Tylko on wie, co jest w czarnej skrzynce

Dorota Kowalska
W szkole w Dęblinie był m.in. pilotem-instruktorem
W szkole w Dęblinie był m.in. pilotem-instruktorem fot. Maksymilian Rigamonti/REPORTER
Udostępnij:
Edmundowi Klichowi, szefowi Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, niektórzy nadali przydomek "Szalony", inni uważają, że to doskonały ekspert, świetny pilot, a przede wszystkim uczciwy, godny zaufania i szacunku człowiek.

Polacy poznali Klicha kilka dni po katastrofie prezydenckiego tupolewa pod Smoleńskiem. Jako szef państwowej komisji poleciał na miejsce katastrofy jako jeden z pierwszych. - Lotnictwo państwowe jest w permanentnym kryzysie - ocenił kategorycznie szef PKBWL. Jego zdaniem katastrofa CASY nie nauczyła tych, którzy mogli naprawić system, niczego.

Klicha oddelegowano do Międzynarodowej Komisji Lotniczej pracującej w Rosji. Przez kilka tygodni była cisza, ale ostatnio Klich znowu przypomniał o sobie. Najpierw obwieścił, że nie ujawni informacji z czarnej skrzynki, a potem oficjalnie potwierdził, że w kabinie pilotów prezydenckiego samolotu była osoba spoza załogi, generał Andrzej Błasik, ówczesny dowódca Sił Powietrznych RP, który siedział w kabinie do samego końca. I samą obecnością mógł wywierać wpływ na decyzje pilotów...

Skąd tyle emocji w wyważonym człowieku? W środowisku lotniczym nie jest tajemnicą, że Klich przyjaźni się z bratem Marii Kaczyńskiej. Może więc śmierć tak bliskiej dla przyjaciela osoby, ma wpływ na człowieka, który bada przyczyny tej katastrofy?

Kiedy pojawia się w studiu telewizyjnym, zapewne premier Donald Tusk i Andrzej Seremet, prokurator generalny, wstrzymują oddech. Czekają: wypali coś, czy nie. Niektórzy Edmundowi Klichowi nadali już przydomek "Szalony", inni twierdzą, że daleko mu do obłędu, bo Klich to doskonały fachowiec, świetny pilot, a przede wszystkim uczciwy człowiek.

Opinia publiczna, zwłaszcza ta, która nie interesowała się sprawami lotnictwa, poznała Edmunda Klicha kilka dni po katastrofie prezydenckiego tupolewa pod Smoleńskiem. To Klich, jako szef Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, poleciał na miejsce katastrofy jako jeden z pierwszych. Ale kiedy polscy politycy mówili o tym, że wszystko jest pod kontrolą, on przeciwnie: że spod kontroli się wymyka.
Opowiadał o "zmuszaniu go do współpracy z prokuratorami", "braku pomocy ze strony rządu" i "chaosie panującym w Rosji". Nie zostawił też suchej nitki na strategii, jaką nasza administracja przyjęła względem Rosjan. Stwierdził, że w relacji ze stroną rosyjską pozostajemy dziś w kategorii petenta.

- Ja wiem jaki jest tego wszystkiego cel i kto robi larum - mówił szef PKBWL. - Ludzie, którzy są odpowiedzialni za tę katastrofę chcą zwalić wszystko na pilotów. A oni są tymi, którzy na końcu łańcucha zbierają błędy wszystkich. Błąd tkwi bowiem w systemie. Lotnictwo państwowe jest w permanentnym kryzysie - ocenił kategorycznie szef PKBWL.

Jego zdaniem katastrofa CASY nie nauczyła tych, którzy mogli naprawić system, niczego. - Tamten wypadek, wypadki Bryzy, Mi-24, Kani to były wszystko wypadki systemowe. Nie naprawiono systemu po CASIE. Wprowadzono zalecenia, których wykonanie jest fikcją - podkreślał.
Zaraz po tych słowach, Edmund Klich wylądował na dywaniku u premiera Donalda Tuska. Na czele komisji badającej w Polsce przyczyny katastrofy pod Smoleńskiem stanął szef MSWiA Jerzy Miller, a Edmunda Klicha oddelegowano do Międzynarodowej Komisji Lotniczej pracującej w Rosji. Przez kilka tygodni była cisza, ale Klich niebawem znowu przypomniał o sobie. Bo kiedy prokurator generalny Andrzej Seremet rano na konferencji prasowej zapewniał dziennikarzy, że wciąż nie znamy dokładnej godziny katastrofy, on dwie godziny później oznajmił: prezydencki tupolew rozbił się o godz. 8.41 i sześć sekund.

No i ostatni tydzień: to Edmund Klich oficjalnie potwierdził, że w kabinie pilotów była piąta osoba, a w poniedziałek w programie "Teraz my" uściślił, że chodzi o gen. Andrzeja Błasika, ówczesnego dowódcę Sił Powietrznych RP, który siedział w kabinie do samego końca. Ludzie, którzy znają Edmunda Klicha zadają sobie pytanie, czemu służy to wychodzenie przed szereg, dawkowanie emocji. Obowiązujących teorii jest przynajmniej kilka.

- To bardzo dobry fachowiec, wstrzemięźliwy w wyrażaniu opinii - mówi Tomasz Hypki, ekspert lotnictwa. - I wcale nie zdziwiło mnie ani ostatnie, ani poprzednie wystąpienia Edmunda Klicha. Opinia publiczna i media domagają się informacji, dlaczego miałby tej informacji nie przekazać, skoro jest w jej posiadaniu? - pyta retorycznie. Hypki zauważa, że wypowiedzi Edmunda Klicha wymagały od niego wielkiej odwagi i nawet jeśli były kontrowersyjne to, co znamienne, nikt im merytorycznie nie zaprzeczył.

W podobnym tonie wyraża się Grzegorz Sobczak ze "Skrzydlatej Polski". - Rozmawiałem z Edmundem Klichem wielokrotnie i zawsze bardzo ważył słowa, nigdy nie wypowiadał pochopnych opinii - mówi. I dodaje, że być może Klich chciał swoimi opiniami wpłynąć jakoś na dowództwo Sił Powietrznych, bo od lat podnosi problem szkolenia pilotów podkreślając, że jest w fatalnym stanie.

Gen. Sławomir Petelicki, twórca GROM, ma na temat wystąpień Edmunda Klicha własną teorię. - Najpierw płk. Klich rozpoczął szczerze i mówił, jak się rzeczy mają, za co natychmiast został wezwany do premiera Tuska. Teraz dziwnym trafem mówi o rzeczach mało ważnych dla śledztwa, aby odciągnąć uwagę mediów od problemów Bogdana Klicha i polskiej armii, w której jeszcze nigdy nie było tak źle, jak jest teraz - twierdzi.

Edmund Klich z polską armią, konkretnie z lotnictwem, związany jest od 1961 roku. Służył w jednostkach lotniczych Sił Powietrznych i Wyższej Oficerskiej Szkole Lotniczej w Dęblinie na stanowiskach od instruktora-pilota do zastępcy dowódcy pułku i starszego inspektora bezpieczeństwa lotów.

- Kiedy byłem dziekanem wydziału lotnictwa w Wyższej Oficerskiej Szkole Lotniczej w Dęblinie, on był moim zastępcą - mówi płk. Janusz Ziółkowski. - Świetny pilot. Kiedy odchodził od nas do Wojskowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych wystawiłem mu dobrą opinię, więcej chyba mówić nie trzeba - dodaje płk. Ziółkowski. Michał Fiszer, były pilot, dzisiaj ekspert wojskowy opowiada, że spotkał się z Klichem, kiedy ten pracował już w komisji, ale szła za nim opinia świetnego pilota.- Słyszałem o nim, jako o pilocie, tylko same dobre rzeczy - mówi Fiszer. Jednak wielu pragnących zachować anonimowość pilotów podkreśla, że Edmund Klich nie ma doświadczenia w lotach z wieloosobową załogą.

W1997 roku Edmund Klich doktoryzował się na Wydziale Wojsk Lotniczych i Obrony Powietrznej Akademii Obrony Narodowej. Był wicekomendantem Wydziału Lotnictwa Wyższej Szkoły Oficerskiej Sił Powietrznych, a od 2000 zajmuje się badaniami wypadków lotniczych, najpierw w Wojskowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych. W 2006 roku, za rządów Jarosława Kaczyńskiego został szefem PKBWL.
- Wypadki lotnicze bada od lat, zna zasady funkcjonowania wojska, na pewno jest jednym z najlepszych ekspertów w tych dziedzinach w kraju - ocenia Grzegorz Sobczak.

Jeden z pilotów opowiada, że Edmund Klich zraził się do dowództwa Sił Powietrznych pracując w Wojskowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, bo to on badał przyczyny katastrofy samolotu Iskra w 1998 r., w której zginęło dwóch pilotów i katastrofy Irydy, do jakiej doszło dwa lata wcześniej. Zarówno pierwsza, jak i druga sprawa budziła wiele emocji.

- Na komisję, w której pracował Klich wywierano naciski, to go mocno zniechęciło do tych, którzy szefują Siłom Powietrznym - opowiada nasz rozmówca. I dodaje, że badając wypadki lotnicze i wiele lat samemu będący pilotem, Klich jak mało kto w tym kraju, wie, w jak opłakanym stanie jest dzisiaj polskie lotnictwo. - A teraz najżarliwiej atakują go ci, którzy ponoszą za to odpowiedzialność: wysocy rangą urzędnicy MON i generalicja - mówi Hypki.

Prywatnie Edmund Klich jest ponoć sympatycznym, aczkolwiek małomównym człowiekiem. - To nie jest typ brata łaty, ale nie stwarza podczas rozmowy barier. Tyle, że waży słowa, to nie jest człowiek, który powiedziałby coś, czego nie chciałby powiedzieć - uważa Sobczak.

Skąd więc tyle emocji w tak bardzo wyważonym człowieku? W środowisku lotniczym nie jest tajemnicą, że Edmund Klich przyjaźni się z płk. Konradem Mackiewiczem, bratem Marii Kaczyńskiej, która wraz z mężem Lechem Kaczyńskim, prezydentem RP, zginęła pod Smoleńskiem. Może więc śmierć tak bliskiej dla przyjaciela osoby, ma wpływ na człowieka, który bada przyczyny tej katastrofy?

A może Edmund Klich wypowiedział wojnę dowództwu Sił Powietrznych, świadomy, że jeśli nic się nie zmieni w szkoleniu pilotów, takich tragedii będzie coraz więcej?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie