Gdyby można było ją kupić, odziedziczyć po kimś gorliwym, jakimś świętym, albo chociaż na chwilę pożyczyć! Dlaczego nie ma wypożyczalni wiary? Jakiegoś second handu? Przecież wiara nie musi być nowa, może być używana, z drugiej ręki, byle skuteczna. Gdyby się chociaż dała policzyć i zmierzyć? Umieścilibyśmy ją w matematycznych wykresach i obliczyli wartość prawdopodobieństwa. Przecież teolodzy podają jej szczegółową definicję. Tymczasem wiara nie potrzebuje argumentów, ale nam łatwiej wierzyć ,,oku i szkiełku” mędrca, a nie komuś, kto ,,duby smalone bredzi i rozumowi bluźni”. Szkoda. A wystarczyłoby uwierzyć, że tafla wody stanie się lądem. Zdobywamy kosmos, obce lądy, ujarzmiamy wodę, kreślimy swój ślad na księżycu, a nie potrafimy, jak dziecko uwierzyć, że niemożliwe jest w zasięgu ręki i będziemy świadkami tego, cośmy chcieli. Wiara to największy paradoks współczesnego, racjonalnego do bólu trzeźwego świata, kierującego się skrupulatnie przemyślaną i pragmatyczną logiką. I jak tu wytłumaczyć mu, że istnieje niewytłumaczalne? Jak pojąć, że istnieje niepojęte? Jak zrozumieć coś, co jest niezrozumiałe? Jak zbadać niezbadane, ogarnąć nieogarnione?
Dlatego nie chodzimy po wodzie, bo stąpamy zbyt mocno po ziemi. Gdybyśmy mogli wiarę zobaczyć, osłupielibyśmy wprost ze zdziwienia, że można ją mijać, ale w nią nie wierzyć.
Osłupieć, otumanieć, oniemieć, odębieć. Chciałabym.
Ziarenko gorczycy. Czemuś aż tak wielkie, że twoja maleńkość jest dla nas nieosiągalna?
