Marian Dyda w czwartek trafił do Domu św. Brata Alberta w Nowym Sączu. Przywieźli go pracownicy opieki społecznej w Krościenku. Nie mogli pozwolić, by zamarzł na ulicy.
- „Dorwali” mnie i dostarczyli tutaj - opowiada.
Do sądeckiego schroniska dla bezdomnych w ciągu ostatnich kilku dni, podczas których panowały silne mrozy, przyjęto pięć osób. Dwie z nich trafiły tam dzięki interwencji opieki społecznej, jedną przywiózł patrol policji, dwie z Nowego Sącza same zgłosiły się do ośrodka.
- Bezdomni nie zlekceważyli prognoz pogody, zapowiadających siarczyste mrozy. Jeszcze przed ich nadejściem meldowali się u nas - opowiada Robert Opoka, dyrektor Domu św. Brata Alberta w Nowym Sączu.
W schronisku jeszcze przed falą mrozów wszystkie łóżka były już zajęte. Dziś przebywa tam 89 osób.
- Nie byłem zadowolony, gdy mnie zgarniali z Rynku. Ale teraz się cieszę. Tu jest jak w niebie - stwierdza 70-letni Marian Dyda.
Cieszy się, że może spać w czystej pościeli, nie chodzi głodny i ma towarzystwo. W Krościenku pomieszkiwał w pustostanie. - Zimą trudno tam jednak wytrzymać - opowiada. Za dnia przesiadywał więc w ośrodku zdrowia, wieczorem szukał noclegu u znajomych. Spał kątem w kotłowniach.
- Byle było mi w miarę ciepło - mówi pan Marian. Liczy, że teraz będzie mógł zostać w sądeckim schronisku. - Mam emeryturę, a tu doba dla tych, którzy zostają dłużej, kosztuje 20 złotych - dodaje. Na dłuższy pobyt w Domu św. Brata Alberta ma nadzieję także 48-letni Karol Grabowski z Bochni. Jego również do sądeckiego schroniska przywieźli pracownicy opieki społecznej. Falę mrozów chciał przeczekać w pustostanie.
- Mnie nie jest zimno. Długo pracowałem na budowie, jestem przyzwyczajony do niskich temperatur. Dwie kołdry, koc i można zasnąć. A w nocy to bym się pewnie rozkopywał, bo za ciepło - śmieje się.
Ale już nie na żarty dodaje, że Dom św. Brata Alberta może w końcu pozwoli mu odbić się od dna. Nie potrafi bezczynnie siedzieć. W schronisku od razu znalazł sobie zajęcie. Pomaga w kuchni.
Dotąd wraz z dwoma innymi bezdomnymi tworzyli grupę złomiarzy. Wstawali o piątej rano i szli przez miasto w poszukiwaniu puszek i butelek, które można oddać do skupu.
- Latem to był interes. Chodząc tak do wieczora, udawało się na głowę zarobić nawet ponad 30 zł. Ale zimą jest kiepsko. Czasem tylko kilka złotych wpadnie - mówi 48-latek. Nie ma stałych dochodów, ale zapewnia, że na swoje utrzymanie w schronisku może zapracować.
Nie wszyscy bezdomni są gotowi skorzystać z takiej szansy. W Domu św. Brata Alberta obowiązuje zasada: zero alkoholu. Tymczasem tylko jednej nocy, z soboty na niedzielę, gdy temperatura spadła do minus 20 stopni, patrol sądeckiej policji działający w ramach akcji „Zima” zatrzymał siedem pijanych bezdomnych osób. Zamierzały spędzić noc na przystankach autobusowych.