Statek, który niegdyś rozsławiał

    Statek, który niegdyś rozsławiał miasto

    Halina Gajda

    Aktualizacja:

    Gazeta Krakowska

    MS Gorlice został wybudowany w Stoczni Szczecińskiej im. Adolfa Warskiego w Szczecinie w 1964, tzw.„lewant”. Pływał po Morzu Śródziemnym.

    MS Gorlice został wybudowany w Stoczni Szczecińskiej im. Adolfa Warskiego w Szczecinie w 1964, tzw.„lewant”. Pływał po Morzu Śródziemnym. ©Archiwum MBP Gorlice

    Pięćdziesiąt lat temu drobnicowiec MS Gorlice został ostrzelany w porcie w Aleksandrii. Po statku nie ma już śladu, ale był ciekawym elementem historii naszego miasta.
    MS Gorlice został wybudowany w Stoczni Szczecińskiej im. Adolfa Warskiego w Szczecinie w 1964, tzw.„lewant”. Pływał po Morzu Śródziemnym.

    MS Gorlice został wybudowany w Stoczni Szczecińskiej im. Adolfa Warskiego w Szczecinie w 1964, tzw.„lewant”. Pływał po Morzu Śródziemnym. ©Archiwum MBP Gorlice

    Gorlice miały kiedyś swój statek. Mało kto dzisiaj o tym jeszcze pamieta, ale rzeczywiście tak było. Nazywał się MS Gorlice. Drobnicowiec. Pierwszy i ostatni w historii miasta.

    - W 1964 roku na jego pokładzie piłem najlepszą kawę - opowiada Czesław Kłapsa, gorliczanin. - Była pyszna, choć nie miałem porównania z innymi, bo wówczas z gatunków kaw, znałem tylko zbożową - śmieje się.

    Próba dotarcia do informacji, dlaczego armator wybrał takie imię, jest trochę jak szukanie igły, po omacku i w ciemnym pokoju.
    Teorii jest kilka, od politycznych - statek miał być formą uhonorowania jakiegoś lokalnego, partyjnego notabla, po prozaiczne - ot, przypadek, zrządzenie losu. Wszak MS Gorlice był jednym z trzech na literkę „G”, które wówczas powstały.

    Z bobowską koronką, gorlickimi akwarelami

    MS Gorlice został wybudowany w stoczni w Szczecinie. Głównym projektantem statku był inż. Ryszard Kamiński. Gorlice były ostatnim, trzecim statkiem serii B49, po jednostkach Grudziądz i Głogów, zbudowanym dla Polskich Linii Oceanicznych.

    - Został zwodowany 24 marca 1964 roku. Ukończony 30 czerwca, wszedł do eksploatacji na liniach śródziemnomorskich - opisuje Krzysztof Adam-czyk, współautor albumu floty PLO.

    Matką chrzestną była Maria Wąsik, gorliczanka, telefonistka z Fabryki Maszyn Glinik.

    - Rozbiłam butelkę szampana, przecięłam siekierą wstęgę - opisywała potem. - Nie chciało mi się wierzyć, dlaczego to właśnie mnie wybrano na matkę chrzestną - wspominała.

    Załoga przyjęła ją z pełnymi honorami - siedziała z najważniejszymi w salonie oficerskim, traktowana wręcz po królewsku. Tradycją było, że władze miasta, którego imię przybierał statek, mogły umieścić na nim różne drobiazgi. I tak na Gorlicach pływały bobowskie koronki, były zdjęcia miasta autorstwa Mieczysława Staszewskiego oraz akwarele Stanisława Hübnera. Niektóre były malowane na szkle.

    Ciekawostką jest to, że na początku czerwca 1967 roku, podczas wojny sześciodniowej, MS Gorlice został ostrzelany, gdy stał w porcie w Aleksandrii.

    - Działo się podczas działań wojennych pomiędzy Izraelem a Egiptem. Jeden z członków załogi został wówczas ranny - przytacza jeszcze Adamczyk. - Poza tym, MS Gorlice były pierwszym polskim statkiem, który zawinął do tureckiego portu Güllük - uzupełnia.

    Z mniej znanych faktów - MS Gorlice miały ewakuować grupę Polaków, którzy w 1974 roku przebywali na Cyprze. Wtedy doszło tam do zamachu stanu, interweniowała armia turecka. Polacy zostali przewiezieni do Libanu.

    MS Gorlice był, nawet jak tamte czasy, średnim statkiem. Załoga liczyła 36 marynarzy. Były też cztery miejsca pasażerskie. Jednostka miała niewiele ponad 110 metrów długości i piętnaście szerokości.

    Kawa, której smak wspomina do dzisiaj

    Czesława Kałapsa miał okazję załapać się na wyjazd na uroczystość podniesienia bandery. Określenie „załapać się” jest tu jak najbardziej na miejscu i nie ma w nim złośliwego podtekstu.

    - Byłem w pracy, w prezydium powiatowej rady narodowej, gdy padło hasło, że są wolne miejsca w autobusie, który wiózł lokalną wierchuszkę właśnie na wspomnianą okazję - opowiada. - Nie namyślałem się ani sekundy, tylko zgłosiłem. Dzisiaj nie pamiętam już czy pojechałem, jak stałem, czy zdążyłem jeszcze wpaść do domu - wspomina.

    Miał wtedy 25 lat, wyjazd był pierwszym w życiu nad Bałtyk. Podróż trwała kilkanaście godzin i trudno było uznać, że wygodna, ale adrenalina - że statek, morze, historyczna chwila - niwelowała wszelkie niedogodności. Cała delegacja liczyła około dwudziestu, może trzydziestu osób.

    - Uroczystość trwała jakieś dwie godziny. Oczywiście nie obyło się bez płomiennych przemówień, zachwytów, zapewnień o współpracy - relacjonuje. - Po wszystkim, zostaliśmy zaproszeni na poczęstunek i najważniejszą kawę w moim życiu - uśmiecha się. - Najważniejszą, bo pierwszą - dodaje dowcipnie.



    Łatwo się domyślić, że delegacja została naturalnie podzielona - najważniejsi poszli na mniej oficjalne rozmowy do messy oficerskiej, reszta, czyli ci „załapańcy” mogli trochę pozwiedzać statek, port.

    - To było niesamowite wrażenie stać na pokładzie kilkanaście metrów nad powierzchnią ziemi - opowiada.

    Kłapsa wspomina, że wszędzie byli traktowani z wielką serdecznością, nikt nie dał im odczuć, że są przybyszami z drugiego końca Polski, którzy często morza, nie widzieli morza, nie mówiąc już o chodzeniu po pokładzie statku.

    Ponoć smak kawy ciągnie się za nim do dzisiaj.

    - Choć piłem niejeden gatunek, żaden nie miał aromatu tej z MS Gorlice - mówi z serdecznością.

    Pomarańcze i wypchany krokodyl od marynarzy

    MS Gorlice bywał w pewnym sensie w Gorlicach. Oczywiście nie przedzierał się Wisłą do Ropy, ale w mieście bywała załoga. Raz liczniejsza, raz skromniejsza, ale zawsze witana z honorami. I dotyczyło to obu stron. Marynarze objęli patronacką opieką szkołę podstawową nr 1. Od czasu do czasu przedstawiciele załogi przyjeżdżali do Gorlic.

    - Najważniejsze co przywozili to... pomarańcze - opowiada Stanisław Kozieł, emerytowany nauczyciel, niegdyś dyrektor szkoły. - Dzieci miały frajdę, którą trudno opisać, ale też dzisiaj zrozumieć - dodaje.

    Marynarze przywozili też pomoce naukowe - do szkoły miał trafić między innymi wypchany krokodyl, kraby morskie, afrykańskie maski, które znalazły swoje miejsce w klasach. Dyrekcja szkoły była na MS Gorlice z rewizytą. Dla gorliczan był to niemały szok, żeby nie powiedzieć, że zderzenie z zupełnie inną rzeczywistością, przede wszystkim tą, nazwijmy ją, konsumpcyjną - cytrusy, prawdziwa kawa. - Kapitanowi Stefanowi Domańskiemu, który pod koniec lat siedemdziesiątych i na początku osiemdziesiątych, przewodził jednostce, Gorlice stały się szczególnie bliskie - opowiada dalej Kozieł.

    Na dowód pokazuje pocztówkę wysłaną z tureckiego miasta Termessos. Kapitan pisze:

    - Jesteśmy w drodze do Syrii, port Latakia. Powrót do Gdańska przewiduję na 15 czerwca. Będziemy chcieli Was odwiedzić, proszę przysłać zaproszenie na czerwiec.

    Domański, o Gorlicach wspomniał jeszcze w jednym liście, ostatnim, który przed stanem wojennym trafił do Gorlic. Zapowiada w nim wizytę w naszym mieście. Przekazuje pozdrowienia dla nauczycieli, załogi Fabryki Maszyn, lokalnych włądz i działaczy.

    - Jakoś mi tęskno za Gorlicami - pisze. - Wydaje mi się, że kogoś najbliższego tam zostawiłem - uczucia do Was wszystkich. Gdy tylko dorwę moment, zaraz tam jestem - czytamy dalej.

    Wspomina wizytę dzieci w stoczni i na statku. - Pani wychowawczyni J. Augustyn (śp. najprawdopodobniej chodzi o śp. Janinę Augustyn - kom. red) dokonała chyba najbardziej życiowej dla niej sprawy tj. złożenia wizyty na statku. Jestem jej za to ogromnie wdzięczny, nie tak często bowiem spotyka się tak pracowitą opiekunkę dzieci - podkreśla.

    Spotkaniom w Gorlicach towarzyszyły opowieści wilków morskich o dalekich krajach. Z kolei podczas pobytu gorliczan na statku, po porcie snuło się rzewne Góralu, czy Ci nie żal. - Byłem w wielu pomieszczeniach statku i na własne oczy się przekonałem, że praca tam nie była ani łatwa ani przyjemna - ciasne kajuty, gorąc, cięźka praca - dodaje.

    Stanisław Kozieł o dalszych losach Domańskiego wie tylko tyle, że po tym, jak zakończył służbę na „Gorlicach” został przeniesiony na „Jagiełłę”. Zresztą, podczas stanu wojennego, załoga zmieniła się, nowi członkowie nie mieli kontaktu z Gorlicacmi.

    Smutna wyprawa w ostatnią drogę

    MS Gorlice pływał po basenie Morza Śródziemnego przez 21 lat. W 1985 roku zdecydowano o wycofaniu go z eksploatacji. Miał trafić do fińskiej stoczni Hamina. Został po prostu sprzedany na złom. Chichot losu sprawił, że w ostatnią podróż z Gdańska wyprawiał go kapitan Marian Kasprzyk, gorli-czanin. Pilotował statek na pełne morze.

    - Z tego co mi się kojarzy, MS Gorlice miał jeszcze dostarczyć ostatni ładunek, a potem już tylko kurs na Finlandię i stocznię złomową - opowiada.

    Pamięta za to doskonale dyskomfort: gorliczanin wyprowadza Gorlice na koniec żywota. Poprosił, by marynarze zdjęli banderę, która tego dnia wisiała na flagsztoku. Ci oryginalną prośbę spełnili.

    - Przywiozłem ją potem do szkoły podstawowej nr 4 - mówi.

    Próbowaliśmy ją odszukać, ale bezskutecznie. Być może ktoś kiedyś ją po prostu wyrzucił. O ile, z samego statku nie zostało wprawdzie nic, natomiast zachowało się kilka dzienników okrętowych.

    Zbiór ten trafił do Działu Dokumentacji Naukowej Narodowego Muzeum Morskiego w Gdańsku, który zajmuje się gromadzeniem różnego rodzaju archiwaliów, m.in. zdjęć, rysunków technicznych statków itp. Dzienniki okrętowe MS Gorlice, które znajdują się we wspomnianym, obejmują okres od grudnia 1976 do 1985 roku. Taki dziennik to zapis wszystkiego, co działo się na statku podczas rejsu.

    Ot, dla przykładu w jednym z wpisów, podczas postoju w Antwerpii, kapitan zdecydował, że marynarz, który pełni wachtę od godz. 12 do 16 oraz od północy do czwartej na ranem, w razie dobrej widoczności, należy polecić pracę na mostku lub jego rejonie.

    Inny wpis dotyczy kiepskiej pogody - kapitan donosi w nim, że fale zalewają pokład i pokrywy luków. Jest i taki: w czasie wachty nic szczególnego się nie wydarzyło, poza tym, że marynarz wachtowy nie zgłosił się do pracy.

    O konsekwencjach, nie ma tam ani słowa.

    Gorlice miały jeszcze jedną, wprawdzie dużo cieńszą, nitkę łączącą ją z morzem - chodzi o inny statek, a mianowicie MS Beskidy, któremu patronowała Rafineria Nafty Glimar.

    W Gorlicach jedynym śladem po morskiej historii jest makieta statku na ścianie biblioteki przy ul. Jagiełły.



    WIDEO: Gęsty gorący dym nad miastem. W Gorlicach zapaliła się sortownia śmieci

    Źródło: GORLICE.TV Sp. z o. o.

    Komentarze (1)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    pisownia

    www (gość)

    Zgłoś naruszenie treści

    Szanowna pani Halino, z całą serdecznością dla Pani: trzeba sprawdzać tekst, przed jego publikacją, stylistyka i niedopasowane końcówki rodzajowe powodują podczas czytania krwawienie z oczu,...rozwiń całość

    Szanowna pani Halino, z całą serdecznością dla Pani: trzeba sprawdzać tekst, przed jego publikacją, stylistyka i niedopasowane końcówki rodzajowe powodują podczas czytania krwawienie z oczu, zwłaszcza w tak poważnym portalu jak GKzwiń

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Polecamy

    Pół roku za pół ceny! Świąteczna promocja prenumeraty cyfrowej Gazety Krakowskiej

    Pół roku za pół ceny! Świąteczna promocja prenumeraty cyfrowej Gazety Krakowskiej

    Szukamy maluchów na okładkę

    Szukamy maluchów na okładkę "Gazety Krakowskiej" [GŁOSOWANIE ZAKOŃCZONE]

    SPORTOWIEC MAŁOPOLSKI 2018 | Wybieramy najlepszych!

    SPORTOWIEC MAŁOPOLSKI 2018 | Wybieramy najlepszych!

    Od królowej przedmieścia do globalnego koncernu

    Od królowej przedmieścia do globalnego koncernu