Jan Nowicki był gazetową gwiazdą

Janusz KoziołZaktualizowano 
Jan Nowicki jako felietonista porywał serca i głowy czytelników. I jeszcze mówił, że mu dobrze płacą Fot. Dariusz Gdesz
Jubileusz mojej "Gazety Krakowskiej" to zbyt fajna rzecz, by tracić miejsce na zapisy zdarzeń, które być może udowodniłyby, jak trudny był ten czas "zmian dla samych zmian", ale przecież zarówno moi poprzednicy, jak i następcy też trafiali na jakiś specyficzny czas w historii firmy. Wspomina Janusz Kozioł, redaktor naczelny 2006-2007.

Każdy z nas miał swój ból głowy. Ja ze swoim szefowaniem w "Krakowskiej" trafiłem "oczko", chociażby z racji tego, że jak wynika z wyliczeń Józi Piotrowskiej-Strigl, byłem jej 21. redaktorem naczelnym. I to takim, który w ciągu 23 lat przeszedł drogę od praktykanta do zarządzającego firmą.

W tym czasie spotkałem w redakcji wielu wspaniałych ludzi, a jeżeli mniej wspaniałych też trochę było - jak to w życiu - to gdzieś zatarli mi się w pamięci. Więc chyba ich nie było. Za to na pewno był Władek Penar, sekretarz redakcji, który z wielu z nas zrobił dziennikarzy, a nie tylko zbieraczy informacji. I oczywiście był Maciej Szumowski. Tyle przynajmniej udało mi się zrobić, że wspólnie z jednym z moich poprzedników - Tadkiem Pikulickim - i Staszkiem Handzlikiem uruchomiliśmy konkurs na reportaż imieniem najsłynniejszego naczelnego "Krakowskiej".

A, i jeszcze chyba miałem wpływ na sposób myślenia o dziennikarstwie co najmniej kilku osób. Fajnie jest mieć świadomość, że dzięki temu czytelnicy żywią dla nich szacunek. Ale to byłem winien Władkowi.

Siła przekonywania tkwiła w reklamówce
Ale teraz już mniej oficjalnie, z niektórych tych historii albo się wciąż śmieję, albo zostawiłem je sobie w głowie ku pokrzepieniu serc (przynajmniej swojego).

Specyficzną grupą autorów tekstów w "GK" byli zewnętrzni felietoniści. Prawdziwe gwiazdy. Każda z tych osób wymagała osobnego traktowania. No, może z jednym łączącym ich mimo wszystko wyjątkiem, odrobina dopieszczenia u każdego zawsze była mile widziana.

Felietonistą nieprzewidywalnym był Janek Nowicki, którego zaprosiłem na łamy, zanim jeszcze zacząłem szefować gazecie. Znaliśmy się wcześniej z racji futbolowych zainteresowań, a tym samym przynależności do grupy ludzi, której Janek nigdy nie oszczędzał, głosząc, że kibic z natury rzeczy jest głupi, bo wierzy w rzeczy niemożliwe, czyli wygrane zespołu, któremu kibicuje.

Jako że sam stał na czele tej grupy, nikt z nas przeciwko takiemu słownemu sponiewieraniu się nie opierał. Za to on sam opierał się, acz krótko, przeciwko poddaniu się felietonowym rygorom, czyli obowiązkowi napisania jednego tekstu w tygodniu. Chcąc ograniczyć jego wolność, wziąłem sobie do pomocy byłego napastnika Wisły, a zarazem przyjaciela Janka, Ryśka Sarnata.

- Janusz, jak się dobrze przygotujemy do wizyty, to Janek na pewno nie odmówi - optymizm Ryśka podbudowaliśmy odwiedzinami w sklepie monopolowym.

O ile mnie pamięć nie myli, zakupy były udane i z dwoma pełnymi reklamówkami zawitaliśmy na aleję Focha, gdzie wówczas mieszkał aktor. Początkowe "nie" słabło z każdą godziną, a negocjacje finansowe skończyły się tak, że po kilku latach, podczas spotkania autorskiego Janka w Piwnicy pod Baranami, padło przed publicznością jego oświadczenie: - Nawet w Krakowie zdarzali się naczelni, którzy dobrze płacili. Witam cię, Janusz...

Janek, jak to sam napisał, spędził ze mną w "Krakowskiej" wiosnę i lato, tworząc małe dzieła. To były felietony, które porywały serca i głowy - jak niezapomniane słowa skierowane do Otylii Jędrzejczak po jej tragicznym wypadku. Nie znaczy to, że Janek nie wnerwiał i nie sprawiał kłopotów. Wnerwiał, i to nie tylko mnie, gdy rozczulał się nad swoim wiekiem.

Dlaczego kwiaty zachowują świeżość?
Były i kłopoty... Jechałem samochodem do Warszawy, odbieram telefon i słyszę przerażony głos Lucyny Walas: - Wiesz, Nowicki napisał taki felieton, że chyba wszyscy wylecimy. Sponiewierał w nim Jeana-Michela Jarre'a za koncert w Gdańsku, a tak się składa, że jednym ze sponsorów koncertu jest nasze wydawnictwo.

Potem długa cisza w telefonie i błagalne pytanie: - Zadzwonisz do niego? Zadzwoniłem, pierwsze jego słowa były mniej więcej takie: - Co, chcesz mnie wyp... Zaskoczył mnie tym, bo mieliśmy umowę, że nikt nie ma prawa ingerować w jego felietony i raczej się spodziewałem, że natychmiast mi to przypomni.

Skończyło się na tym, że ja nie wpływam na jego ocenę muzyki i samej osoby Francuza, a on wyrzuca zdania, które ktoś mógłby uznać za powszechnie obraźliwe.

Nie, to nie skończyło się wcale tak łagodnie. Za jakiś czas spotkaliśmy się na Kazimierzu, dołączył do nas m.in. Leszek Rafalski, a Janek gdzieś przy drugiej karafce nalewki zrzucił mi na głowę sporą część złośliwości, jakie miał zarezerwowane dla Jarre'a. A za tydzień czy dwa, jak gdyby nigdy nic dzwoni i mówi, mamy coś do nadrobienia. Po czym już mocno po dzienniku telewizyjnym spotkaliśmy się w Rynku i niemal do świtu przedstawiał mnie zaprzyjaźnionym kwiaciarkom. Od tego czasu wiem, dzięki jakim miksturom kwiaty tak długo zachowują świeżość.

Czy ktoś potrafił zdyscyplinować Janka? Przez długi czas myślałem, że była to Marta Meszaros, która parzyła świetną herbatę i wprowadzała podczas spotkań w ich domu atmosferę błogiego spokoju. Ale w końcu okazało się, że tak naprawdę władzę nad Jankiem ma mój pies rasy wiejskiej, o wdzięcznym imieniu Kaziu. Tym bardziej że to nie jest pies, tylko suczka, której imię nadał ktoś słabo rozpoznający płeć, a nam po przejęciu Kazia nie chciało się już nic zmieniać w jego, przepraszam, jej życiu.
Janek przyjechał kiedyś do mnie do domu na mecz i poczęstunek i tak jak zasiadł w fotelu, tak zastygł w nim na czas całej wizyty. Nie wiadomo, dlaczego Kaziu usadowił się na wprost Janka i przy każdym jego ruchu szczerzył zęby i groźnie warczał. Chyba tylko kieliszek pozwalał naszemu gościowi podnosić bez straszenia go atakiem co najmniej na kostki. Chociaż od tego czasu minęło wiele lat, kiedy Janek spotkał na jakimś wieczorze autorskim moją córkę, pierwsze pytanie, jakie zadał, brzmiało: - Czy macie jeszcze Kazia? Mamy, może dlatego Janek mnie nie odwiedza.

"Krakowską" zaczynały się Wiadomości TVP
Gazeta żyje jeden dzień. Dobrze jest, gdy w ten dzień nikt nie zrzuca na głowę redakcji gromów i piorunów, ale źle, gdy wszyscy redaktorzy chowają się po kątach, bo nawet najtęższe głowy nie są w stanie wymyślić dziennikarskiego prochu.
Mieliśmy dziennikarskie "strzały", z których można być dumnym. Były to teksty, o których autentycznie mówiła cała Polska, żyły z nich wszystkie telewizje i to przez kilka dni z rzędu, a - co najważniejsze - były to teksty niepodważalnie prawdziwe.

Po tekście o tym jak rozdziela się pieniądze w polskim rolnictwie, powstałym w oparciu o wypowiedź pani wiceminister Stanisławy Okularczyk i jej podsumowaniu, że na koniec i tak wszystkie decyzje zatwierdza się u księdza w Toruniu, zniknęło z mojego pola widzenia całe zwierzchnictwo. Z gabinetów prezesów w Krakowie i Warszawie pojawiały się tylko kontrolowane przecieki o tym, kto pierwszy "poleci". Przez tydzień byłem niekwestionowanym liderem tej grupy.

Ale kiedy TVP1 bodaj już trzeci dzień z rzędu główny dziennik zaczynała od tekstu "Gazety Krakowskiej", wszystko nagle nabrało nowego, lepszego dla nas wymiaru. Staliśmy się gwiazdami koncernu.

Dla mnie o wiele milsze od spóźnionych gratulacji było spotkanie z panią minister. Przyjechała do redakcji ze swoją książką, a w niej fajną dedykacją dla mnie. I jeszcze była rozmowa. Nie zacytuję jej wprost, ale sens pamiętam. ,,Dzięki wam wracam do tego, na czym się znam i gdzie mogę być pożyteczna. Nikt nie będzie mnie rozliczał z tego, że nie potrafię i nie chcę kłamać". To spotkanie miało miejsce, kiedy ministerstwo zamknęło już przed nią drzwi.

Ostrzeżenia dostałem od polityka i gangstera
Jeszcze większą sensacją były dwie przedwyborcze opinie Jana Marii Rokity o Ryszardzie Terleckim, który chciał zostać prezydentem Krakowa. Opinie były skrajnie różne, wyśmienita na potrzeby zdobycia wyborców i druzgocąca podczas wewnątrzpartyjnej debaty.

Obie udokumentowane trafiły na nasze łamy mimo redakcyjnej opozycji i nacisku ze strony znanego polityka-moralizatora. Posłaniec, który ostrzeżenie mi przyniósł - i to skierowane bezpośrednio pod moim adresem z mało fajnymi następstwami - dalej jest dziennikarzem, a moralizator dalej politykiem z pierwszych stron gazet.

Bardziej konkretny był tylko znany małopolski gangster, który chciał zainteresować mnie swoją wersją wydarzeń na temat jego więziennej kariery. - Musimy porozmawiać, a swoją drogą wiem, gdzie pan mieszka, do jakich szkół chodzą pana dzieci i gdzie gabinet stomatologiczny ma żona.

Mimo że musiałem, to nie porozmawiałem. Natomiast o tym, że jest pierwszym człowiekiem z półświatka, który zaskarżył polskie państwo do Strasburga, oczywiście napisaliśmy, bo to był hitowy tekst. I prawdziwy.

Bardziej skutecznie o zawarcie znajomości postarał się senator Stanisław Kogut, z którym rzeczywiście po dziś dzień mamy świetny kontakt. Wpadł kiedyś do gabinetu z dwoma innymi osobami, od drzwi zdecydowanym głosem zawołał: - Cześć, Janusz, cieszę się, że cię widzę. Jest sprawa do załatwienia i musisz nam pomóc.

Widzieliśmy się wtedy pierwszy raz, nigdy w życiu wcześniej nie rozmawialiśmy. Ale ta sprawa do załatwienia to była pomoc w budowie hospicjum, które miało być przeznaczone na potrzeby dzieci. Jasne, że w takich sytuacjach nie ma potrzeby pukania do drzwi, bo "Gazeta Krakowska" jest również po to, żeby pomóc załatwić takie sprawy. Czytelnicy tego chcą, bardziej niż plotek czy sensacji.

Zobacz najświeższe newsy wideo z kraju i ze świata
"Gazeta Krakowska" na Youtubie

Artykuły, za które warto zapłacić!
Sprawdź i przeczytaj

Codziennie rano najświeższe informacje z Krakowa prosto na Twoją skrzynkę e-mail.
Zapisz się do newslettera!

polecane: Flesz - Co piąta transakcja będzie wymagać użycia PIN-u

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3