zastawki, ze względu na to, że ona sama się rozpiera i utrzymuje w sercu – tłumaczy kardiochirurg. – Wymagało to wielkiej pracy całego zespołu, wielu przygotowań, ale wierzyliśmy, że się uda.
    Potem przyszły inne pomysły: m.in. ablacje torakoskopowe, też pierwsze na świecie, które w klinice zaczęto wykonywać wspólnie z Amerykanami.
    – Ablacja to zabieg polegający na chirurgicznym przecięciu dróg przewodzenia impulsów elektrycznych w mięśniu sercowym – wyjaśnia prof. Sadowski. – Operacje, kiedy w tym celu otwiera się klatkę piersiową, stosowane były od dawna. A my wprowadziliśmy metodę znacznie mniej inwazyjną, czyli ablację torakoskopową. Podczas tego zabiegu lekarze wykonują na skórze pacjenta niewielkie nacięcia i wprowadzają przez nie sondę, za pomocą której wypala się w sercu drogi przewodzenia impulsów elektrycznych.
    Kolejne innowacyjne zabiegi to wprowadzenie do zatoki wieńcowej stentu, aby zlikwidować niedomykalność mitralną
    – znów wspólna procedura z kardiologami interwencyjnymi. Z pewnością sukcesem było przezkoniuszkowe wszczepienie zastawki – również pierwsze w Polsce – oraz wszczepienie zastawki przez tętnicę udową.
    Po raz kolejny Kraków, Szpital im. Jana Pawła II, prof. Jerzy Sadowski oraz zespół operujący Kliniki Chirurgii Serca, Naczyń i Transplantologii UJ CM wymieniane były w kontekście nowatorskich osiągnięć kardiochirurgicznych w 2010 roku. „To pierwsza taka operacja na świecie! Zamknięcie tętniaka na bijącym sercu!”– donosiły media.
    – Jest to metoda, która pozwala na zamknięcie tętniaka lewej komory na bijącym sercu pacjenta, czyli bez otwierania serca – tłumaczy profesor. – Po raz pierwszy w medycynie wykorzystaliśmy do tego celu specjalne spinki, którymi od zewnątrz zamknęliśmy tętniaka. Ten zabieg można przeprowadzić bez użycia krążenia pozaustrojowego, czyli bez użycia sztucznego płuco-serca. Jest to metoda znacznie mniej inwazyjna dla organizmu od metody klasycznej, ponieważ serce cały czas pracuje.

    Nowoczesność XXI wieku

    O ile prof. Jerzy Sadowski nie jest typem managera i woli operować, niż zarządzać, to prof. Mieczysław Pasowicz, dyrektor Szpitala im. Jana Pawła II w latach 1991–2009 był bardzo sprawnym i innowacyjnym managerem. Bez jego inwencji, wdrażania nowych technologii i programów, stawiania na rozwój i nowoczesność placówki, wiele osiągnięć medycznych krakowskiego szpitala, w tym również zespołu prof. Jerzego Sadowskiego byłoby niemożliwych. Za kadencji dyr. Pasowicza Szpital im. Jana Pawła II, także kardiochirurgia i kardiologia, znacząco się zmieniły, dokonując skoku od razu w XXI wiek. Działania dyrektora doprowadziły do budowy gmachu nowoczesnej kliniki kardiochirurgii, całkowitej modernizacji i przebudowy starych obiektów szpitala oraz reorganizacji i rozszerzenia jego działalności medycznej, z czego pacjenci do dziś korzystają. Był pomysłodawcą pierwszego w Polsce projektu cyfrowego szpitala, który przekształcił w jedną z najlepiej zarządzanych placówek w kraju, a także Zintegrowanego Centrum Specjalistycznej Medycyny Ratunkowej oraz Krakowskiego Centrum Badań i Technologii Medycznych finansowanego ze środków UE. Prawdziwym hitem okazało się wdrożenie najnowszych metod obrazowania serca i tętnic wieńcowych (jako pierwszy szpital w Europie Środkowej), szybkiej diagnostyki, badań genetycznych oraz telemedycyny, a przede wszystkim rozwijanie programu miniinwazyjnej kardiochirurgii i interwencyjnego leczenia zawału serca. W czasie kadencji dyr. Mieczysława Pasowicza zrealizowano i przygotowano najwięcej w Polsce projektów finansowanych z Unii Europejskiej.

    Operować i uczyć

    – Szpital im. Jana Pawła II i klinika kardiochirurgii to moje ukochane miejsce pracy, widziałem, jak powstawała, jak wszystko zmieniało się na lepsze – wspomina prof. Sadowski. – Temu miejscu poświęciłem najlepsze lata życia, nie miałem nawet wtedy czasu założyć rodziny. Czasami po trzy dni nie wychodziłem z pracy. Dopiero dziś mam trójkę małych dzieci. Oddając złoty skalpel – odziedziczony po moim poprzedniku prof. Antonim Dziatkowiaku – mojemu następcy prof. Bogdanowi Kapelakowi, mam więcej czasu na cieszenie się zawodem. Nie mam już na głowie administracyjnej machiny, która zazwyczaj nie pomaga, a tylko przeszkadza.
    Dziś profesor ma wreszcie czas na uczenie młodszych kolegów, wspieranie ich i rozwijanie. Każdy przypadek jest bowiem inny, każdy pacjent jest inny – to doświadczenie wskazuje nam, jak wybrnąć z najtrudniejszej sytuacji.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Polecamy

    NAUCZYCIEL ROKU | Trwa głosowanie, można jeszcze zgłaszać kandydatów

    NAUCZYCIEL ROKU | Trwa głosowanie, można jeszcze zgłaszać kandydatów

    HIPOKRATES MAŁOPOLSKI 2018 | [WIELKI FINAŁ WOJEWÓDZKI]

    HIPOKRATES MAŁOPOLSKI 2018 | [WIELKI FINAŁ WOJEWÓDZKI]

    Posiłki w więzieniach czyli tak wygląda jadłospis skazańców [ZDJĘCIA]

    Posiłki w więzieniach czyli tak wygląda jadłospis skazańców [ZDJĘCIA]

    Bezdymna rewolucja: jak nowatorskie wyroby pomagają opornym palaczom

    Bezdymna rewolucja: jak nowatorskie wyroby pomagają opornym palaczom