Kubica lubi ten pechowy tor. O miejsce na podium będzie jednak trudno

Oskar Berezowski
Większość ludzi chciałoby być w skórze Roberta Kubicy: pieniądze, sława, szybkie samochody. Większość ludzi w jego butach nienawidziłoby też toru w Melbourne. No bo jak kochać miejsce, które było do tej pory pasmem udręk i niezrealizowanych ambicji?

- A ja lubię to miasto: ma swoją atmosferę, masę fajnych ludzi. Wypadki? To część tego sportu. Gdyby nie one pewnie emocje by znacznie opadły - mawia polski kierowca, który już dziś chwyci za stery Renault podczas treningów do GP Australii.

W 2007 r. zatrzymała go zepsuta skrzynia biegów w BMW Sauber, rok później wjechał w niego słynny japoński kamikaze Kazuki Nakajima. W zeszłym roku marzeń o podium pozbawił Polaka Niemiec - Sebastian Vettel. Tym razem naszego kierowcę martwią promienie słoneczne. Z uwagi na transmisję telewizyjną w Europie cała stawka ruszy w niedzielę do walki o godz. 17. miejscowego czasu. Podczas ostatnich 20 okrążeń słońce będzie więc już nisko.

- To nie jest bezpieczne i choć organizatorzy o tym wiedzą, wciąż chcą nas puszczać na tor wieczorem - irytuje się nieco kierowca Renault. Z jego opinią zgadzają się także inni zawodnicy, miedzy innymi Australijczyk Mark Webber i włoski weteran Jarno Trulli. Kłopoty kierowców mogą się jeszcze pogłębić w przyszłości. Coraz więcej wyścigów jest bowiem na Dalekim Wschodzie, a telewizyjna publiczność wciąż najwięcej do powiedzenia ma w Europie.

Prawdziwym kłopotem mogą okazać się jednak już piątkowe treningi. I to nie dla Kubicy, ale choćby jego kolegi z zespołu Witalija Pietrowa. Młody Rosjanin jest jednym z tych debiutujących zawodników, którzy kiepsko radzą sobie na brudnej drodze. Częściowo uliczny tor w malowniczym Albert Park jest dosyć nierówny, przyczepność jest tam mała, a jeszcze poza idealną linią jazdy nawierzchnia jest zanieczyszczona i pokryta drobniutki i porostami. To między innymi dlatego w Australii jest tak trudno wyprzedzać.

- Najlepszym miejscem na atak jest zakręt numer trzy - analizuje krakowski kierowca, który po pierwszym wyścigu w Bahrajnie jest uznawany za głównego kandydata na zabójcę nudy, którą wieje ostatnio z torów F1. Zmiany konstrukcyjne bolidów i zakaz tankowania sprawiły, że rywalizacja na jeden postój robi się do bólu przewidywalna. Zdaniem zawodnika Renault już wcześniej w końcówce było mało emocji, a po pokonywaniu 70 procent dystansu większość wyścigów była już rozstrzygnięta. Tym razem właśnie w końcówce atrakcyjność może zostać podniesiona przez ostre promienie zachodzącego słońca oślepiające kierowców na trudnym obiekcie.

Trudnym także emocjonalnie dla niektórych. Były mistrz świata Lewis Hamilton w zeszłym roku został w Australii bohaterem negatywnym, gdy okłamał sędziów na temat wyprzedzania Trullego. Tego samego dnia swoją passę zwycięstw zapoczątkował jego ówczesny rywal Jenson Button.

Dziś obaj siedzą w bolidach McLarena i obaj zapewniają, że choć międzynarodowe władze wymusiły na nich zmianę dyfuzorów, to prędkość bolidów nie powinna na tym ucierpieć. Lepiej obrazują to jednak słowa głównego inżyniera wyścigowego, Phila Prew: z pewnością na tym jednak nie zyskamy.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie