Michał Apollo pracuje jako naukowiec. Niedawno wrócił z...

    Michał Apollo pracuje jako naukowiec. Niedawno wrócił z Indii, planuje zdobyć Aconcaguę. Wybierze się również na K2?

    Halina Gajda

    Aktualizacja:

    Gazeta Krakowska

    Zakończenie ekspedycji w świątyni Kedarnath (3550 m n.p.m.), na zdjęciu (od lewej): Yana Wengel, Michal Apollo, Ghazali Musa.

    Zakończenie ekspedycji w świątyni Kedarnath (3550 m n.p.m.), na zdjęciu (od lewej): Yana Wengel, Michal Apollo, Ghazali Musa. ©fot. Michał Apollo, archiwum prywatne

    Michał Apollo, rodak z Moszczenicy, na co dzień pracownik naukowy Uniwersytetu Pedagogicznego opowiada o wyprawie do Indii, planach zdobycia Aconcagui a także o przewodniczeniu polskiemu oddziałowi międzynarodowej organizacji działającej na rzecz biedy na świecie.
    Zakończenie ekspedycji w świątyni Kedarnath (3550 m n.p.m.), na zdjęciu (od lewej): Yana Wengel, Michal Apollo, Ghazali Musa.

    Zakończenie ekspedycji w świątyni Kedarnath (3550 m n.p.m.), na zdjęciu (od lewej): Yana Wengel, Michal Apollo, Ghazali Musa. ©fot. Michał Apollo, archiwum prywatne

    Zacznijmy od tego, jak Pan się znalazł w Indiach: kto organizował, jaki był cel (sądzę, że inny, niż wyjazdów turystycznych), jaki dystans przemierzyliście, kogo albo co niezwykłego udało się spotkać, zobaczyć...
    Przyznam szczerze, że wyjazdu do Indii w 2018 roku nie planowałem. Jak to bywa w życiu, które czasem nas zaskakuje, gdy coś się kończy, coś innego się zaczyna. Byłem właśnie podczas swojej samotnej, miesięcznej podróży przez Wietnam, Kambodżę i Tajlandię, z krótką wizytą w Katarze. Siedząc na 52 piętrze Bitexco Financial Tower w Ho Chi Minh City (wcześniej Sajgon) i rozkoszując się „napojem dla dorosłych” i doskonałą muzyką jazzową na żywo, dostałem wiadomość od mojego przyjaciela z Malezji, prof. Ghazaliego Musy. Pytanie brzmiało: chcesz pojechać na w pełni sponsorowany, pięciotygodniowy wyjazd badawczy do Indii we wrześniu?

    Zgodził się Pan bez chwili wahania...
    Tak jest! Tym bardziej, że skład wyprawy był imponujący. Poza prof. Musą, zaproszono jeszcze prof. Heike Schänzel z Uniwersytetu w Auckland z Nowej Zelandii oraz dr Yanę Wengel z Uniwersytetu Leeds Beckett z Wielkiej Brytanii. Celem była inwentaryzacja starożytnych świątyń Lorda Śiwy. Tu odrobina wyjaśnienia – otóż Śiwa wraz z Brahmą i Wisznu, to najważniejsi bogowie w hinduizmie tworzący wspólnie rodzaj trójcy hinduistycznej. Przejechaliśmy przez prawie całe Indie, łącznie prawie 9 tys. kilometrów. Choć głównym celem było osiem świątyń zlokalizowanych na 79 południku długości geograficznej wschodniej, odwiedziliśmy ich znacznie więcej. Lekko licząc – ponad setkę. Wiele świątyń hinduistycznych, a właściwie ich sanktuaria - garbhagryha - jest dostępna wyłącznie dla wyznawców hinduizmu, ale jako ekspedycja naukowa mogliśmy tam zajrzeć. Każdy z członów wyprawy specjalizuje się w innym fragmencie zagadnień związanych z turystyką i podczas wielu dyskusji zauważyliśmy pewne możliwości poprawy w zarządzaniu świątyniami. Nasze wnioski mogą doprowadzić do wielu pozytywnych zmian i dużo zmienić, głównie dlatego, że mamy inne, świeże spojrzenie na problemy tych świątyń.

    Mówi Pan, że chcecie dużo zmienić w Indiach...
    Do końca, nie mogę powiedzieć (śmiech). Opracowujemy teraz pewne wytyczne, które będą wkrótce opublikowane. Powiem tylko tyle, Indie to prawie 1,35 miliarda ludzi. Można więc powiedzieć, że prawie co piąty mieszkaniec Ziemi jest Indusem. Jeśli więc nawet minimalnie uda się tam coś zmienić w korzystaniu ze świątyń, poprawi się jakość życia wielki osób.

    A przygody? Były jakieś?
    Było ich tam wiele – pięć tygodni w drodze od południa Indii, aż po Himalaje, ale chyba na uwagę zasługuje ostatni etap wyprawy. Byliśmy w położonym nad Gangesem centrum pielgrzymkowym – Rishikesh. Miasto znane jest również jako światowa stolica jogi, a fanom zespołu The Beatles może kojarzyć się z jedną z najlepszych płyt zespołu, znaną jako The White Album. Przedłużający się monsun sprawił, że wiele dróg zostało zasypanych przez obrywy nasiąkniętych wodą zboczy górskich, a organizatorzy zdecydowali się zakończyć wyprawę.

    Rozumiem, że Wy wręcz odwrotnie?
    Po krótkim namyśle, ja, Ghaz i Yana poprosiliśmy organizatorów samochód terenowy. Chcieliśmy dotrzeć do ostatniej świątyni na naszej trasie - Kedarnath, położonej w Himalajach Gharwalu na wysokości 3550 m n.p.m. Zgodzili się i ruszyliśmy. Było to trochę ryzykowne, ponieważ trzy dni później mieliśmy wracać do domu. Ja dodatkowo 1 października, czyli za 4 dni, miałam przeprowadzić u siebie na Uczelni wykład inauguracyjny dla kilkuset studentów pierwszego roku.

    Kto nie ryzykuje …
    … ten nie cieszy się z wygranej. Dotarliśmy do miejscowości Guptakashi. Tam chcieliśmy wynająć helikopter, by ominąć najniebezpieczniejszą część trasy, ale też zyskać na czasie. Niestety, pogoda była zła i helikoptery nie latały. Czas mijał, a nasze daty wylotu zbliżały się nieubłaganie. Do Delhi – skąd wylatywaliśmy – mieliśmy tylko 400 km. Ale „tylko” czterysta kilometrów w naszych realiach, to „aż” czterysta kilometrów w Himalajach, gdzie taką trasę pokonuje się kilkanaście godzin. Oczywiście, jeśli nie zejdzie osuwisko i nie zasypie drogi. Wyczekaliśmy do ostatniej chwili i się udało! Wyprawa zakończyła się pełnym sukcesem – odwiedziliśmy wszystkie 8 świątyń. Ta nutka ryzyka sprawiła, że bardzo się zżyliśmy i zaplanowaliśmy kolejną eskapadę w góry.

    Za kilka tygodni, kolejny wyjazd. Zdradzi Pan, dlaczego taki cel?
    Jedziemy w styczniu na Aconcaguę najwyższy szczyt Ameryki Południowej. Ja już tę górę zdobyłem 11 lat temu. Teraz poza wejściem będziemy realizować duży projekt naukowy.

    A może zobaczymy Pana w składzie wyprawy na K2, ponoć wybierają się w grudniu przyszłego roku.
    Niestety nie. Cześć mnie pewnie by chciała, ale odpowiem Pani w żargonie wspinaczkowym: za małym leszczem jestem na K2. Trzeba patrzeć realnie, zresztą rejony górskie interesują mnie obecnie w innym ujęciu. Zaangażowałem się teraz w kilka projektów międzynarodowych, zostałem członkiem rady naukowej pierwszego czasopisma w Nepalu zajmującego się turystyką aktywną i jej wdrożeniem w krajach się rozwijających. Tu jest wielkie pole, gdzie można pomóc ludziom zamieszkującym obszary górskie tych krajów – a są to jedni z najbiedniejszych ludzi na naszym globie.

    Został Pan założycielem i przewodniczącym polskiego oddziału Academics Stand Against Poverty. Co to za organizacja?
    W wolnym tłumaczeniu: Naukowcy Przeciwko Biedzie. Jest to organizacja non-profit zarejestrowana w USA, a założona przez naukowców skupionych na kilku największych uniwersytetach świata, m.in. na Uniwersytecie Yale. Moja przygoda z tą organizacją zaczęła się dość niespodziewanie. Podczas luźnego spotkania na Uniwersytecie Paññasastra w Kambodży z prof. Pahlajem Moolio, spodobała mu się moja „wizja świata”. Zarekomendował mnie prof. Thomasowi Pogge z Yale. Po wielu rozmowach dostałem propozycję stworzenia oddziału w Polsce, którą przyjąłem z wielką radością. Zaczęliśmy niewiele ponad miesiąc temu, więc jeszcze nie mamy spektakularnych sukcesów. Głównym zadaniem - choć nie tylko oczywiście - oddziału polskiego, będzie pomoc mieszkańcom obszarów górskich. Przed nami szereg pracy, ale myślę, że jesteśmy w stanie – nawet jeśli w małym stopniu – komuś pomóc. Bo przecież nie ma większej satysfakcji w życiu niż pomoc obcym ludziom.

    KONIECZNIE SPRAWDŹ:



    FLESZ: Po wyborach samorządowych 2018




    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Polecamy

    NAUCZYCIEL ROKU | Wielki finał wojewódzki

    NAUCZYCIEL ROKU | Wielki finał wojewódzki

    Szukamy maluchów na okładkę

    Szukamy maluchów na okładkę "Gazety Krakowskiej"!

    Smartfon pod choinkę? Okazje w świątecznej ofercie Orange

    Smartfon pod choinkę? Okazje w świątecznej ofercie Orange

    Bezdymna rewolucja - czy Polska wykorzysta tę szansę?

    Bezdymna rewolucja - czy Polska wykorzysta tę szansę?