Milion kredytów w Polsce do unieważnienia? Krakowscy frankowicze masowo wygrywają z bankami, złotówkowicze złożyli pierwsze pozwy

Zbigniew Bartuś
Zbigniew Bartuś
Udostępnij:
Sądy w Krakowie zostały zasypane pozwami frankowiczów przeciwko 13 bankom, które udzielały kredytów w szwajcarskiej walucie. Kredytobiorców motywuje jednocześnie strach i nadzieja. Strach - bo frank przebił w środę 21 września barierę 5 złotych i nie ma żadnej gwarancji, że nie przebije kolejnych. Nadzieja – bo w obecnych realiach nawet 97 procent frankowiczów wygrywa procesy w pierwszej instancji, a niemal 100 procent w drugiej. Sądy masowo unieważniają umowy, dzięki czemu w kieszeniach kredytobiorców i ich rodzin zostają duże pieniądze. Zarazem z pozwami ruszyli złotówkowicze, którzy zaciągnęli kredyty w czasach, gdy oprocentowanie było śmiesznie niskie. Czy niebawem w polskich sądach będzie się toczyć milion procesów przeciwko bankom? Jak sądy sobie z tym poradzą, skoro już dziś mają problem nawet z wysłaniem pozwu do strony pozwanej? Niektóre potrzebują na to… roku.

Mec. Michał Grabek, radca prawny z kancelarii Grabek & Karolczyk Adwokaci i Radcy Prawni, podkreśla, że odsetek spraw frankowych wygrywanych przez klientów banków wzrósł w ostatnim czasie radykalnie.

– Jeszcze kilka lat temu wynosił 40, może 50 procent, potem dobił do 70, a obecnie wynosi ponad 95 procent. Ten trend jest efektem orzecznictwa Sądu Najwyższego oraz Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej

– komentuje mec. Michał Grabek.

- Sytuację tzw. frankowiczów walczących o sprawiedliwość w polskich sądach określiłbym obecnie jako dobrą. Początkowo kredytobiorcy przegrywali z bankami. Dzisiaj nasza kancelaria wygrywa w ich imieniu ponad 97 proc. spraw w pierwszej instancji i 100 procent w drugiej. Zdecydowana większość wyroków to unieważnienia umów. Zatem linia orzecznicza frankowiczom sprzyja, natomiast warto by było wzmocnić kadrowo sądy zajmujące się tymi sprawami – tak, aby nie trzeba było czekać np. rok, czy dwa lata na wyznaczenie terminu rozprawy

– komentuje Andrzej Zarzecki, członek zarządu krakowskiej Kancelarii Prosperitas reprezentującej blisko 9 tysięcy kredytobiorców frankowych.

Mec. Michał Kaczmarski, wspólnik w krakowskiej kancelarii Kaczmarski Żurowski Adwokaci, współzałożyciel Stowarzyszenia Forum Prawników Finansowych, potwierdza, że odsetek wygrywanych przez frankowiczów spraw zdecydowanie zwiększył się na przestrzeni ostatnich lat, a walnie przyczyniły się do tego korzystne dla kredytobiorców wyroki TSUE, zwłaszcza w tzw. sprawach polskich.

99 procent wszystkich kredytów frankowych w Polsce udzieliło trzynaście banków, w tym większość – dziewięć banków notowanych na warszawskiej giełdzie (mBank, PKO BP, Getin Bank, Bank Millennium, , BOŚ Bank, Santander, BNP Paribas, Pekao, ING Bank Ślaski). Najwięcej hipotek frankowych mają swoim portfelu: Getin Bank – 27 proc., Bank Millennium – 16,8 proc., mBank – 9,7 proc. i PKO BP – ok. 7,7 proc. Większość wyroków dotyczy właśnie tych banków oraz Raiffeisena, BPH i Santandera. Liczbę wszystkich kredytów frankowych szacuje się na 700 tysięcy, przy czym aktywnych hipotek jest ok. 370 tys. Pozwy dotyczą około 100 tys. z nich, czyli ponad jednej czwartej hipotek aktywnych.

Wprawdzie przedstawiciele Związku Banków Polskich twierdzą, że wedle posiadanych przez nich danych odsetek przegrywanych przez nie spraw nie jest aż tak wysoki – za rok 2021 miało to być nie więcej niż 79 procent – ale jednocześnie przyznają, że w ostatnich latach znacznie wzrósł.

Dlaczego frankowicze (nie) pozywają

Andrzej Zarzecki z Kancelarii Prosperitas dziwi się, że odsetek kredytobiorców, którzy zdecydowali się na złożenie pozwu, jest wciąż relatywnie niewielki. Nie chodzi tylko o to, ze frank kosztuje 5 złotych, czego konsekwencje są dla kredytobiorców bardzo bolesne, ale o fakt, że w obecnej sytuacji wygrana w większości wypadków wydaje się wielce prawdopodobna. Jak wynika z doświadczeń prawników, znakomita większość umów kredytów indeksowanych, bądź denominowanych do franka szwajcarskiego, zawiera tzw. klauzule niedozwolone (abuzywne). Obecność takich klauzul skłania sądy do unieważnienia umowy.

- Klienci od lat spłacają bankom rzetelnie kolejne raty, a mimo to ich saldo w złotówkach często się nie zmienia, bądź niewiele maleje. Ludzie boją się, że takiego kredytu nie spłacą nigdy. Wytoczenie powództwa lub zawarcie z bankiem korzystnej ugody, co też się zdarza, jest w stanie zabezpieczyć rodzinne budżety przed nieszczęściem – przekonuje Andrzej Zarzecki.

Zastrzega przy tym, że sądy wydają wyroki korzystne dla kredytobiorców nie dlatego, że kurs franka skoczył od 2008 roku (gdy zaciągnięto mnóstwo takich kredytów) z 2 do 5 zł, lecz z tego powodu, że w większości umów banki umieściły klauzulę, iż… same będą wyznaczać kurs, wedle nieznanych klientowi zasad, przez co ten nie był (i nie jest) w stanie określić wysokości kolejnych rat. 18 listopada 2021 roku Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) ponownie uznał taki zapis za niedopuszczalny (C-212/20). To był kolejny korzystny dla frankowiczów wyrok TSUE w „polskiej sprawie frankowej”, po słynnym orzeczeniu z października 2019, dotyczącym Justyny i Kamila Dziubaków. - Orzecznictwo TSUE odegrało w sprawach frankowych kluczową rolę – podkreśla mec. Rafał Chrząszcz z Kancelarii Prosperitas.

- Paradoksalnie, Trybunał nie powiedział w swych wyrokach czegoś, czego by wcześniej nie mówił przy okazji innych orzeczeń. Chodzi bardziej o to, że te wyroki odnosiły się do konkretnych polskich spraw, a więc i realiów, i potwierdziły prawidłowość argumentacji pełnomocników reprezentujących kredytobiorców. Równocześnie nagłośnienie orzeczeń TSUE przez media przyczyniło się do wykształcenia konkretnej linii orzeczniczej w polskich sądach

– wyjaśnia mec. Michał Kaczmarski.

Zauważa przy tym, że w pierwszych sprawach frankowych można było odnieść wrażenie, że prowadzący je orzecznicy stoją na stanowisku, iż umów trzeba dotrzymywać w każdych okolicznościach, a coś takiego jak – absolutnie fundamentalna w unijnym systemie prawnym – ochrona konsumenta, było im obce. Ta świadomość nie bardzo się zmieniła po wejściu Polski do Unii, co miało swoje konsekwencje przez ładnych kilkanaście lat – aż do przełomu, którym okazały się właśnie sprawy frankowe.

- Dziś ta świadomość się poprawiła i zdecydowaną większość spraw sądy rozstrzygają na korzyść kredytobiorców, przy czym w przypadku jednych banków klient możne mieć niemal stuprocentową pewność wygranej, a w przypadku innych jest nieco trudniej – opisuje mec. Michał Kaczmarski.

Korzystne werdykty TSUE w parze z szalejącym kursem franka dynamicznie zwiększały liczbę kierowanych do sądów pozwów. W roku 2017 takich spraw trafiło do sądów pierwszej instancji 2.151, w 2018 – 7.212, w 2019 – 11.563, w 2020 (mimo wybuchu pandemii) już 37.225, natomiast w 2021 – ponad 62 tysiące. Już wiadomo, że w 2022 padnie kolejny rekord.

Równocześnie doszło do niesamowitego przyspieszenia rozstrzygnięć. O ile w pierwszym kwartale 2021 zapadły 224 wyroki w sprawach frankowych, to w pierwszym kwartale 2022 – 1703 (w samym marcu prawie 700, co oznacza 10-krotny wzrost rok do roku). Aż 1655 z nich (czyli ponad 97 proc.) okazało się korzystnych dla kredytobiorców. Tylko w 43 (2,5 proc.) wygrały banki. Pozostałe 5 orzeczeń to uchylone wyroki I instancji, ze skierowaniem sprawy do ponownego rozpatrzenia. Rok temu kredytobiorcy wygrywali mniej, bo 91 proc. spraw, a banki więcej - 6,5 proc.

Jak w ogóle powstał problem kredytów frankowych?

Andrzej Zarzecki zastrzega, banki oferowały kredyty frankowe także w innych krajach. Wszędzie doprowadziło to do dramatu kredytobiorców, ale u nas problem jest szczególnie istotny ze względu na popularność tego rodzaju kredytu oraz sumę pożyczonych kwot.

- Podstawowa różnica w sytuacji frankowiczów i złotówkowiczów jest taka, że w przypadku tych pierwszych palpitację serca wywołuje rata i saldo kredytu, a u drugich wyłącznie wysokość rat. Wśród naszych klientów mamy osoby, które piętnaście lat temu wzięły we frankach 300 tys. zł na 30 lat, spłaciły od tego czasu 300 tysięcy złotych i wciąż są bankowi dłużne 300 tys. złotych. Co gorsza, nie wiadomo, czy za 10 lat nie będzie to nadal 300 tys. zł, albo np. pół miliona

– wyjaśnia prawnik.

Dodaje, że w innych krajach problem ten, przy niższych kwotach, został przeważnie rozwiązany w sposób ugodowy lub ustawowy. W Polsce kredytobiorca może jedynie dochodzić swych racji w sądzie, ewentualnie zawrzeć ugodę z bankiem – przy czym (przynajmniej na razie) nie wszystkie banki proponują tu rozsądne rozwiązania. Kiedy kilkanaście lat temu zaczynał się prawdziwy dramat kredytobiorców, bo kurs franka wobec złotego gwałtownie rósł, banki w ogóle nie chciały słyszeć o ugodach. Mówiły klientom: możecie mieć pretensje sami do siebie - przecież czytaliście, co podpisujecie, sami chcieliście tych kredytów, teraz ponoście konsekwencje. A nie była to do końca prawda.

- Duże banki w latach 2004-2008 zachęcały klientów do zaciągania kredytów frankowych. Robiły to, ponieważ oprocentowanie WIBOR było bardzo wysokie, przez co osoby zarabiające średnią krajową często nie miały zdolności kredytowej i nie były w stanie otrzymać w złotówkach kwot niezbędnych do zakupu mieszkania. Ktoś potrzebował np. 300 tys. zł, a bank nie chciał dać mu tyle w złotych. Ale we frankach już tak! Wszystko za sprawą korzystniejszego wówczas oprocentowania LIBOR. Klient otrzymywał więc od tego samego banku komunikat: „Na kredyt związany z walutą krajową Cię nie stać, ale stać Cię na kredyt powiązany z walutą obcą” - opisuje mec. Zarzecki.

Dlaczego banki postawiły na franka szwajcarskiego? Głównie dlatego, że Szwajcaria kojarzy się z dobrobytem, a jej waluta ze stabilnością. Ot, efekt psychologiczny.

- W umowach zawieranych przez frankowiczów z bankiem całe ryzyko walutowe zostało przerzucone na konsumentów. Banki od tego ryzyka były i są nadal wolne, ponieważ same decydowały o tym, jaki kurs walutowy będzie miał zastosowanie w danym dniu - np. do obliczenia bieżącej raty albo ustalenia wysokości salda zadłużenia. Bank nigdy nie ryzykował, a konsument zawsze - wyjaśnia mec. Chrząszcz.

Zwraca uwagę, że kredytobiorca nie mógł się nawet dowiedzieć, w jaki sposób ten kurs będzie ustalany i od czego on zależy. Bank zostawiał sobie pełną dowolność w przeliczaniu na złote zarówno uzyskanej przez klienta kwoty kredytu, jak i wysokości kolejnych rat. - Tabele kursowe publikowane przez banki na potrzeby rozliczania się z frankowiczami potrafiły się zmieniać nawet kilka razy w ciągu jednego dnia. To powodowało, że frankowicz nie miał pojęcia, ile ma złotych polskich wpłacić do banku. Właśnie te tabele kursowe pozwalały i pozwalają nadal bankom na kontrolowanie stanu zadłużenia kredytobiorcy – opisuje Andrzej Zarzecki.

Banki do dziś nie chcą się wycofać z tych zapisów – mimo wyroków TSUE mówiących jasno, że są one niedopuszczalne. W opinii TSUE, na której opiera się obecnie orzecznictwo polskich sądów, nie może być bowiem tak, że bank zostawia sobie możliwość jednostronnego kształtowania kursu.

- Popularne pojęcie „frankowicze” jest mocno mylące, bo dotyczy tak naprawdę wszystkich kredytobiorców, którzy zaciągnęli kredyty denominowane w obcej walucie, a po drugie – ważniejsze - równie dobrze bank mógłby sobie denominować te kredyty w japońskim jenie, albo szylingu somalijskim. Kurs i tak zależał od jego widzimisię

- ocenia mec. Chrząszcz.

Osobną sprawą jest odpowiedzialność bankowców za zawarcie tak wielkiej liczby umów frankowych – mimo ogromnego ryzyka, jakie zawsze wiąże się z zaciągnięciem zobowiązania w walucie, w której ktoś nie zarabia. Prawnicy reprezentujący frankowiczów są w pełni zgodni, że banki wykorzystały tu niską wiedzę ekonomiczną i finansową Polek i Polaków. Co więcej, z zeznań pracowników banków wynika, że przytłaczająca większość nie miała pojęcia, co tak naprawdę ludziom oferuje. Sami tych produktów nie rozumieli i często do dziś nie rozumieją. Co jeszcze pikantniejsze… sami mają czasem kredyt we frankach.

- Abstrahuję już od takich kwiatków, jak „uprzejme” wypełnienie wszystkich dokumentów potrzebnych do zawarcia umowy kredytowej przez pracownika banku. Klient składał tylko podpis. Wielu klientów miało na lekturę i podpisanie umowy parę minut, nie mogło przed jej zawarciem zabrać kopii do domu, by ją dokładnie przeanalizować np. z prawnikiem. A mówimy tu o zobowiązaniach zaciąganych nierzadko na większość życia – komentuje Andrzej Zarzecki.

Banki twierdzą niekiedy w sądach, że nie informowały wyraźnie klientów o konsekwencjach możliwej zmiany kursu – np. poprzez przedstawienie kalkulacji – bo „nie były w stanie przewidzieć przyszłości”. Tymczasem nikt tego nie wymagał i nie wymaga. Chodziło o to, aby rzetelnie przedstawić konsumentowi, który nie ma specjalnej wiedzy ekonomicznej, jak kształtuje się rzeczywiste ryzyko. Tego zabrakło.

Pionierzy często przegrywali w sądzie, ale przetarli szlaki

Około 10 lat temu pojawiły się pierwsze pozwy frankowiczów przeciwko bankom. Zarazem kredytobiorcy zaczęli się organizować – widząc, że w pojedynkę niczego nie wskórają. Po jednej stronie byli laicy, który podpisali umowy zawierające (o czym jeszcze wtedy nie wiedzieli) wiele klauzul ubezwłasnowolniających klienta, a z drugiej stał sztab finansistów i prawników wyspecjalizowanych w obronie zapisów umownych. Tym drugim sprzyjała ówczesna linia orzecznicza i przekonanie, że banki to część systemu finansowego, który trzeba w jakiś sposób chronić.

- Dlatego pierwsze sprawy frankowicze raczej przegrywali, a jeżeli już wygrywali, to w małym zakresie. Kolejni odważni jednak coraz skuteczniej przecierali szlaki, a sędziowie - analizując dokumenty, przesłuchując świadków – przekonali się, jak naprawdę wyglądało udzielanie tych kredytów, jakie zapisy znajdowały się w umowach, jakie były okoliczności zawarcia umów i… zaczęli zmieniać zdanie

Dziś dominuje orzecznictwo bardziej prokonsumenckie, instytucje finansowe przestały być postrzegane jako nietykalne. Ogromną rolę, oprócz orzecznictwa naszego Sądu Najwyższego i TSUE, odegrały tutaj stanowiska takich instytucji, jak Rzecznik Finansowy, Komisja Nadzoru Finansowego, Rzecznik Praw Obywatelskich, UOKiK… Wreszcie: pojawiły się kancelarie wyspecjalizowane w tego typu sprawach i skutecznie uzyskujące korzystne wyroki dla dziesiątek, a potem setek frankowiczów – opisuje Andrzej Zarzecki. Współzarządzana przez niego kancelaria ma na koncie setki wygranych spraw w I instancji oraz dziesiątki prawomocnych wyroków w drugiej – wszystkie korzystne dla kredytobiorców.

Prawnik dodaje, że ta zmiana skłoniła część banków do podejmowania prób polubownego porozumienia się z klientami, także tymi, którzy jeszcze nie złożyli pozwów. - Część proponowanych porozumień jest dobra, część zła. Na pewno warto się nad nimi pochylić i dobrze je przeanalizować – bezwzględnie z pomocą kompetentnego prawnika, żeby nie wpaść z deszczu pod rynnę. Jeśli kredytobiorca podpisze fatalną ugodę, to tego błędu zapewne już nie uda się naprawić – ostrzega Andrzej Zarzecki.

Przyznaje, że kolejnych orzeczeniach TSUE w sprawach frankowych wiele osób pochyla się nad swoją umową kredytową. Po wyroku w sprawie Dziubaków na złożenie pozwu zdecydowało się w jeden dzień ponad stu klientów Kancelarii Prosperitas.

Z doświadczenia ponad 100-osobowego zespołu tej kancelarii wynika, że – mimo bardzo wysokich szans na wygraną - tylko 40 procent tych, którzy przychodzą po bezpłatną poradę, decyduje się na złożenie pozwu. – Może to wynikać z braku odpowiedniej wiedzy, czy informacji. Staramy się więc edukować i dostarczać rzetelnych danych – wyjaśnia Andrzej Zarzecki.

Dodaje, że w coraz liczniejszych sprawach na stosowny wniosek kredytobiorców sądy udzielają zabezpieczenia powództwa zaraz po wniesieniu pozwu przez kredytobiorcę. Spłaty kredytu ulegają wtedy zamrożeniu aż do prawomocnego zakończenia procesu. Szansa na zabezpieczenie powództwa jest bardzo wysoka, jeśli kredytobiorca spłacił już kapitałową część kredytu. Sąd Okręgowy w Warszawie (gdzie działa specjalny wydział dla frankowiczów) często zawiesza w takich okolicznościach spłatę rat, ostatnio Prosperitas uzyskała podobne (prawomocne) zabezpieczenie w Sądzie Okręgowym w Krakowie.

Mec. Michał Grabek podkreśla, że wszyscy zainteresowani czekają teraz na zapowiadany na październik wyrok TSUE dotyczący kolejnej superważnej kwestii: czy bankom należy się wynagrodzenie od klientów za wieloletnie korzystanie z kapitału. W przypadku bardzo częstego dziś unieważnienia kredytu frankowego przez sąd, bank traci prawo do czerpania zysków z tego, że przekazał klientowi do dyspozycji niemałe pieniądze.

- Banki zaczęły więc straszyć ludzi, że będą się domagać wynagrodzenia za korzystanie z kapitału w odrębnych pozwach. Wszystko wskazuje na to, iż TSUE uzna takie żądania instytucji finansowych za niedopuszczalne, zatem sytuacja frankowiczów po raz kolejny się poprawi – wyjaśnia mec. Michał Grabek. Zwraca uwagę, że takich „odwetowych” postępowań zainicjowanych przez banki jest obecnie bardzo mało. Mimo to medialna kampania bankowców podziałała na wielu kredytobiorców frankowych mrożąco, odwodząc ich – przynajmniej na razie – od pomysłu pozwania banku.

Mec. Grabek przyznaje, że wiedza prawna oraz świadomość, że każdy może się upomnieć o swoje, dość powszechna na Zachodzie, wciąż nie jest mocną stroną większości Polaków. Stereotypowe wyobrażenie, że w sporze z wielką instytucją finansową jednostka nie ma szans, jest źródłem wielu obaw – i zwykłego strachu przed podjęciem stosownych działań – nawet jeśli te w obecnych realiach prowadzą w przytłaczającej większości wypadków do sukcesu.

Prawnicy obalają mity dotyczące problemów z realizacją prawomocnych wyroków sądowych. Banki co do zasady same realizują wyroki frankowe, bo nie chcą się narażać na dodatkowe (często bardzo słone) koszty związane z windykacją komorniczą. – Owszem, niewielka część banków staje okoniem, ale… komornicy wręcz uwielbiają takie sytuacje, bo to są dla nich łatwe pieniądze. Bank nie jest firmą krzakiem, której trzeba szukać nie wiadomo gdzie. Zajęcie konta trwa sekundę. Ściągnięcie należności tyle samo – tłumaczy mec. Michał Grabek.

Mec. Michał Kaczmarski uważa, że wielu kredytobiorców nie decyduje się na pozwanie banku przede wszystkim z uwagi na średni czas trwania postępowania sądowego oraz strach, „żeby nie narobić sobie jeszcze więcej kłopotów”. Ten drugi motyw, chęć „zachowania świętego spokoju” (choć przy obecnym kursie franka może to być złudne), coraz silniej zapętla się z pierwszym, a to dlatego, że czas postępowań w polskich sądach cały czas się wydłuża. Spraw frankowych, mimo obaw klientów, dynamicznie przybywa – a sędziów nie. Krakowscy orzecznicy sygnalizują nam od paru miesięcy, że nawet 90 procent wokand dotyczy frankowiczów, co przy niezmiennym stanie kadrowym i ograniczonych mocach przerobowych sądów, oznacza, iż terminy rozstrzygnięć się wydłużają, a zarazem wiele innych spraw leży odłogiem miesiącami, a nawet ponad rok.

- Po utworzeniu tzw. wydziału frankowego w Warszawie mieliśmy faktycznie do czynienia z odczuwalnym przyspieszeniem pracy, zwłaszcza że sędziowie dysponowali już dużą wiedzą i wypracowali dość jasne i przejrzyste procedury usprawniające procesy. W ostatnich miesiącach liczba spraw jednak rośnie i sąd nie jest w stanie ich nawet w rozsądnym czasie przyjąć. Wcześniej w tzw. wydziale frankowym od chwili złożenia przez nas pozwu do jego wysłania przez sąd do pozwanego mijały dwa tygodnie, a teraz coraz częściej jest to pół roku, a powoli nawet rok. W tym czasie w sprawie praktycznie nic się nie dzieje, ewentualnie Sąd na wniosek wydaje postanowienie o zabezpieczeniu powództwa poprzez wstrzymanie obowiązku spłaty rat kredytowych na czas trwania procesu. Nieuchronnie zniechęca to część kredytobiorców do złożenia pozwu, choć należy podkreślić, że szczęśliwie w innych sądach sprawy frankowe w ostatnim czasie nieco przyspieszyły – wyjaśnia mec. Michał Kaczmarski.

Tak naprawdę wiele zależy od sędziego, który rozpoznaje sprawę. Przykładowo w Sądzie Okręgowym w Krakowie w jednym składzie aktualnie wyroki zapadają średnio po 2-3 miesiącach od dnia złożenia pozwu.

W opinii mec. Kaczmarskiego, warto rozważyć utworzenie wydziałów frankowych w dużych sądach poza Warszawą, zwłaszcza w Krakowie – pod warunkiem jednak, że trafią tam sędziowie doświadczeni w tego typu sprawach. Tylko to pozwoli utrzymać pożądane tempo – przy wysokiej jakości orzeczeń. W przeciwnym razie grozi nam paraliż lub impas: wieloletnie procedowanie takich spraw i nawarstwianie się zaległości. A przecież nie od dziś wiadomo, że spóźniona sprawiedliwość nie jest sprawiedliwością.

Złotówkowicze na początku drogi

Sytuacja złotówkowiczów jest inna niż frankowiczów, ponieważ martwi ich nie tyle powiększanie się kwoty kredytu do spłacenia, co lawinowy wzrost wysokości rat podyktowany wzrostem WIBOR (w ślad za podnoszeniem stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej). W niecały rok raty się często podwoiły.

- Ustawodawca bardzo poszedł na rękę kredytobiorcom złotowym (hipotecznym) przez to, że w ramach tzw. wakacji kredytowych umożliwił wstrzymanie spłaty aż ośmiu rat kapitałowo-odsetkowych: dwóch w każdym kwartale drugiej połowy 2022 roku i po jednej w każdym kwartale 2023 roku. To bardzo dużo. Frankowicze takiej możliwości nie mieli i nie mają. W dodatku najprawdopodobniej od stycznia przyszłego roku zniknie WIBOR, a pojawi się jakiś inny, bardziej urealniony i dostosowany do sytuacji rynkowej miernik – mówi mec. Andrzej Zarzecki.

Kredytobiorców złotówkowych jest znacznie więcej, niż frankowych, bo ok. 2,4 mln. Część z nich zaczęło się zastanawiać, czy w ich umowach też są zapisy niedozwolone, które mogłyby skutkować unieważnieniem części lub całości umowy. Największe wątpliwości budzi ustalanie WIBOR. Pierwsze pozwy w takich sprawach trafiły do polskich sądów w sierpniu.

- Osobiście uważam, że nieprawidłowości mogą się kryć w zapisach dotyczących oprocentowania kredytów. Kredytobiorca musi wiedzieć, jak to oprocentowanie się będzie kształtowało i na jakich zasadach, już w chwili podpisywania umowy. Tymczasem istnieje niemała grupa osób, w których umowach nie zostało jasno i precyzyjnie określone, kiedy zmieni się oprocentowanie. Można to uznać za sytuację analogiczną do tej z umów frankowych. Wtedy te umowy mogą się okazać częściowo lub całkowicie nieważne. Ale tu jesteśmy dopiero na początku drogi – przyznaje mec. Chrząszcz.

Andrzej Zarzecki szacuje, że wadliwie skonstruowanych umów dotyczących kredytów złotowych może być 300-400 tysięcy. Gdyby wszyscy, którzy zawarli te umowy wraz z frankowiczami zdecydowali się pójść do sądów, mielibyśmy w Polsce około miliona spraw przeciwko bankom. Część instytucji finansowych mogłaby przez to popaść w nie lada problemy. Już teraz, gdy lawinowo rośnie liczba pozwów w sprawach frankowych oraz odsetek korzystnych dla klientów wyroków, banki muszą zawiązywać znacznie wyższe, niż się spodziewały, rezerwy na ryzyko prawne, co oznacza realne straty.

Problemem dla frankowiczów może być natomiast (nie)wydolność polskich sądów. Nie dlatego, że sędziowie są niesprawni i pracują ślamazarnie – przeciwnie: w większości sądów, zwłaszcza w specjalnym wydziale warszawskim (którego utworzenie przez Ministra Sprawiedliwości w ubiegłym roku okazało się trafionym pomysłem), ale nie tylko w nim, orzekają świetni fachowcy, rozstrzygający spory frankowe często na jednym posiedzeniu. Sędziów jednak brakuje, na jednego przypadają setki spraw. To dlatego na wyznaczenie terminu rozprawy w pierwszej instancji trzeba czekać często rok i więcej.

W drugiej instancji bywa różnie. Szacując bardzo ostrożnie - w Sądzie Apelacyjnym w Krakowie można założyć półtora roku, natomiast w Sądzie Apelacyjnym w Katowicach sprawa zostaje często rozstrzygnięta po trzech miesiącach. Katowiccy sędziowie walnie przyczyniają się w ten sposób do wzrostu liczby wyroków prawomocnych, co ratuje wiele rodzin przed popadnięciem w finansowe tarapaty. Mimo zatorów w sądach, wciąż rośnie liczba frankowiczów uzyskujących prawomocny wyrok w niecały rok. A to zachęca kolejnych.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Politycy w studiu i.PL krytykują wpis Sikorskiego o Nord Stream

Materiał oryginalny: Milion kredytów w Polsce do unieważnienia? Krakowscy frankowicze masowo wygrywają z bankami, złotówkowicze złożyli pierwsze pozwy - Dziennik Polski

Komentarze 4

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

E
Ehh
Getin 27 %-niemożliwe. Leszek jak tylko wróci z USA,to na pewno wszystko wyjaśni .Pytanie tylko,czy w tym pokoleniu uda mu sie wrócić. Ogólnie układ wrocławski to epicentrum LICHWY, cos niesamowitego, tylko stolYca może sie z nimi równać ale wiadomo stolYca ma swoje prawa w końcu to stolYca. .
E
Ehh
Wszystko dobrze, tylko najwięcej ludzi wyjechalo na Zachód za her Tuska.A PYS niszczy,to fakt głównie namiętnym wspieraniem junty zza wschodniej granicy i posłusznym,bezwiednym wykonywaniem polecen zza oceanu.Nie batrzac na kto ,kto tam sprawuje dziś rzeczywistą władzę .Najzwyczajniej stali sie pożytecznymi pionkami w bardziej złożonej grze niż widocznie sa w stanie ogarnąć. Nawet miny Dudy robią wrażenie -WTF Am I doing here?,bo to chyba nie tak miało wyglądać w ich założeniu.
E
Ehh
Szwajcaria to powinna zostać uznana za kraj wspierający terroryzm i lichwe.
E
Ehh
W sumie to teraz mogą oddać, każdemu komu udało sie przeżyć do tej chwili. Junta zrobiła swoje przepiela dostawców na tych,,wolnorynkowych"a i BROŃ świetnie schodzi. Franki to juz passe,teraz trzeba jakis nowy wał wymyśleć,bo i kryzys surowcowy wiecznie trwać nie będzie. Wolne sady ,te AMEBY znów będą miały robotę, co to dla nich za różnica na kogo NAKAZ wystawic.
Więcej informacji na stronie głównej Gazeta Krakowska
Dodaj ogłoszenie