Źle jest, panie dobrodziejaszku

Jan Poprawa
fot. archiwum
Pogrążony w smutku i bezsilnej złości, z trudnością sklecam te kilkaset prostych słów w felieton. Oj, źle jest, panie dobrodziejaszku, źle jest. Ale od razu uspokajam co wrażliwszych Czytelników: tym razem nie polityka mnie przygnębia. Nie słupki sondaży, szalejące jak barometr w Smoleńsku.

Nawet nie pomyłki państwowych rejestratorów karalności, którzy "zapominają" odnotować w aktach to i owo (choć wyobraźnia podsuwa pytanie, czy w kartotece kogoś innego niż p. Lepper też nie ma podobnych "przeoczeń"?). I nawet nie przygnębia - choć powinno - kolejne "wzmocnienie kadrowe" telewizyjnej Jedynki, dla zwiększenia skuteczności prowadzonej tam wyborczej agitacji (zwanej na Woronicza "publicystyką", albo zgoła "informacją") sięgającej właśnie po niedawnych pretorian magistra Ziobry. W tej sprawie człek doświadczony może sobie przecież przypomnieć, jak to za jego życia kończyły się różne telewizyjne manipulacje, jak lud prosty podsumowywał prace zlecone różnych rozełkanych albo rozćwierkanych propagandowo "Dzienników telewizyjnych" i innych tworów propagandy na miarę "warto rozmawiać"...

Stała się jednak rzecz znacznie gorsza niż powołanie jednego nieudacznika na polityczny urząd szefa telewizyjnej "Jedynki". "Wisełka" przegrała. Ból, taki jak mój, odczuło wielu. Ale nie chcę pisać o innych, w tak ważnej i delikatnej kwestii - wolę o sobie. W sprawie własnych uczuć jestem autorytetem na miarę europejską. Więc mnie osobiście owa wieść straszna o tym, co się we wtorek stało, dopadła w samochodzie, gdy wracałem do Krakowa z kolejnego objazdu kraju. Wracałem kontent, syty, a nawet chwilami szczęśliwy. A tu męski głos red. Soleckiego z samochodowego radyjka i nowina niczym grom. I wizja piłeczki, ślizgającej się po łysej głowie p. Jopa. Austerlitz, po prostu. Austerlitz.

Dla uspokojenia przypominam sobie, jak było tuż przed nieszczęściem. Wisełka prowadziła w tabeli, kiedy wyruszyłem do Elbląga. Moje śmigłe autko (ze stajni inż. Kasprzyka) dzielnie przejechało w poprzek Polskę całą. W Elblągu, nadal nieutulonym z żalu po utraconej wojewódzkości, ale zawzięcie budującym sobie nowiuteńkie Stare Miasto, odbywał się przez cały weekend szumny i ciekawy Festiwal Sztuki Słowa. Bardzo przyjemna impreza, o charakterze wyraźnie ogólnopolskim. Rywalizują w niej teatrzyki amatorskie (te dość słabe, choć warszawskiej trupie "Fiakier" reżysersko pomagał krakowianin na wygnaniu Stanisław Dębski), ścigają się w konkursie monodramiści (dowodząc, że monodram jest sztuką trudną).

Jest też w elbląskiej imprezie konkurs recytatorów. Ruch recytatorski w Polsce koncentruje się na Kielecczyźnie, więc trudno się dziwić, że triumfowali ludzie ze Skarżyska Kamiennej czy Ostrowca Świętokrzyskiego, z cudownym panem Kogutem na czele. Pan Kogut zachwycił mówieniem prozy Gombrowicza. Uwierzcie czy nie, ale niewielu znam aktorów, którzy z samych słów potrafiliby stworzyć taką jak Panakogutowa kreację!

Oczywiście "sztuka słowa" sprawdzona została także w rywalizacji piosenkarzy. Konkurs "piosenki poetyckiej" był ciekawy, choć w większości zaludniony przez debiutantów lub artystów młodziutkich. Wśród nich, nawet tak zdolnych jak Ewa Cieślak z Grudziądza (nominowana do tegorocznego krakowskiego finału SFP), Marek Janik z Bytomia, Tadeusz Seibert z Malborka i inni - wyróżniali się dojrzałością i rozmiarami talentu weterani: Tomasz Steńczyk z Elbląga (minioną jesienią nagrodzony w Krakowie na SFP), Aga Kostencka z Wejherowa (po dwudziestoletnim milczeniu!) i Barbara Broda-Malon z Pszczyny (profesjonalna śpiewaczka w typie Walewskiej).

Z Elbląga przeniosłem się w inną rzeczywistość, profesjonalną bardzo, choć też serdeczną. W Poznaniu spontaniczny komitet obywatelski, z Magnificencją Wojciechem Mullerem na czele, przygotował w Teatrze Polskim (tym, co go "Naród Sobie" sprawił) jubileusz 25-lecia zespołu "Czerwony Tulipan". Olsztyńskiego co prawda, ale i w Poznaniu kochanego. Nieprzeliczone w nim się zmieściły atrakcje, tańczyły młode tancerki, śpiewał chór mieszany, miłe panie grały pieśni "Tulipana" na lirze korbowej, strojni panowie - na dudach wielkopolskich. Był nawet wyzwolony z poznańskiej porządności artysta Bajzel. A po wszystkim wielki menago Jan Babczyszyn gościł Jubilatów i ich gości w swej piwniczce, pokazując wspaniałe miejsca koncertowe, jakie jego, dyrektora Marka Raczaka (i pewnie wielu innych) staraniem powstały w okolicach tak długo nielubianego poznańskiego Pałacu…

Syty wrażeń wędrowałem potem jeszcze do Wrocławia, stawałem w interesach i towarzyskich potrzebach w Opolu. Aż wreszcie przyszła ta chwila straszna, gdy galopowałem po autostradzie A4… Głowa p. Jopa śniła mi się potem przez noc całą. Zrywałem się z histerycznym krzykiem: "przecież łysego się nie brylantynuje"! We śnie dochodziłem wręcz do wniosków i podejrzeń równie okropnych, jak rozmówcy Pospieszalskiego w Jedynce. Może to poznańczycy spod znaku Lecha rozpylili na Suchych Stawach mgłę? Albo p. Putin osobiście nakłonił p. Jopa (wszak ten grywał w Rosji), by zrobił przykrość krakowianom i skwasił ich pychę z niedawnego poszerzenia atrakcji Wawelu…

Na szczęście śpię krótko. Teraz na jawie myślę już racjonalnie. Wisełka przegrała. Wisełka przegrała. Wisełka…
============06 Autor zdjecia 5 left(15646739)============

============04 Autor Opinie 13 B(15646748)============

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie