Seksbomby znad Wisły

    Seksbomby znad Wisły

    Jacek Sobczyński

    Gazeta Krakowska

    Aktualizacja:

    Gazeta Krakowska

    Chyba niewielu mężczyzn je kocha, ale prawie wszyscy je pożądają. Swoim wyglądem wzbudzają zazdrość u wielu kobiet, ich wyzywająca seksualność rozpala wyobraźnię niemal każdego faceta na świecie. A najbardziej tych, którzy głośno się tego wypierają. Swoją drogą, ciekawe dlaczego? Bo czy to grzech pomarzyć sobie o Dodzie czy Ani Przybylskiej? - zastanawia się Jacek Sobczyński
    Z dzieciństwa dobrze pamiętam termin, jakim rodzice obdarzali co bardziej wyzywające panie, spotykane w sklepie czy na poczcie - seksbomba. Drodzy rodzice, byliście w błędzie. Oprócz niezaprzeczalnych walorów wizualnych stałą i niepodważalną cechą seksbomb jest ich wpływ na kulturę masową. Mówiąc prościej - ochrzczone tym mianem piękności są powszechnie rozpoznawane, oczy zapatrzonych w nie chłopców rozszerzają się do szerokości talerzy, a młode dziewczyny nie śpią po nocach, kombinując, co zrobić, by wyglądać tak jak one.

    Nimfy i kocice
    Nie ma w popkulturze jednoznacznej definicji seksbomby. Pewni jesteśmy co do jednego - to kobieta, która na odległość emanuje sex appealem, czyli atrakcyjnością fizyczną. Tyle że jej "tajna broń kobieca" , jak śpiewał w filmie "Piętro wyżej" przebrany za kobietę Eugeniusz Bodo, ma w tym przypadku nieco inną siłę rażenia.

    Umysł ludzki ma zakodowaną determinantę sympatii do osób, które uzna za atrakcyjne fizycznie. Ale seksbomb zwykliśmy nie lubić, co więcej, wielu panów odczuwa przed nimi strach, równoważący oczywiście fascynację ich wyglądem. Emanujące seksem kobiety są postaciami z pogranicza fantazji i jawy, przybierającymi twarze albo eterycznych nimf, albo drapieżnych kocic. Wszystko przez specyficzny rodzaj sex appealu i, co tu dużo mówić, tętniące pod skórą wyuzdanie. Seksbomby są w pełni świadome wrażenia, jakie mogą wywrzeć na każdym mężczyźnie, od pomywacza po profesora. I ochoczo je wykorzystują.

    "Kto powiedział, że noce są do spania" - zapytała kiedyś filuternie Marilyn Monroe. A raczej: tak głosi jedna z plotek o gwieździe. Wierzymy? Jasne, że tak. Gdyby z podobną rewelacją wyskoczyła Kasia Cichopek, wówczas ewidentnie coś byłoby nie w porządku. Jeszcze gorzej, gdy gwiazda kojarzona ze spokojną dziewczęcą urodą, pragnie zamienić się w demonicznego wampa.

    W takie sidła wpadła piękna Keira Knightley (najbardziej znana z roli wychodzącej za mąż dzierlatki w filmie "To właśnie miłość"), której znakami rozpoznawczymi były od zawsze słodki uśmiech i enturaż nastolatki. Aż tu nagle w "Dominie" Tony'ego Scotta urocza Keira zamieniła się w brutalną zabójczynię, hasającą w ciasno opiętym, skórzanym uniformie.

    Efekt nie mógł wypaść inaczej niż karykaturalnie. I jeszcze słówko w sprawie urody - na dobrą sprawę seksbomba nie musi być klasycznie piękna. Erotyczny magnetyzm takich gwiazd jak Madonna czy Lady Gaga skutecznie odwraca uwagę od ich, nie da się ukryć, pospolitych twarzy. Czy ktoś jednak odważyłby się powiedzieć, że obie panie nie są seksowne?

    Nieprzyzwoitość
    Seksbomby osiadły w kinie od lat 30., kiedy to męskie serca zadrżały na widok Marleny Dietrich, śpiewającej swoim niepowtarzalnym, niskim głosem w "Błękitnym aniele". W Polsce tamtych lat nikt nawet nie przewidział ich obecności w kulturze. Rodzimi kinomani byli przyzwyczajeni do kina gatunków (romanse, komedie, a nawet filmy podróżnicze), preferującego płeć piękną w roli nieopierzonych podlotków, dających się prowadzić panom potulnie za rękę.

    Co prawda istniały wyjątki kobiet - heroin, ale Jadwigę Smosarską i Lenę Żelichowską trudno obdarzyć maską seksbomby z jednego względu - konwencja nie pozwalała im na wyeksponowanie walorów cielesnych. Chociaż kinomanom do podniety czasem wystarcza tylko gest, czego dowodem jest uznanie sceny z "Gildy" z Ritą Hayworth za najseksowniejszą w historii kina. Przypominamy - Hayworth zdejmowała w niej w wyjątkowo zalotny sposób… rękawiczkę.

    Ale już Polska lat 60. żyła pojedynkiem dwóch aktorek. Obie reprezentowały odmienne typy urody. Pola Raksa, którą widzowie pokochali po roli Marusi w serialu "Czterej pancerni i pies", była typem urokliwej lolitki. Jednak to nie ona dzierżyła wówczas miano symbolu seksu. Tym nieformalnym wyróżnieniem szczyciła się Kalina Jędrusik, sama zresztą nazywająca siebie polską Marilyn Monroe. Oglądając którykolwiek z jej filmów, nietrudno zauważyć, że Jędrusik miała w sobie coś nieprzyzwoitego.

    O aktorce do dziś krąży wśród jej kolegów po fachu masa legend. Podobno na wakacjach wparowała do sklepu, życząc sobie cztery butelki szampana, w którym ma zamiar się wykąpać. No i obrosłe już w legendy małżeństwo z pisarzem Stanisławem Dygatem... Związek cokolwiek nietypowy, choćby przez to, że Dygat pozwalał żonie spotykać się z kochankami.

    Co więcej, z niektórymi nawet się zaprzyjaźniał. Podobno podczas jednego z przyjęć pisarz rozbawił słuchaczy doskonale obrazującą ich relację anegdotką: "Wróciłem wcześniej z delegacji i nie zgadniecie, co zastałem. Kalina spała zupełnie sama".

    Kropkę nad obyczajowym "i" postawiła Jędrusik sugestywnie odgrywając sceny erotyczne z Danielem Olbrychskim w "Ziemi obiecanej". Na tyle, że pewnego dnia wzburzony jej kreacją starszy mężczyzna napluł jej w sklepie pod nogi. Obok niej ekrany zaczęły zaludniać inne piękne aktorki. Największą popularnością cieszyły się panie, debiutujące jeszcze pod koniec lat 60.: Małgorzata Braunek, Barbara Brylska i nieco starsza stażem Beata Tyszkiewicz.

    Żadna z nich nie posiadała jednak owego pierwiastka nieprzyzwoitości, którego nadmiar kłębił się w Kalinie Jędrusik. Z całej trójki najpoważniejsze szanse na zajęcie tronu polskiej seksbomby miała Braunek - obdarzona nietypową, hipisowską urodą i opromieniona sławą po roli Oleńki w "Potopie". Oprócz nich coraz mocniej do głosu zaczęły dochodzić: Maryla Rodowicz, Urszula Sipińska i Halina Frąckowiak.

    Niewinna zmysłowość
    Tymczasem w Ameryce od początku lat 70. coraz chętniej oglądano filmy pornograficzne. Z początku emitowane w specjalnych kinach (o tym, jak taki obiekt wygląda, można przekonać się, oglądając "Taksówkarza"), z czasem wpłynęły do domów wraz z ekspansją rynku wideo. "Pary dowiedziały się, że folgowanie potrzebom seksualnym i wyładowanie energii seksualnej jest świętem ruchomym, że oglądanie seksu podnieca" - pisał w książce "Stulecie seksu" James R. Petersen. Jasnym stało się, że seksbomby będą musiały odsłaniać na ekranie dużo więcej.

    "Nie ma dobrego polskiego filmu bez dwóch rzeczy: gołych piersi i Leona Niemczyka" - głosiło w latach 80. popularne kinowe przysłowie. Faktycznie, nie było w historii polskiej kinematografii okresu, w którym aktorki tak ochoczo pozbywały się przed kamerą ubrań. A najpiękniej robiły to dwie. Grażyna Szapołowska jako pierwsza z polskich aktorek odważyła się zagrać lesbijkę (w węgierskim filmie "Inne spojrzenie"), rozbierała się w "Medium" i "Magnacie", by wreszcie w "Dekalogu 6" wzbudzić żarliwe uczucie w chłopcu podglądającym ją z okna. Z kolei Katarzyna Figura była seksbombą w stylu amerykańskim - niewinna buzia dziecka, burza blond włosów i imponujące ciało cheerleaderki.

    Podobnie jak Kalinę Jędrusik, ją też nazwano polską Marilyn Monroe. Stało się to po roli marzącej o zagranicznej karierze Marioli Wafelek w "Pociągu do Hollywood". Obraz Radosława Piwowarskiego był też pierwszym z cyklu filmów, w których Figura wykreowała swoją sztandarową postać zmysłowej dziewczyny, naiwnie podkreślającą swoją seksualność. W latach 90. rolami w "Kilerze" i "Szczęśliwego Nowego Jorku" Figura mocno wykpiła ten stereotyp. Ale jeszcze przedtem trafił jej się "Kingsajz" i bodaj najlepszą sceną erotyczną w historii polskiego kina. Którą? Kto widział, ten wie.

    Poza Szapołowską i Figurą często rozbierały się rudowłosa Ewa Sałacka i zapomniana dziś Maria Probosz. Na scenie muzycznej uwagę przykuwały dziewczęca Urszula, wyzywająca odważnymi strojami Beata Ko-zidrak i tajemnicza Kora. Warto wspomnieć, że w przeżywającej wówczas w Europie apogeum popularności kinematografii porno także i my mieliśmy swoje dwie przedstawicielki.

    Co prawda z perspektywy czasu trudno Danutę Lato i Teresę Orlowski nazwać seksbombami, na pewno jednak nie można odmówić im walorów, aż proszących, by obie panie ochoczo wykorzystały je w kinie. W historii polskiej popkultury równie imponującym biustem może pochwalić się bodaj tylko Ewa Sonnet.
    W latach 90. do rządzącej na rynku polskich seksownych aktorek Katarzyny Figury nieśmiało próbowała dołączyć bardzo popularna na początku dekady Joanna Trzepiecińska.

    Tymczasem w 1995 roku jak diabeł z pudełka wyskoczyła Izabella Scorupco, której wzorcowa, słowiańska uroda świetnie sprawdziła się w roli dziewczyny Jamesa Bonda (Scorupco wystąpiła u boku Pierce'a Brosnana w "Goldeneye"). I to właśnie ona do początku XXI wieku zdominowała rankingi najseksowniej-szych polskich aktorek, w cuglach wygrywając zarówno z zimną Agnieszką Wagner i Agnieszką Włodarczyk.

    Przełom dekad przyniósł kolejną, tym razem ciemnowłosą seksbombę. Miliony oglądających serial "Złotopolscy" widzów szczególnie ukochały sobie energiczną policjantkę Marylkę, przewidując, że za mundurem kryje się przepiękna dziewczyna. Odtwórczyni tej roli Anna Przybylska, dzięki kilku rozbieranym sesjom w magazynach dla panów, przekonała widzów, że mieli rację.

    Metkę najseksowniejszej polskiej aktorki Przybylska nosi od dziesięciu lat, choć od dwóch sezonów po piętach depcze jej Marta Żmuda-Trzebiatowska. Niestety, arystokratyczny wizerunek aktorki pozbawiony jest zmysłowości, którą Przybylska posiada w nadmiarze. A bez niej seksbomba jest jak samochód bez świateł.

    Skandalistka
    Mijająca dekada przyniosła także pierwszą seksbombę na polskim rynku muzycznym. Stała się nią Doda, która od sześciu lat skutecznie podtrzymuje wizerunek wyuzdanej skandalistki, nie schodząc przy tym z języków mediów.

    Widowiskowe zmiany partnerów, szokujące wypowiedzi i obowiązkowe odsłanianie praktycznie całego ciała - tak, Doda doskonale wie, czym żywi się kultura masowa. Wulgarna w zachowaniu (wszyscy pamiętamy jej "Bo mi się bzykać chciało", wykrzyczane z pasją w programie Kuby Wojewódzkiego), niezdrowo lansu- jąca się swoim bardzo wysokim ilorazem inteligencji wokalistka, jak nikt inny w mijającym dziesięcioleciu, wpłynęła na społeczeństwo.

    Jej pseudonim stał się synonimem wyzywającego kiczu, a mimo to miliony dziewczyn stroją się przed lustrem, by wyglądać, jak ich idolka. I to właśnie ona jest tą seksbombą, która w historii rodzimej pop-kultury dokonała największej rewolucji obyczajowej. Trudno przypuszczać, żeby w ciągu najbliższych lat któraś z gwiazd mogła ją przeskoczyć. A że przy tym Doda za wszelką cenę stara się uchodzić za nie najmądrzejszą? Cóż, żadna z bohaterek tego tekstu nie znalazła się w nim ze względu na inteligencję…

    Czytaj treści premium w Gazecie Krakowskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo