Krnąbrna fryzjerka

Artur Drożdżak
Nie lada skandal wybuchł na wiosnę 1936 r. w konserwatywnym Krakowie. Śmietankę towarzyską miasta zbulwersował pospolity donos, jaki nieopierzona praktykantka w zakładzie fryzjerskim na ul. Grodzkiej 3 złożyła na swoją szefową Franciszkę B. Poszło m.in. o pracę w niedzielę.

Postępowanie karno-administracyjne przed obliczem starosty zakończyło się 27 kwietnia 1936 r. niekorzystnie dla Franciszki B., bo skazaniem na karę 21 dni bezwzględnego aresztu. W oparciu o materiały zebrane przez inspekcję pracy uznano, że właścicielka zakładu fryzjerskiego złamała przepisy poprzez zatrudnianie, przez prawie dwa lata bez wynagrodzenia, młodocianej uczennicy Apolonii Ś. Za bezprawne uznano także zabranie od 17-letniej dziewczyny, tytułem kaucji, weksla gwarancyjnego i niezłożenie go w banku polskim, instytucji kredytowej lub samorządowej.

49-letnia Franciszka B., zamężna, zamieszkała na ul. Kołłątaja 3, nie przyznawała się do winy. Z jej wyjaśnień wynikało, że w sierpniu 1934 r. przyjęła w charakterze praktykantki Apolonię Ś., młodą, zdolną, dobrze się zapowiadającą. Zawarła z nią umowę na piśmie, na mocy której w zamian za praktykę w zakładzie 17-latka miała otrzymywać mieszkanie i utrzymanie. Wszystko było w porządku do listopada 1935 r., potem praktykantka zaczęła źle się sprawować.

- I to na tej podstawie zerwałam umowę w marcu 1936. Potwierdzam, że jako gwarancję dotrzymania współpracy wzięłam weksel na 300 zł, który do dziś jest w moim posiadaniu. Z chwilą zaprzestania dawania mieszkania i utrzymania wręczałam Apolonii Ś. tygodniówki w wysokości 1-2 zł. Ona też dostawała datki od klientów - wyjaśniała obwiniona. Praktykantka zeznała z kolei, że co prawda dostawała wynagrodzenie, ale było niewystarczające.

- W końcu w listopadzie Franciszka B. kazała mi się wyprowadzić, bo nie miała u siebie miejsca, umowę zerwała. Dostałam jeszcze od niej 5 zł. Jako kaucję wzięła weksel na 300 zł i kategorycznie odmówiła mi jego zwrotu. Ponadto byłam stale zatrudniana w niedzielę i w czasie praktyki Franciszka B. chciała mnie też wysłać do Mielca do zakładu fryzjerskiego, którego właściciel miał jej za to płacić - twierdziła rozżalona praktykantka.

Obwiniona odwołała się do sądu okręgowego, tym bardziej że, ku jej zaskoczeniu, okazało się, że za sprawą Apolonii Ś. została zaocznie skazana - i to dwa razy na - 200 zł grzywny z zamianą na 10 dni aresztu. W imieniu Franciszki B. adwokat dr Władysław Kołodziejczyk z Rynku Głównego 26 wnosił o łagodny wyrok łączny.

- Wobec tego, że oskarżona jako kobieta sama prowadzi zakład fryzjerski, z czego utrzymuje siebie i dwoje dzieci, z których jedna córka jest chora nieuleczalnie, a sama oskarżona jest nerwowo chora, nie jest w stanie przestrzegać wszystkich skomplikowanych przepisów dotyczących ochrony pracy. I wykroczenie jej przeciw tym przepisom spowodowane było nie tyle złą wolą, ile ciężkimi warunkami, w jakich pracuje - pisał adwokat. W grudniu 1936 r. sąd ostatecznie zadecydował, że kobieta ma zapłacić tylko jedną grzywnę 200 zł.

Z perspektywy lat nie ma co kryć, że skazanie fryzjerki to jawna niesprawiedliwość. W końcu i dziś przy kręceniu loków, utwardzaniu dredów i goleniu karków raczej gada się o pogodzie, kolorze majtek Dody i ilości botoksu na twarzy Krzysztofa Ibisza, a nie o nudnych nowelizacjach prawa, nowinkach w sprawie PIT-ów czy o treści rozporządzeń z prawa pracy. Zresztą większość z nas, a nie tylko fryzjerki, bardziej interesuje to, co człowiek ma na głowie, a nie pod czaszką.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie