Z racami od lat jest ten sam problem. Niby zakazane, ale nie ma cienia zapału do egzekwowania przepisów. Bo, rzekomo, ubarwiają piłkarskie mecze. Gdy wydarzenia wymkną się spod kontroli, a wymykają się nader często, słychać rytualne narzekania, ale nikt nic nie robi. Kluby wrzucają to w koszta dobrych relacji z fanami i pokornie płacą kary za ich zachowanie, prezes PZPN oficjalnie wywiesza białą flagę, ochrona i policja są bezradne. A media… Hm, one zajmują stanowisko nieoczywiste, na co podam przykład z własnego, żeby nie było, podwórka. Oto po niedzielnym meczu na macierzystej stronie internetowej długo sąsiadowały ze sobą jak gdyby nigdy nic dwie fotogalerie: „Niesamowita oprawa na meczu Wisła – Lech” oraz „Race i pożar na stadionie Wisły”. A więc przyczyna i skutek. Mnie jakoś trudno odseparować "niesamowitość" oprawy od jej opłakanego finału, bo to tak, jakby podniecać się nielegalnymi wyścigami w centrum miasta, podczas których ich uczestnik wjechał swoim BMW w przystanek i było włos od tragedii. Zachwyt i groza wspólnie mogą występować jedynie przy oglądaniu zjawisk atmosferycznych i byłoby dla wszystkich lepiej, gdyby tak pozostało.
Wiem, że przy Reymonta było pożegnanie legend, wymagające odpowiedniej scenografii, nieśmiało jedynie zwrócę uwagę, że kiedy na Anfield w Liverpoolu śpiewają "You’ll never walk alone” jest jeszcze bardziej przejmująco i do uzyskania pożądanego efektu nie potrzeba kilkuset rac. W Krakowie dzięki nim było tak niesamowicie, że z powodzeniem można teraz stosować art. 163 Kodeksu Karnego ("Kto sprowadza zdarzenie, które zagraża..." itd.), bo nieumyślne podpalenie również może być zagrożone karą pozbawienia wolności.
Jak zwykle jednak przymkniemy oczy, po chwilowym zamieszaniu temat przycichnie. Do następnego razu.
Follow https://twitter.com/sportmalopolska