Ostały się ino dwie bacówki

Lech Klimek
Lech Klimek
Lech Klimek
Na gorlickich halach w Czarnem wypasa się około 700 owiec. Nad ich bezpieczeństwem czuwa dziewięciu juhasów. Na bacówce rządzi Józef Klimowski z Nowego Targu.

Wyboistej drogi do Radocyny osobowym samochodem nie da się pokonać zbyt szybko. Tutaj czas zatrzymuje się, komórka nie ma zasięgu. Ale ostatnio kładą tam asfalt, jest w kilku miejscach. W innych tylko gryz, więc w samochodzie wszystko stuka i trzeszczy. Bez „smyczy” i pośpiechu, na błękitnym niebie można podziwiać orlika krzykliwego, czarnego bociana, czaplę siwą. Tuż przy drodze ze swoimi żeremiami rozgościły się bobry. Nad potokiem... owce z Nowego Targu.

32 lata w Beskidzie
Baca Józef Klimowski pamięta czas, gdy w początkach lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku po raz pierwszy przyjechał z owcami do powiatu gorlickiego. Wcześniej wypasał owce w Bieszczadach. - Jak my tu piersy roz przyjechali, to było prawie jak we swojej zagrodzie - wspomina. - W Biescady to my pociągiem owce wieźli, aż pod Łupków, wydawało się, ze na kraj świata.

Beskid Niski był wtedy prawie całkowicie pusty, można było godzinami chodzić po łąkach i lasach i nikogo nie spotkać. Baca z Nowego Targu kolejno wymienia Długie, Radocynę, Czarne, Nieznajową, Wołowiec, Banicę, Jasionkę i Krzywą. Wsie, w których on i jego juhasi paśli owce. Prawie wszystkie puste, o tym, że kiedyś ktoś w nich mieszkał, świadczą tylko cmentarze, przydrożne krzyże, resztki fundamentów otoczone zdziczałymi sadami.

Zostały dwie bacówki

- Tysiące łowiec pasło się na tutejsych halach. Dzisioj ostały się ino dwie bacówki - nasa w Carnem i Makuchowa w Zdyni - mówi. - Ludzie psyjechali, domy stawiajo na starych mijscach. Jak my tu zaczynali, to po łokolicy ani pół chołupy nie było, za to swoje łowiecki prowadziło 11 baców. Tero ino my.

Choć z dwóch ostatnich bacówek Józef Klimowski jest gospodarzem na tej większej, narzeka, że dzisiaj młodym nie chce się siedzieć przy owcach. - To jest ciensko robota, a młode wygodne som. Wolom psy komputeze siedzieć, a nie psy łowcach - dodaje.

Tego roku z Klimowskim po beskidzkich łąkach za owcami chodzi dziewięciu juhasów. - Kiejś prowadzili my półtora tysiunca łowiec, dzisioj momy ze siedemset, a i tak roboty nie brakuje - komentuje jeden z juhasów, Michał Długi z Białej.

W deszczu i w słońcu

Gdy patrzy się z drogi na juhasów prowadzących stada owiec, to wydaje się, że nie ma nic łatwiejszego. Wokół stada biega pies, zagania owce. Juhas niczym przewodnik idzie na przedzie, co chwila nawołuje. Owce posłusznie podążają za nim. To, co wydaje się proste i przyjemne, wcale takie nie jest. - Łowcom dysc nie wadzi, wiater tyz nie - mówi Michał. - Za dnia kilkanaście kilometrów ca się za stadem niemiłosiernie. Z wiecora to nogi bolo jak diabli - dodaje.

Owce na łąkach poznaczone są kolorami. Każdy oznacza innego gazdę, który powierzył swoje zwierzęta Klimowskiemu i jego ekipie. - Ile ich bedzie, to policymy jesienio, jak rusymy z redykiem - dodaje baca Klimowski - Z domu tu wieziemy łowiecki samochodami. Po zimie som za słabe, coby iść same, ale jak się wypasom, na jesieni, to pudom ku Nowemu Targowi - dodaje.

Co roku przemierzają tę samą trasę - pieszymi szlakami turystycznymi do Koniecznej, granicą państwa do Regietowa, Wysowej, Huty Wysowskiej, Ropek, przez Mochnaczkę do Rytra, przez Halę Łabowską, aż do rodzinnego miasta. Wielkie święto będzie w Nowym Targu w październiku, gdy górale wrócą do chałupy. Przy muzyce pogonią owce przez Nowy Targ i wrócą do swoich gazdówek.

Górale to twardzi ludzie, ciężka praca im nie straszna. Nawykli do dymu z ogniska, zimnej wody ze źródła, która jeszcze podczas wyjątkowo ostatnio chłodnych majowych nocy zamarzała w kurkach prowizorycznego kranu. - Wstaje się wcas do świtu, bo o pół do czwartej ca już doić - mówi Klimowski. Po dojeniu owiec mleko trzeba przecedzić i zaklagać - czyli dodać podpuszczkę, żeby się ścięło.

Oscypki tylko z Podhala

Przed bacówką wyłożony jest kamienny chodnik, przy wejściu drewniana podłoga, na niej wycieraczka. W środku przyjemnie, czyściutko. Od żywego ognia ciepło bije, a pod dachem w gęstym dymie z ogniska wędzą się sery.

Mleko w pucierze (drewnianej beczce) już się ścięło. Florek Tętnowski wygniata ser, baca „nabija” serki - gałkę przebija drewnianym patyczkiem - takim jak do szaszłyków, by przez powstały otwór wygnieść ze środka serwatkę. Jędrek „Molas” Molek wykańcza - formuje beczułkowate oscypki, które lądują w solance. Po dwóch dniach wyciąga się je ze słonej wody, by obciekły. - Jak minie pół tyźnia (tygodnia), to się wyndzi. Zeby smaczne były i długo swieze - nawet tydzień tca dymem z dzew liściastych kadzić, a tu buka dużo, to jes cym - tłumaczy baca.

Najpierw robią sery wędzone, potem bundz i tak dwa razy dziennie, po każdym dojeniu. Przecież po sery przyjeżdżają tutaj nie tylko miejscowi, ale i turyści. Mleko, którego nie wykorzystają, trafia do skupu. W bryndzarniach powstaje z niego ser, który można kupić w sklepach. - My tu nie robimy oscypków - tłumaczy Klimowski. - Te ino na Podhalu mozna. My wendzone sery z Carnego mamy ino, choć i my z Podhala, i owce tyz z tamtond, ale co robic, takie casy - dodaje z uśmiechem.

Bacówka w Czarnem jest pod stałym nadzorem weterynaryjnym. Kontrole potrafią wpaść do niej niezapowiedziane. Ale jak z dumą podkreśla gospodarz, nigdy niczego złego w jego bacówce nie znaleźli.

Żentyca niczym viagra

- Spać ca wartko i cujnie, bo noce latem krótkie, a owce pzed wilkami tyz ca chronić - dodaje Klimowski. Zdarzało się, że do stada podchodziły całe watahy, nawet po pięć, osiem sztuk. - Jak bacuje się w Beskidzie Niskim? - pytam. - A no trudnij niz na Podhalu, bo co to za bacowanie tuz pzy Krupówkach, przy domu, pod łokiem baby - komentują górale. W metalowym kubku, który zwykle wisi na ścianie, każdy turysta dostanie tutaj żentycy. - Prose pić, zyntyca stanowi seśdziesiąt procynt wiagry - śmieje się baca. Dobra reklama, podobno niektórzy sprawdzają. Nad ogniskiem w kociołku dochodzi zupa. - Ni ma bab, to sami musimy se radzić - roześmiany mówi Klimowski. - Za wazenie (gotowanie) berze się ten, co umie, albo taki, co myśli, ze umie. - Wazne zeby zupa ciepła była - opowiada Klimowski. - Jak juhase z hali z łowcami schodzo, to musom się wzmocnić - dodaje.

Za rok wrócą w Beskid

Uwagę w bacówce przykuwa jeszcze jedno. Na ścianie wiszą dwie drewniane laski, między nimi kapelusz góralski i obraz Jezusa. - Pon Bócek tyz z nasymi łowieckami. Cuwo nad nami, a kule (laski) i kapelus to na redyk, dyć droga daleko, a łowce casym niepokorne są - tłumaczy tę scenerię Józef Klimowski.

Robota przy owcach jest co dzień taka sama. Rano dojenie, robienie serów. Potem wypasanie i znów dojenie. I tak przez ponad pół roku, aż do października.

A czym zajmuje się baca zimą? - Nadrobio stracony cas - śmieje się rubasznie. - A jak już nadrobi, to mu się cni za redykiem. Scynśliwy dopierok wiosnom, jak ca z łowcami się w droge zabiyrać - kończy ze uśmiechem baca Klimowski.

Gazeta Gorlicka

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie