"Dragon" Sosnowski: Nie chcę, by ludzie mówili o mnie tylko z powodu "Big Brothera"

Redakcja
Grzegorz Jakubowski
Z Albertem "Dragonem" Sosnowskim, pretendentem do tytułu mistrza świata bokserskiej wagi ciężkiej federacji WBC, rozmawia Robert Małolepszy.

Gdy budzi się Pan rano, co Pan czuje: euforię czy strach?
Różnie. Ale dużo częściej euforię. Zresztą, co mam czuć. Przecież walka o mistrzostwo świata to spełnienie marzeń każdego boksera. Bez względu na wynik już dziś mogę powiedzieć, że wchodzę do historii, tworzę ją. Walka na stadionie piłkarskim, 60 tys. widzów. To już jest wydarzenie.

A strach? Czego się Pan boi? Witalija Kliczki? Nokautu? A może kompromitacji?
Znokautowany już byłem. W 2001 r. w walce z Kanadyjczykiem Arthurem Cookiem. To nic strasznego. Po prostu nagle gaśnie ci światło. A potem się budzisz, nic nie pamiętasz i już wiesz, że przegrałeś. A Kliczki się nie boję. To, co czuję rano, to raczej presja. Ale rzadko ją czuję. Bo ja nic w tej walce nie muszę. Jak wygram, to będzie sensacja XXI w.

Ile daje Pan sobie procent szans?
Jak to ile? Sto! Ja nie przyjechałem tu przegrać [Sosnowski jest od niedzieli w Gelsenkirchen - red.]. Wyjdę na ring, by wygrać, by spełnić swoje marzenia, by reprezentować Polskę.

Wyczuwam w Pańskim głosie irytację...
Bo zaczynają mnie denerwować pytania o szanse. Czego oczekujecie? Że powiem, że wynoszą jeden procent? Ja naprawdę wierzę w to, że mogę wygrać. Jestem w życiowej formie. Nigdy nie miałem tak dobrych przygotowań, tak dobrego trenera, sztabu, sparingpartnerów. Pogadajcie z fizjologiem, który się mną opiekuje.

Rozmawialiśmy. Doktor Bartosz Ochmann z wrocławskiej AWF rzeczywiście mówi, że wyniki Pańskich badań wydolnościowych są rewelacyjne. Że codziennie go Pan zadziwia. Ale też dodaje, że Pański dotychczasowy trening nie mógł stać na poziomie, jakiego wymaga się od sportowców, którzy chcą podbijać świat.

To prawda. Różnie z tym moim treningiem bywało. Prawdę mówiąc, to nigdy nie było tak, jak bym sobie tego życzył. Brakowało pieniędzy na sparingpartnerów, obozy. Z trenerami spotykałem się na miesiąc przed walką. Dziś wiem, że gdybym miał przez całą karierę zapewnioną porządną opiekę szkoleniową, byłbym dużo lepszym pięściarzem.

Ma Pan o to żal do swego menedżera Krzysztofa Zbarskiego?
Nie. Razem doszliśmy do walki o mistrzostwo świata. Choćby z tego powodu nie mam prawa mówić o naszej współpracy nic złego.
Nigdy nie miał Pan propozycji podpisania kontraktu z innym promotorem, zwłaszcza w czasach, gdy bił Pan kolejnych bokserskich "kelnerów", a kariera stała w miejscu?
Nie. Były okresy, że nie miałem ważnego kontraktu z Krzysztofem. Ale wiedziałem, że on mnie nie zostawi, że mogę na niego liczyć. Dziś ta nasza lojalność wobec siebie została nagrodzona. Jestem pewien, że to dopiero początek świetnego okresu w mojej i jego karierze.

Witalij Kliczko ma jakieś słabe punkty?
Witalij to legenda wagi ciężkiej. Trudno szukać u niego słabych punktów. A nawet jeśli one są, to nie oczekujcie, że teraz je zdradzę. Podczas przygotowań do tej walki skupialiśmy się głównie na moim boksie. Na tym, by unikać ciosów Witalija, nauczyć się walczyć z takim dużym facetem. Ćwiczyliśmy zejście z linii ciosu, podejście do rywala. Oczywiście szykowaliśmy też moje akcje przeciwko niemu.

Jakie?
Żartujesz? Mogę tylko powiedzieć, że na pierwszym sparingu Rosjanin Orłow, chłop mierzący grubo ponad dwa metry wzrostu i ważący 120 kg, fiknął na deski aż miło.

Większość rywali Witalija Kliczki przegrywała z nim walki, zanim wyszła do ringu. Jaki ma Pan sposób, by nie zjadły Pana nerwy?

Współpracuję z psychologiem, ale trzeba uczciwie powiedzieć, że ja jeszcze takiej walki nie toczyłem. Trudno więc przewidzieć, kiedy zacznę się denerwować, czy w ogóle zacznę. Na razie jestem spokojny. Przed walką spotkam się jeszcze dwa razy z Witalijem: na konferencji prasowej i wadze. Mam czas, by się oswoić.

Który moment przed walką jest dla Pana najtrudniejszy? Oczekiwanie w szatni, wejście do ringu czy może noc przed pojedynkiem?
Znów odpowiem, że wszystkie moje doświadczenia mają się nijak do tego, co mnie czeka. Ale ja naprawdę jestem dobrej myśli. Bo do tej pory to ja zawsze byłem pod presją. Zawsze walczyłem z myślą, że muszę wygrać, że porażka cofa mnie w karierze o kilka stopni. Przez to bywałem spięty. Teraz nie będzie tej presji.

Jaki był najtrudniejszy moment w Pańskiej karierze?
Porażka z Zurim Lawrence'em. Kompletnie niespodziewana, w momencie, w którym wydawało się, że wreszcie coś rusza się w mojej karierze, że mogę zaistnieć w USA. Wtedy naprawdę byłem załamany. Martwiłem się, że to może być koniec marzeń o wielkich walkach.

Myślał Pan wtedy o zawieszeniu rękawic bokserskich na kołku?
Nie. Ale wiedziałem, że muszę ryzykować, i to bardzo. Że będę musiał przyjmować walki nawet wtedy, gdy nie będę do nich przygotowany.

Najlepszy moment w karierze?
Przyszedł szybko. To była walka z Dannym Williamsem. Nikt na mnie nie stawiał, a mimo to wygrałem. Widocznie Opatrzność czuwała nade mną. A później oczywiście walki o pas, z tą ostatnią, w której wywalczyłem mistrzostwo Europy.
Wstyd Panu czasem, że walczył z masą bokserskich "kelnerów", że nim wyszedł Pan do ringu, już było wiadomo, że wygra, i to pewnie przez nokaut?

Nie zgadzam się, że biłem wyłącznie "kelnerów". Oczywiście, było ich trochę, ale przecież były też walki z bardzo dobrymi pięściarzami. Ciągle wypomina mi się tych słabych, ale to, że pokonałem Wojtka Bartnika, już jest pomijane. A ja przecież nie mam za sobą amatorskiej kariery, boksu uczyłem się z każdym kolejnym pojedynkiem. Dopiero dziś staję się w pełni ukształtowanym, dojrzałym bokserem. Wchodzę w swe najlepsze lata.

Czego nauczył Pana Fiodor Łapin?
Fiodor to świetny trener, duży autorytet. Wierzę w niego i na pewno dalej będę z nim współpracował. On nie stara się mnie zmieniać, dlatego nie można powiedzieć, czego mnie nauczył. On raczej dokręca i przestawia śrubki w maszynie, jaką jest moje ciało.

Przyjąłby Pan jeszcze raz zaproszenie do "Big Brothera"?
Dziś pewnie nie, mam inne, sportowe plany. Ale nie wstydzę się udziału w tym programie. Zgodziłem się na wejście do domu Wielkiego Brata, bo akurat nie miałem dobrych propozycji bokserskich. Uznaliśmy z menedżerem, że nic złego się nie stanie, jeśli dam się poznać szerszej publiczności. To była świetna przygoda. Dziś chcę, by ludzie przestali mnie postrzegać jako boksera z "Big Brothera".

Odbiła Panu kiedyś sodówka? A może teraz to Panu grozi?
Odbiła. Na szczęście to już za mną. Najbardziej ucierpiałem na tym ja. O reszcie wolałbym nie mówić.

Co Pan zrobi z kasą, jaką zarobi w walce z Kliczką? Mówi się o milionie euro.
Po pierwsze, nie dostanę jej całej. Po drugie, nie myślałem jeszcze o tym. Ale jedno zrobię na pewno: wreszcie kupię sobie mieszkanie. Może nawet wybuduję dom. Mam 30 lat, a wciąż mieszkam z rodzicami.

Nie stać Pana było na mieszkanie czy może przehulał Pan większość kasy, jaką zarabiał na ringu?
Niestety, to drugie. Błędy młodości zdarzają się każdemu. Ale dziś to już przeszłość. Dojrzałem. Chcę, jak każdy facet, zbudować dom, posadzić drzewo, spłodzić syna. W ostatnich latach zmieniły mi się w życiu priorytety.

To co jest dla Pana ważne?
Zdrowie i szczęście. Chcę mieć rodzinę, chcę patrzeć, jak rosną moje dzieci. Chcę coś po sobie zostawić.

Bardzo poważnie to brzmi.
Bo ja spoważniałem. To zresztą daje mi siłę i spokój.

Boks to dla Pana pasja czy sposób zarabiania pieniędzy?
Pasja. Ja wciąż chcę się rozwijać, czuję głód walk. Ale to oczywiście jest mój zawód i chcę dostawać za swoją ciężką pracę godziwe pieniądze.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie