Andrzej Piaseczny o szpitalu i Covid-19: nie było mi dobrze z publicznym chorowaniem

Anna Bilska
Anna Bilska
Andrzej Piaseczny już wyszedł ze szpitala i obecnie przebywa w domu w Górach Świętokrzyskich, gdzie powoli wraca do zdrowia. Na koncerty jeszcze trzeba poczekać. Fot. ZOOM (archiwum)
Andrzej Piaseczny w szczerej rozmowie o tym, jak zachorował i walczył z Covid-19, a także o głośnym filmiku ze szpitala, który wywołał medialną burzę. - Jeśli choć jeden człowiek coś z niego zrozumiał, to już było warto - mówi dziś artysta, który powoli wraca do zdrowia w swoim domu w Górach Świętokrzyskich.

Każdą naszą rozmowę zaczynam od pytania o zdrowie i samopoczucie. Tym razem pytam ze szczególną troską. Jak pan się czuje?

Świetnie! Naprawdę rewelacyjnie. Zdaję sobie sprawę, że po tych wszystkich informacjach, które pojawiły się w przestrzeni publicznej to dosyć dziwnie brzmi, ale myślę sobie, że warto opowiedzieć tę historię. Ta choroba oczywiście różnie przebiega, ale wszyscy, którzy mają ją za sobą, wiedzą, że kiedy się z niej wychodzi, to jest naprawdę fantastycznie. Jasne, że są jeszcze długotrwałe konsekwencje, ale kiedy przejdzie się ten najbardziej niebezpieczny etap, to trudno mi sobie wyobrazić kogokolwiek, kto nie byłby szczęśliwy, że jest już po.

Czuje się pan, jakby dostał nowe życie?

Ach, wiem, że jest wielu ludzi, którzy przez tę chorobę przebrnęli jeszcze gorzej niż ja i którzy faktycznie ocierają się bezpośrednio o niebezpieczeństwo utraty życia. Wiem, że jest wielu, którzy w wyniku zbyt późnego zgłoszenia się do szpitala albo ociągania się - ja ten grzech też mam za sobą - po prostu nie dają rady. I to jest rzecz, z którą nie da się dyskutować, bo jest okropnie i bezlitośnie namacalna.

Wciąż wiele osób sądzi, że przez zakażenie przejdzie "spacerkiem". W pana przypadku to był raczej ultra maraton.... Jak bardzo wirus dał panu popalić?

Ja też należałem do tej grupy. Proszę mi wierzyć, że jeśli chodzi o moją kondycję fizyczną, to ona jest znacznie lepsza niż 20 lat temu. Wówczas troszeczkę sobie żartowałem ze swojej kondycji i formy. Przecież skoro gram dużo koncertów, co wymaga wysiłku, więc nie muszę tracić czasu na to, żeby ćwiczyć. W końcu przyszedł moment, że musiałem zadbać o kondycję i zacząłem to robić. Poddałem się temu rodzajowi myślenia, że skoro jestem silniejszy, to jestem troszkę bardziej odporny. A skoro jestem odporny, do tego stosując wszystkie środki bezpieczeństwa, to przejdę to spacerkiem. Niestety stało się zupełnie inaczej. Czasem kompletnie nie mamy wpływu na to, z której strony wirus nas nie zaatakuje. Wcale nie zaraziłem się w trasie koncertowej. Tam zresztą wszystko odbywało się w rygorze, nie spotykaliśmy się z fanami po koncercie. Zaraziłem się... u siebie w domu. Ponieważ moja mama troszkę choruje, a moja rodzina bardzo troszczy się o siebie, to do mamy wszyscy zaczęli się zjeżdżać. Partiami, po troszku, kto kiedy mógł... Okazało się, że trafił się wśród naszej rodziny bezobjawowy przypadek choroby. Można naprawdę dochowywać wszelkich starań, myć ręce, odkażać, nosić maseczki i tak dalej, ale czasem choroba pojawia się w postaci konia trojańskiego i nie jesteśmy w stanie się przed tym obronić. Zachorowała moja siostra, 7-letnia siostrzenica, a ja... Tak się zdarzyło, że musiałem wyjechać do Warszawy, ponieważ w związku ze zbliżającą się premierą płyty mieliśmy kręcić teledysk. Mieliśmy, bo to nie doszło do skutku. Dnia poprzedzającego plan zdjęciowy, miałem spotkanie z produkcją, omawialiśmy szczegóły. Dotarłem do domu w Warszawie i po prostu źle się poczułem. Pomyślałem - nic wielkiego. Zdarzają się przeziębienia. Tak się zdarzyło, że jeszcze tego samego wieczoru spotkałem się z koleżanką, która jest lekarką i zasugerowała zrobienie testu. Byłem naprawdę ogromnie zaskoczony i zdziwiony, że to mnie spotkało. Pomyślałem, że przecież testy czasem się mylą. Zrobiłem kolejny. Też pozytywny. Zamknąłem się w domu i pod telefoniczną opieką lekarza spędziłem 8 dni w domu w Warszawie. Początkowo bardzo się pociłem w nocy, przebierałem się kilkukrotnie, zmieniałem pościel. Zacząłem przyjmować leki i po 2-3 dniach poczułem się lepiej. Oczywiście siedziałem w domu, przeważnie leżałem w łóżku. Pomyślałem, że spokojnie, powolutku jakoś dobrnę do brzegu. Niestety po 8 dniach nastąpiło załamanie. Zacząłem bardzo mocno kasłać, do tego stopnia, że zdarzyło mi się stracić przytomność. Wtedy już wiedziałem, że nie mogę czekać. Bardzo bałem się szpitala i chciałem go uniknąć. być może zbyt długo zwlekałem z tą decyzją, by poprosić o pomoc. Jasne, jestem klasycznym facetem i wolałbym nigdy nie pójść do lekarza, ale bywają podbramkowe sytuacje w życiu, że nie ma dyskusji ze sobą samym. Tego samego dnia trafiłem do szpitala. Ja sam nie chcę dramatyzować. Nie jest moim celem sianie paniki. Chcę tylko powiedzieć, że nie wolno czekać. Nie wolno zwlekać, zarówno z diagnozą, jak i z prośbą o pomoc, kiedy ona jest konieczna. Konsekwencję mogą być różne i dramatyczne. Nie chcę powiedzieć, że otarłem się o śmierć, ale wydawało mi się, że jest ze mną bardzo źle. Namówiony przez management nagrałem film, który miał być przeprosinami dla mojej publiczności, że nie stawię się na koncertach. Faktycznie zrobiło się troszkę zamieszania, ale pomyślałem sobie, że może to dobrze... Nie chciałem później zbyt mocno angażować się w ten przekaz, bo nie było mi dobrze z publicznym chorowaniem. Natomiast dzisiaj tę rozmowę prowadzimy dlatego, że wiem, że jest duża grupa ludzi, którzy w dalszym ciągu nie wierzą, że wirus istnieje. Każdemu z nas wolno jest wierzyć albo nie wierzyć w cokolwiek. Rzecz zmienia się kompletnie, kiedy chodzi o nasze zdrowie i życie. Dzisiaj opowiadam o swojej chorobie i jej konsekwencjach, bo one mnie dotyczą, ale nie zamierzam z nikim toczyć dyskusji, czy wirus istnienie czy nie. Ja to wiem, bo przekonałem się o tym na sobie. Życzę wszystkim zdrowia. Nikomu, nawet ludziom, którzy poddają się największej głupocie życiowej, nie życzę niczego złego. Problem polega na tym, że niewiara lub lekceważenie może przynosić okrutne konsekwencje.

Powiedzmy wprost. Co chciałby przekazać tym, którzy niedowierzają?

W zasadzie jedno - a gdyby z powodu twojej niewiary i lekceważenia stracił życie ktoś z twojej rodzin? Czy darowałbyś sobie? Czy znalazłbyś sposób, by nie nosić w sobie winy? To jest coś, co ja jako jedyny element polemiki z ludźmi niewiary chciałbym podnieść. Każdemu wolno na swój prywatny rachunek wierzyć albo nie wierzyć. Nikomu nie życzę, by przekonał się na własnej skórze o przebiegu i konsekwencjach tej choroby. Nie wolno nam robić rzeczy, które mogą przynieść konsekwencje dla naszych najbliższych. Ja, gdybym był w takiej sytuacji, absolutnie bym sobie nie darował.

Anna Dymna napisała, że "to głupota i okrucieństwo szkodliwe społecznie". Dodała też, że poczuła się rozczarowana człowiekiem. Pan także się rozczarował?

Ja jestem człowiekiem, który nieustająco i naiwnie wierzy, że człowiek jest dobry z natury. Może niektórzy przez okoliczności losu zostali skrzywdzeni, a ich droga nie jest łatwa. I może ta krzywda przejawia się w ich sposobie bycia, myślenia. To nie jest ładne co powiem, ale nie do końca chce mi się na tym pochylać. Wolę pozostawać w tej swojej naiwności. Jeśli spotkały mnie jakieś przykre konsekwencje tej całej historii publicznego mówienia o chorobie, to one mnie nie dotykają. Ja wiem doskonale, że będąc osobą publiczną cokolwiek zrobię i powiem, wszystko podlega jakiejś ocenie. W istocie swojego działania mam po prostu dobre intencje i myśli. Nie sądzę, żebym zrobił coś złego. To jest kwestia życiowego wyboru, żeby się nie przejmować. To nie ważne co ktoś powie na mój temat. Ważne jest to, czy wyciągnęli z tej historii jakieś wnioski. Wiem, że jest takich wielu. Każdemu wolno być "płaskoziemcą", ale niech się każdy zastanowi, czy to nie przyniesie niczego złego.

W tym trudnym dla pana czasie padło wiele gorzkich, wręcz wulgarnych słów ze strony "koronasceptyków", ale mnóstwo fanów i ludzi z branży dodawało otuchy, życzyło zdrowia. Mnóstwo osób trzymało za pana kciuki. Poczuł pan to wsparcie?

Tak, bardzo mocno. Nie byłem w stanie czytać i skanować tych wypowiedzi, ale wiem, że pisało bardzo wielu ludzi, nawet tych rozpoznawalnych, których nie znam bezpośrednio. Znamy się nie od dziś, wie pani, że ja nie jestem celebrytą i nie biegam po ściankach. Mimo to jestem bardzo mocno zbudowany i zadowolony z tego, że tak jest. Nie byłem w stanie odpisywać na te słowa, więc może teraz podziękuję wszystkim, którzy trzymali za mnie kciuki i życzyli powrotu do zdrowia, życząc dokładnie tego samego - zdrowia przede wszystkim.

W liście do fanów napisał pan, że nie spodziewał się aż tak dużego medialnego zamieszania wywołanego filmikiem nagranym w szpitalu. Nie żałuje pan tej publikacji?

Wcale. Żyjemy w czasach totalnego zamieszania. Jeśli choć jeden człowiek coś zrozumiał, to już było warto. A myślę, że było ich znacznie więcej. To było bardzo spontaniczne działanie i naprawdę nie jest to dla mnie istotne czy ktoś powie, że ja gram, czy udaje. Szpital jest takim miejscem, którego nikomu się nie życzy. Czasem jednak jest niezbędny. Stąd ten film - ku przestrodze, a nie, żeby się afiszować ze swoją chorobą.

Za chwilę - podobno - wraca pan do koncertowania, potem zapewne promocja płyty. Jest pan na to gotowy?

Kiedy wychodziłem ze szpitala ustalaliśmy z menadżerką, co dalej. Przyznam się, że moje przypuszczenia kompletnie się nie sprawdziły. Ten teledysk, który nie został nakręcony, miał być przeniesiony na dzisiaj. Moja firma fonograficzna bez konsultacji ze mną go odwołała - i to był bardzo dobry ruch, bo nie byłbym w stanie stanąć przed kamerą. Kiedy przedwczoraj wyszedłem dwukrotnie na spacer, to wieczorem kompletnie nie miałem siły i wszystko mnie bolało. Wiem, że do tej sprawności fizycznej będzie trzeba wracać długo i w bardzo ostrożny sposób. Niestety choroba pozostawia długotrwałe konsekwencje. Tak więc plan teledysku został odłożony o kolejne dwa tygodnie. Jeśli chodzi o koncerty to wiadomo, że wszyscy chcielibyśmy wrócić do normalności. Niestety prawda jest taka, że dziś jeszcze nie byłbym w stanie stanąć na scenie. Mimo to, że ze względu na zawód, który uprawiałem, miałem sprawne i wytrenowane płuca, dziś jestem w stanie wziąć tylko kilka głębokich oddechów bez odruchu kaszlu. Nie miałbym tyle siły, żeby stanąć na scenie nawet na krótki, godzinny koncert. Czy za dwa tygodnie będę w stanie? Chciałbym. Ale nie sądzę, żeby tak było.

Przed rokiem nagrał pan wraz z mamą Alicją sympatyczny filmik z życzeniami wielkanocnymi. Jak będą wyglądały te święta?

Zapewne tak, jak przed rokiem - w izolacji, w domu w Górach Świętokrzyskich, z mamą. Na pewno będziemy widzieć się z rodziną poprzez różne aplikacje internetowe. Duch świąt też na tym nie ucierpi, jeśli sami poświęcimy sobie koszyczek w domu. Spacery do kościoła ze święconką nie są najważniejsze, ważny jest duch świąt, idea, myśl. W tym miejscu życzę Państwu, Czytelnikom, właśnie takiego przeżywania świąt i oczywiście zdrowia, bo ono jest najcenniejsze.

Film ze szpitala - o co chodzi?
Andrzej Piaseczny, pochodzący z Pionek a od wielu lat mieszkający w Oblęgorze pod Kielcami, z powodu Covid-19 przebywał w szpitalu, gdzie przyjmował leki oraz tlen. Wcześniej przez 8 dni leczył się w domu w Warszawie, jednak z powodu nasilenia objawów i omdlenia, potrzebna była pomoc medyczna. Mimo trudności w oddychaniu, piosenkarz nagrał film, na którym ledwo łapie oddech i przeprasza fanów za odwołane koncerty. Jednocześnie podziękował za fachową opiekę zespołowi medycznemu i przestrzegł wszystkich, by nie lekceważyć zasad bezpieczeństwa i higieny. Na film zareagowało wielu celebrytów i artystów, o stanie zdrowia Piasecznego rozpisywały się ogólnopolskie media. Padały nawet oskarżenia, że piosenkarz udaje.

Czytaj więcej:

Netflix będzie kręcił w Krakowie. Projekt na razie owiany tajemnicą

Wideo

Materiał oryginalny: Andrzej Piaseczny o szpitalu i Covid-19: nie było mi dobrze z publicznym chorowaniem - Echo Dnia Świętokrzyskie

Dodaj ogłoszenie