Najtrudniejsze akcje TOPR: tragedia licealistów, którzy szli...

    Najtrudniejsze akcje TOPR: tragedia licealistów, którzy szli na Rysy

    Marek Lubaś-Harny

    Gazeta Krakowska

    Aktualizacja:

    Gazeta Krakowska

    28 stycznia 2003 roku. Ratownicy wracają z lawiniska wioząc toboganem jedną z ofiar
    1/2
    przejdź do galerii

    28 stycznia 2003 roku. Ratownicy wracają z lawiniska wioząc toboganem jedną z ofiar
    ©Tomasz Jodłowski

    Kiedy uczniowie z liceum w Tychach szli na Rysy, w ogóle nie czuli zagrożenia, bo śniegu w czasie pod chodzenia mieli najwyżej po kostki. Ratownicy nauczają jednej podstawowej zasady: - Czasem warto raz zrezygnować, żeby potem móc jeszcze wracać w góry wiele razy.
    Tragedia licealistów z Tychów porwanych przez lawinę w drodze na Rysy 28 stycznia 2003, śmierć siedmiorga uczniów i jednego z ich opiekunów, poruszyła całą Polskę. Dramat nad Czarnym Stawem przekroczył wymiar osobistej tragedii ofiar i ich rodzin. Błyskawicznie stał się wielkim widowiskiem medialnym.

    Za lawiną, która zeszła z kotła pod Rysami, runęła druga. Lawina oskarżeń, spekulacji i łatwych wyroków.
    Programy radiowe zapełniły się opiniami nie tylko fachowców, ale też przypadkowych osób, mających niewielkie pojęcie o tym, co się stało. Także późniejsze publikacje, programy, relacje z sądowego procesu ocalałego nauczyciela, a nawet film fabularny, koncentrowały się na ofiarach.

    Można to zrozumieć, bo skala dramatu była wyjątkowa i porażająca. Jednak w ten sposób została zepchnięta nieco w cień prowadzona wówczas akcja TOPR-u. A przecież była to jedna z największych, najcięższych i najbardziej niebezpiecznych wypraw w historii ratownictwa górskiego w Tatrach. Na domiar wszystkiego, w jej trakcie uległ katastrofie toprowski śmigłowiec i tylko szczęściu można zawdzięczać fakt, że do grona ofiar nie dołączyli także ratownicy.

    Zdradliwe warunki

    Poprzedniego dnia, 27 stycznia, poszła na Rysy pierwsza grupa uczestników Uczniowskiego Klubu Sportowego "Pion" przy LO w Tychach. Osiągnęli wierzchołek bez problemów, wrócili zadowoleni z pokonania góry. Ich opowieści rozbudziły oczekiwania pozostałych. Następnego ranka jednak pogoda była gorsza, w nocy przyszła odwilż, zachmurzyło się. Nie oznacza to jednak, że warunki stały się dramatycznie złe. TOPR ogłosił II stopień zagrożenia lawinowego, czyli stosunkowo niski.

    Ani licealiści, ani ich opiekunowie nie widzieli powodu, by rezygnować z wycieczki, którą poprzedniego dnia z powodzeniem zaliczyli ich koledzy. Czy zachowali się lekkomyślnie?

    Lesław Riemen, najlepszy wówczas w TOPR-ze specjalista od lawin (zmarł w roku 2009), członek komisji lawinowej TOPR i stały delegat w międzynarodowej organizacji ratownickiej IKAR, tak to komentował dwa dni później:

    - Myślę, że wszyscy powinni się powstrzymać od pochopnych osądów, które często niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Krążą na przykład legendy, że opiekunowie wyruszyli ze swymi podopiecznymi na Rysy, mimo że już od trzech dni szalała w Tatrach śnieżyca. Nic podobnego. Trochę popadało, ale nie było żadnej śnieżycy. Jeszcze poprzedniego dnia rozmawiałem z uczestnikami tego pierwszego wejścia. Specjalnie pytałem: Słuchajcie, jak było, czuliście, że w kotle, w miarę podchodzenia, było coraz więcej śniegu? Opowiadali, że nie, mniej więcej po kostki. Myślę, że właśnie to zmyliło czujność grupy, która wyszła we wtorek.

    A jednak następnego dnia z Kotła pod Rysami spadła jedna z największych lawin, jakie w tym terenie oglądano, zabierając z sobą większość uczestników wejścia. Co się więc stało w trakcie tej nocy?

    Riemen tłumaczył:
    - Problem w tym, że zagrożenie zależy nie tylko od ilości świeżo spadłego śniegu. Przeciwnie. W Tatrach wszystkie niedawne lawiny, które pociągnęły za sobą śmiertelne ofiary, związane były nie tyle z wielkością opadów, co z działalnością wiatru. Chodzi o to, że nawet w krótkim czasie wiatr potrafi nanieść ogromne ilości śniegu do miejsc zawietrznych, które wtedy robią się bardzo niebezpieczne, choć ogólny stopień zagrożenia może być niewielki. Przypuszczam, że tak mogło się stać i tym razem. Noc z poniedziałku na wtorek, mimo że śniegu w rzeczywistości spadło niewiele, mogła całkowicie zmienić warunki w Kotle pod Rysami - twierdził ekspert.

    Jedna uratowana
    Możliwe więc, że przez całą noc wiatr przenosił masy śnieżnych kryształków z wyższych partii ściany do kotła, tworząc tam gigantyczną poduchę śniegu niezwiązanego z podłożem. Tego uczestnicy wycieczki najprawdopodobniej nie wzięli pod uwagę.
    Dochodziła godzina 11, kiedy ruszyła lawina. Kierownik wycieczki i trzej uczniowie znaleźli się ponad obrywem i przyglądali się bezradnie, jak zwały śniegu porywają i zasypują ich kolegów. Lawina przetoczyła się z hukiem przez dolne partie ściany i wpadła do Czarnego Stawu, załamując lód na jego powierzchni.

    Była godzina 11.06, kiedy dyżurny ratownik w centrali TOPR w Zakopanem odebrał telefon od jednego z licealistów, którzy pozostali w schronisku.

    Już dziewiętnaście minut później helikopter desantował na lawinisku pierwszą grupę ratowników z naczelnikiem Janem Krzysztofem. Jeszcze nie mieli pojęcia, że porwanych przez lawinę zostało dziewięć osób. Szybko odnaleźli pierwszą dziewczynę, zasypaną bardzo płytko. Była nieprzytomna, ale żywa. Wkrótce odzyskała świadomość i to ona poinformowała ratowników o rozmiarach katastrofy.

    Następny wykopany spod śniegu chłopiec miał rozbitą głowę, nie oddychał. Razem z ratownikami desantował się lekarz, który natychmiast przystąpił do reanimacji, udało się przywrócić oddech i akcję serca. Z kolejnym odkopanym już się to nie powiodło.

    Cała trójka trafiła do zakopiańskiego szpitala, ale w przypadku tego ostatniego można było tylko potwierdzić zgon. Drugi z chłopców, mimo operacji i intensywnej opieki, zmarł w szpitalu. Przeżyła jedynie dziewczyna. Mogła mówić o wyjątkowym szczęściu, że 1000-metrowy upadek z lawiną okupiła tylko złamaną ręką i niegroźnymi potłuczeniami. Pomocy wymagali także trzej chłopcy i nauczyciel, którzy widząc co się stało, zeszli o własnych siłach na lawinisko, ale byli mocno potłuczeni po kilkakrotnych upadkach. Dwaj z nich także trafili do szpitala. Opiekun był w szoku.

    W coraz gorszych warunkach poszukiwania prowadzono do wieczora. Śnieg sondowało kilkudziesięciu ratowników i pracowników TPN. Bez rezultatu. Sprowadzone psy lawinowe odnalazły kilka sztuk odzieży, ale żadnego więcej z zasypanych.
    Było coraz bardziej oczywiste, że pozostała szóstka - pięcioro uczniów i drugi z nauczycieli, który szedł na końcu - znajduje się w jeziorze. O nurkowaniu w tych okolicznościach nie było mowy.

    Katastrofa śmigłowca
    Następnego ranka toprowski sokół znów przytransportował na lawinisko dwie grupy ratowników i wznowiono poszukiwania, choć było oczywiste, że można już znaleźć tylko zwłoki. Z tą prawdą powoli oswajano przybyłych do schroniska rodziców licealistów. Warunki uległy dalszemu pogorszeniu, w nocy nawiało sporo nowego śniegu, ogłoszono III stopień zagrożenia.
    Na pracujących pod Rysami toprowców i towarzyszących im ratowników ze Słowacji, którzy przylecieli ze swoimi psami, w każdej chwili mogła zejść kolejna lawina.

    Na domiar złego, podczas desantu grupy Słowaków nad Czarnym Stawem, nagle przerwał pracę prawy silnik śmigłowca.
    Mimo to pilot Henryk Serda zdołał utrzymać maszynę w zawisie na wysokości około metra nad ziemią, dopóki nie desantowali się wszyscy Słowacy i ratownik pokładowy. Po czym próbował wrócić na lądowisko do Zakopanego.

    Po drodze wypatrywał możliwości awaryjnego lądowania. Niestety, wszędzie było zbyt wiele śniegu, aby śmigłowiec bez płóz na kołach mógł bezpiecznie wylądować. Nad Murzasichlem odmówił posłuszeństwa drugi silnik. Mimo to pilot zdołał naprowadzić helikopter nad widoczną z góry polankę i uniknąć uderzenia w las, bądź w niedaleką szkołę. Przy upadku maszyna została poważnie uszkodzona, ale pilot wyszedł bez szwanku.

    Kilka miesięcy później sąd uniewinnił Henryka Serdę od zarzutu spowodowania katastrofy lotniczej. Uznano, że przyczyną zablokowania silników mogło być dostanie się do nich kawałków zmrożonego śniegu, wzbijanego przez łopaty, kiedy śmigłowiec pozostawał w zawisie nad lawiniskiem.

    Tymczasem poszukiwania nad Czarnym Stawem kontynuowano z coraz większym trudem i przy rosnącym zagrożeniu. Na wieść o nieszczęściu przyjechali strażacy z Nowego Sącza, wyspecjalizowani w poszukiwaniu i ratowaniu ofiar trzęsień ziemi. Sprowadzono także strażaków z jednostki ratownictwa wodnego. Jednak i oni ze swoim sprzętem nie byli w stanie prowadzić poszukiwań w tej części lawiny, która wpadła do stawu. Po zmroku akcję wstrzymano.

    Lepiej raz zrezygnować
    Teraz pozostawało tylko czekać, aż stopnieją śniegi i lód na Czarnym Stawie. Z nastaniem wiosny rozpoczęto nurkowania. Zwłoki były rozrzucone na dużej przestrzeni i na różnych głębokościach. Jedną z ofiar znaleziono na głębokości 26 metrów. Kolejną już na 50. Ostatnie zwłoki wydobyto dopiero 17 czerwca, znajdowały się daleko od miejsca upadku lawiny, prawie pod przeciwległym brzegiem.

    Tragedia pod Rysami uświadomiła wszystkim, że żywiołowego pędu w góry także zimą nie da się powstrzymać.
    Formalnie biorąc, według obowiązujących wówczas przepisów opiekunowie nie mieli prawa wyruszyć z młodzieżą w Tatry bez zawodowego przewodnika. Był to zresztą jeden z zarzutów, jakie postawiono ocalałemu nauczycielowi. Ale czy obecność takiego fachowca na pewno uchroniłaby przed nieszczęściem? Może tak, a może nie.

    W ostatnich latach zwyciężył pogląd, że bezpieczeństwo będzie większe, kiedy ludzie będą świadomi, na co się decydują idąc zimą w góry i jak mogą zmniejszyć ryzyko. Rzecz charakterystyczna, że opiekun tyskiej grupy, choć uważał się za człowieka z górskim doświadczeniem, nie wyposażył uczniów w detektory lawinowe.

    W tym konkretnym przypadku akurat nie na wiele by się zdały, ale uratowały już życie wielu ofiarom lawin. Obecnie najtańsze detektory kosztują ok. 700 złotych, można je także wypożyczyć za nieduże pieniądze.

    Coraz więcej też zwyczajnych wycieczkowiczów zabiera je zimą w góry. TOPR organizuje też kursy lawinowe, na których, oprócz umiejętności technicznych, ratownicy nauczają jednej podstawowej zasady: - Czasem warto raz zrezygnować, żeby potem móc jeszcze wracać w góry wiele razy.


    Codziennie rano najświeższe informacje z Krakowa prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!
    "Gazeta Krakowska" na Twitterze i Google+

    Czytaj treści premium w Gazecie Krakowskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (3)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    gość

    wertes (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 16 / 4

    Detektor powinien kosztować góra 20 zł a nie 700zł


    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    gosc

    Leon (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 10 / 12

    20zł to kosztuje papierowa mapa. Jak kogoś nie stać na sprzęt to nie idzie w góry.


    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    po9ca do Leon(gość)

    po9ca (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 2

    burak jesteś i tyle

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo