Zaakceptowałam swoją chorobę

Halina Gajda
Archiwum
Rusza kolejna akcja bezpłatnych badań mammograficznych. W czerwcu do Libuszy przyjedzie specjalny mammobus. Nie każda diagnoza jest wyrokiem, ale im wcześniej zacznie się leczenie, tym większa szansa na powrót do zdrowia.

Znalazła Go dwa lata przed diagnozą. Wtedy lekarz uspokoił ją, że to nic groźnego. Ot, taka uroda. Nie ma się czym martwić... Skoro taka uroda, to może faktycznie nie ma się czym martwić...

Maria, pięćdziesięciolatka. Modna fryzura, makijaż, uśmiech i mnóstwo energii. Nie przeszkadza jej stos papierkowej roboty, ogarnia wszystko. I wszędzie jej pełno. Tyle co skończyła przygotowywać kilkanaście studenckich słoików z bigosem, gulaszem, zupami, a nawet domowym jogurtem.

- O Nim dowiedziałam się podczas mammografii na zaproszenie. Dostałam takie i pomyślałam, że szkoda by się zmarnowało. W najśmielszych przypuszczeniach nie brałam pod uwagę, że coś może być nie tak - opowiada. - W głowie miałam: taka pani uroda - dodaje. Co ciekawe, fatalny opis badania wystawił ten sam lekarz, który przekonywał ją, że wybadany guzek to nic groźnego.

- Stałam na ulicy i nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie zaparkowałam samochód. Przyjechałam do domu. Pierwsze kroki - komputer. Internet i słynny "dr Google". Dopiero potem rodzina - opowiada dalej. Była późna jesień 2008 roku. To Coś na jej piersi było widoczne gołym okiem. Taki mały siniak. Nie bolał, nie swędział. Nie dokuczał w żaden sposób. Po prostu był. - Nie chciałam czekać. Obrałam kierunek na Tarnów, tamtejszą onkologię. Były szybkie badania potwierdzające diagnozę, decyzja konsylium o odjęciu całej piersi z węzłami chłonnymi - dodaje cicho.

Demon, który czasem drzemał
Po operacji obudził się w niej demon życia. Lekarze podjęli decyzję o tak zwanym leczeniu celowanym typowym czyli chemia, radioterapia, hormonoterapia. Cykl wyniszczających wlewów, po których wypadły jej włosy, rzęsy, brwi był najtrudniejszy do przejścia. - Do szaleństwa doprowadzały mnie pytania: jak się czujesz. Myślałam wtedy: a jak się k... mam czuć, kiedy żołądek chce mi wyjść przez gardło - wspomina.

Tak się poskładało, że w szpitalu spędziła Wielkanoc 2009 roku. Na oddziale pustki, zostali sami leżący w nieciekawym stanie. Ona pośród nich. - Niczym bomba wpadła rodzina. Zanim ktokolwiek zdążył się zorientować, zmontowali świąteczny stół. Jak tradycja każe, na białym obrusie był koszyk ze święconką, wszystkie świąteczne wiktuały. Pielęgniarki przyglądały nam się z uśmiechem, a my świętowaliśmy - mówi.

Ów "demon życia" nie zawsze był aktywny. Czasem zdarzały mu się gorsze chwile. Wtedy zaczynała się psychiczna jazda w dół. Taka bez trzymanki. Niby był przy niej jakiś psychiatra, psycholog, ale mało przekonywający. Sama zaczęła szukać ratunku. Znalazła prywatną terapię, którą prowadzili ginekolog i psychiatra. Oczywiście płatną. Trzeba było przyjechać na nią z - jak to nazwano - osobą wspierającą.

- Mógł to być mąż, ale i dzieci czy znajomi. Ktokolwiek - wyjaśnia. Pojechał mąż, bo wiedziała, że na niego może liczyć. - Co oni tam ze mną robili! Wcześniej, w życiu bym nie pomyślała, że mogę medytować, ćwiczyć jogę i robić masę innych dziwnych rzeczy - śmieje się. - Po tygodniu wróciłam zaprzyjaźniona ze swoją chorobą. Przestałam szukać winnych, płakać na myśl o wizycie u lekarza i tego co od niego usłyszałam - podkreśla.

Panaceum na zmartwienia
Gdy tylko jako tako się pozbierała - wróciła do pracy zawodowej. Lekarz prowadząca starała się ją przyhamować: potrzebujesz spokoju, wypoczynku, wyciszenia. Wiedziała lepiej, co jej potrzeba.

- Pamiętam jak ni z gruszki ni z pietruszki zaczęło mnie coś swędzieć na brzuchu. Takie łaskotki. Pomyślałam, że to jakieś uczulenie na leki albo coś innego. Ponieważ dwa dni później miałam zgłosić się na rutynową wizytę u lekarza, nie robiłam alarmu - wspomina.

Gdy specjalista zobaczył mą "wysypkę" złapał się za głowę: pani ma półpaśca! - Jeszcze bardziej się złapał za tę głowę, jak orzekłam, że skoro półpasiec mnie nie boli, to ja wracam do pracy. Mało mi do głowy nie popukał - opowiada ze śmiechem. - Dostałam zwolnienie lekarskie - dodaje.

Wsparcie od amazonek znad Wisły
W międzyczasie szukała wsparcia amazonek. Nie chciała spotkań przy herbacie, podczas których każda narzeka tylko jak to ciężko. Chciała działać: szukać programów, porad jak zabrać się do rekonstrukcji piersi, jak się rehabilitować. Wszystko to znalazła w krakowskim Stowarzyszeniu Wspierania Onkologii Unicorn.

- Zaprzyjaźniłam się z tymi ludźmi - mówi krótko. Wyniki badań kontrolnych były coraz lepsze, ale wkładka w biustonoszu imitując pierś, coraz bardziej doskwierała: wypadała gdy się tylko pochyliła, w upał dawała odparzenia, przesuwała się przy gwałtownym ruchu. - Przed chorobą miałam takie fajne biuściarskie C/D - śmieje się.

Znowu w ruch poszedł internet. Hasło: rekonstrukcja piersi. - Znalazłam. Już wiedziałam, że to trzyetapowa operacja. Że potrzebny mięsień pobiera się albo z pleców albo z brzucha, że po chemioterapii i radioterapii trzeba odczekać, bo organizm musi się zregenerować - wylicza.

Babskie przebieranki w bieliźnie
Na operację rekonstrukcji czekała dwa lata. Koszty poniósł fundusz zdrowia.- W moim przypadku mięsień pobrali z pleców. Sprytnie zawinęli, włożyli specjalny ekspander, całość wypełnili solą fizjologiczną. Potem, jak minął odpowiedni czas wyciągnęli ekspander, a w jego miejsce włożyli implant - opisuje. - Chce pani zobaczyć - pyta.

Zrekonstruowana pierś jest prawie taka sama - ciepła, tak samo duża jak druga. Jedyny minus - nie jest tak "czuła" jak naturalna. Maria nie zdecydowała się też na rekonstrukcję brodawki i sutka. W tym przypadku materiał pobiera się bowiem albo ze skóry z powiek albo warg sromowych...

Mimo to, jak każda zdrowa kobieta może przebierać w bieliźnie, ta specjalistyczna nie jest już bowiem jej potrzebna. Jak ma ochotę na koronki, to ma koronki, jak na fiszbiny - proszę bardzo!

Terapia z nioskami w roli głównej

Miałam szczęście do ludzi, którzy mnie wspierali. Do rodziny, która okazywała to czasem milczeniem, ale wiem, że byli ze mną. Do przyjaciół, którzy nie dzwonili, żeby pytać jak się czuję, tylko żeby mnie gdzieś wyciągnąć - dodaje.

Na przykład na śmiechoterpię. -Jedna moja przyjaciółka zapoznała mnie ze swoją kurzą gromadką - mówi. Maria, gdy widzi moje zdziwienie, śmieje się głośno. - Noo, podglądałam kurze zwyczaje. To nie były takie zwykłe nioski, ale jakieś "markowe". Potrafiłam z takiego spotkania wrócić spłakana ze śmiechu - opowiada. - I kompletnie zrelaksowana, oderwana od problemów - dodaje już z powagą.

Nie mówi "zwyciężyłam chorobę, walczyłam z chorobą". - Walczyli lekarze. To przecież oni decydowali o takim, a nie innym leczeniu, o sposobie rehabilitacji, dobierali leki, podpowiadali jak pomóc sobie samej. Ja chorobę zaakceptowałam. Bo nie miałam innego wyboru. Wtedy jest łatwiej - mówi z pewnością siebie. Dzisiaj Maria pracuje, prowadzi dom, robi wszystko to, co każda zdrowa kobieta. O chorobie przypominają jej tylko kontrolne wizyty. Raz w roku.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie