Prof. Matyja: Chirurga też dopada bezsilność

Maria Mazurek
Prof. Andrzej Matyja przed salą operacyjną
Prof. Andrzej Matyja przed salą operacyjną Anna Kaczmarz
Kiedyś na mój oddział trafił przyjaciel ze szkolnej ławy. Ostre martwicze zapalenie trzustki. I jego powtarzające się pytanie: Czy dożyję Pierwszej Komunii swojej córki? A ja nie mogłem mu dać gwarancji - o cieniach i blaskach pracy lekarzy mówi prof. dr hab. Andrzej Matyja, laureat medalu Gloria Medicinae.

Co dla Pana się liczy w pracy lekarza?
Myślę, że dwie rzeczy są najważniejsze w życiu lekarza: uznanie we własnym środowisku lekarskim, a przede wszystkim satysfakcja okazywana ze strony pacjentów. Momenty, kiedy widzę, jak mój pacjent zdrowieje, jak zaczyna się uśmiechać, podejmuje na nowo pracę zawodową, cieszy się rodziną - wtedy czuję że to, co robię, ma sens. Nawet pomimo porażek.

Porażek?
One niestety są wpisane w zawód lekarza. Bywa, że stoimy nad pacjentem i po prostu wiemy, że żadna wiedza medyczna, żadne nasze umiejętności i najszczersze chęci nie są mu w stanie pomóc. To może frustrować.

Bo czujecie niemoc?
I bezsilność. Kiedyś na mój oddział trafił przyjaciel ze szkolnej ławy. Ostre martwicze zapalenie trzustki. I jego powtarzające się pytanie: Czy dożyję Pierwszej Komunii swojej córki? A ja nie mogłem mu dać gwarancji.

Dożył?
Nie dożył. Minęło 20 lat, a ja wciąż to przeżywam.

To był Pański przyjaciel. A czy śmierć "zwykłych" pacjentów też Pan przeżywa?
Trzeba by być wyrachowanym i zimnym robotem, żeby tego nie przeżywać. W powszechnej opinii chirurg to twardziel, który nie przeżywa ludzkich tragedii. Ale przecież ja zmartwień nie zostawiam w szpitalu, wychodząc. Nie potrafiłbym tak.
Kilka razy przyglądałam się operacjom. Mam wrażenie, że chirurg musi na chwilę zapomnieć, że pracuje na żywym pacjencie.
Nie ma mowy o zapomnieniu. Podczas operacji lekarz musi skupić się do bólu na swoim zadaniu. Na sali operacyjnej można wyczuć wzrastające napięcie. Każdy, najmniejszy nawet niespodziewany ruch może spowodować nieodwracalne skutki. Różnie sobie z tym radzimy. Niektórzy potrzebują absolutnej ciszy. Inni przeklną, krzykną. Znałem świetnego neurochirurga, który dosłownie rzucał podczas operacji narzędziami chirurgicznymi. Natomiast kiedy operacja się kończyła, rozluźniał się, łagodniał, zmieniał się nie do poznania.

Operacje są najtrudniejszym elementem Waszej pracy?
Powiedziałbym, że najtrudniejsze są rozmowy z pacjentami i ich rodzinami. Szczególnie gdy musimy powiedzieć ich rodzinom, że ich bliski umiera. Czasem trzeba przygotować pytanie o możliwość pobrania narządów do przeszczepów. To są piekielnie trudne chwile, zwłaszcza jeśli pacjentem jest dziecko. Jestem zdania, że jeśli lekarz nie potrafi takiej rozmowy przeprowadzić, to powinien poprosić o pomoc starszego, bardziej doświadczonego kolegę. Rozmowy z pacjentami i ich rodzinami są niezmiernie trudne, bo od tego, co i w jakiej formie przekażemy, zależy, czy pacjent się podda, zrezygnuje z walki o zdrowie, a jego stan ulegnie pogorszeniu. Obecnie prawo nakłada na nas obowiązek - według mnie niedobry - by mówić pacjentowi wszystko. Uważam, że choremu należy mówić tyle, ile chce wiedzieć. To się da wyczuć. A reakcja pacjenta na te informacje bywa różna i stąd konieczna jest ostrożność, a nie prawda za wszelką cenę. Nie jesteśmy komputerami: ani my lekarze, ani nasi pacjenci.

A pacjenci nie zawsze wszystko chcą wiedzieć?
No właśnie o tym mówię. Nie zawsze chcą znać szczegóły. Dlatego podczas każdej takiej rozmowy musimy być trochę psychologami. I przede wszystkim nie możemy przeprowadzać rozmowy pobieżnie i pośpiesznie. Musimy mieć tyle czasu dla pacjenta, ile on tego wymaga. Nie można okazywać zmęczenia, znużenia, irytacji.

Pan mówi o pewnych ideałach, ale zgodzi się Pan chyba, że w rzeczywistości wygląda to trochę inaczej? Pacjenci czują się przez lekarzy lekceważeni. Albo nie ufają im, bo zdarza się, że się mylicie.
Zdarza się, że się mylimy, bo też jesteśmy ludźmi. Bywa, że błądzimy. To nie są częste przypadki, ale nagłaśniane przez media i wpływające na negatywne postrzeganie całego lekarskiego środowiska.

Nie mówię tylko o przypadkach, które wypłynęły do mediów. Prawie w każdej rodzinie wydarzyło się coś, co zmniejsza zaufanie do lekarzy.
Chyba to znaczna przesada. A panią spotkała jakaś przykrość ze strony lekarza?

Przykład pierwszy: Poszłam z mamą do dermatologa, ona pokazuje mu znamię, a lekarz jej na to: "Mnie to wygląda na czerniaka". Bez badań, prosto z mostu. Znamię było rzeczywiście do wycięcia, ale niezłośliwe.
W tym przypadku nie sądzę, by lekarz zrobił źle. Wręcz odwrotnie, w ten sposób przekonał pani mamę, by tego nie zlekceważyła, by zgłosiła się do chirurga. Może to było mało delikatne, ale skuteczne. A gdyby diagnoza się potwierdziła, jak by dzisiaj pani reagowała? Wręcz odwrotnie. Chwaliłaby pani lekarza za trafność decyzji. Czasami właśnie w ten sposób można uratować życie.

Przykład drugi: Operacja kręgosłupa mojej siostry się nie udała, ale lekarze przyznali się do tego dopiero po dłuższym czasie.
Nie ma chirurgii bez niepowodzeń, bez zdarzeń niepożądanych, bez powikłań. Zawsze powtarzam to młodym lekarzom, że wszyscy mamy niepowodzenia na swoim koncie. Ja też. Ale absolutnie nie uwierzę, że jakiekolwiek lekarskie niepowodzenia mogły być zamierzone.

Ale nie chodzi mi nawet o samo niepowodzenie, tylko o nieprzyznanie się do niego.
Z tym rzeczywiście niektórzy lekarze mają problem. Kiedy coś pójdzie nie tak, lekarz ma bezwzględny obowiązek o tym powiedzieć. Ale czasem strach i obawa przed wykorzystaniem tego niepowodzenia, przed jego konsekwencjami, również zawodowymi, są paraliżujące. Wie pani, że część kancelarii prawniczych wyspecjalizowała się w pozyskiwaniu od szpitali środków za "poniesioną krzywdę"? To według mnie niepokojące i szkodliwe zjawisko. Bo szukając łatwego zarobku najłatwiej jest oskarżyć lekarza o błędy. Ale to nieetyczne. Nie tylko ze strony lekarskiej, ale i prawniczej.

Ewentualne błędy w sztuce lekarskiej trudno jest wyjaśnić. Nie jest tak, że lekarze trochę nawzajem się kryją?
Jako prezes Okręgowej Izby Lekarskiej mogę powiedzieć z całą stanowczością, że nieetyczne zachowania wśród lekarzy nie są przez środowisko tolerowane. Mieliśmy w samorządzie lekarskim przypadki, że lekarze otrzymali dożywotni zakaz wykonywania zawodu, co jest równoważne ze śmiercią zawodową. Pojawiają się głosy, że sądy lekarskie powinno się rozwiązać, a błędami lekarskimi zajmować się powinni prawnicy przed sądami cywilnymi. Ale przecież sędzia czy prokurator nie mają wykształcenia medycznego i też w końcu powołają biegłego lekarza.

Naprawdę Pan się nie dziwi, że ludzie nie ufają lekarzom?
Badania wskazują, że zaufanie społeczne do lekarzy jest wciąż bardzo wysokie. Ale nie da się ukryć, że ostatnio sporo ucierpiało. Gremium lekarskie jest bardzo duże, liczy 160 tys. osób, i stąd zdarzają się też niechlubne przypadki. Samorząd lekarski je eliminuje, ale nie wszystko od razu do nas dociera. Pamiętajmy jednak, że to są pojedyncze przypadki. I jeśli zdarza się pijany lekarz, który przyjmie w pracy pacjenta, wszyscy się tym interesują i napiętnują. I tak trzeba. Nie wolno nam narażać chorego na tego typu postawę. Tacy lekarze muszą ponosić konsekwencje swojego postępowania. A z drugiej strony, czy pamięta pani jakąkolwiek aferę medialną, wynikającą z faktu że ktoś przyszedł pijany do pracy? A przecież też może coś źle wykonać i narazić nas na niebezpieczeństwo, a nawet utratę życia.

Dużo macie w lekarskim samorządzie spraw o łapówki?
Sąd lekarski bada przede wszystkim sprawy etyki wykonywania zawodu. Kwestię łapówek zostawiamy organom ścigania.

Ale w Pana ocenie to powszechny problem?
Uważam, że zachowanie lekarzy, uzależniających podjęcie leczenie od "koperty", jest nie do przyjęcia, powinno być ścigane z urzędu. Ale statystyk nie prowadzę. Myślę, że wraz z rozwojem prywatnej służby zdrowia problem zmalał. Wiele świadczeń można uzyskać według cenników. Natomiast na pewno powszechne jest, że pacjent próbuje wręczyć ,,kopertę" po zabiegu, traktując ją jako wyraz podziękowania i wdzięczności. Po prostu w naszej kulturze, i nie tylko naszej, to sposób na okazanie wdzięczności.

Finanse lekarzy są drażliwym tematem. Medycy jeszcze niedawno żądali podwyżek, tymczasem pacjenci narzekają, że za kilkuminutową wizytę płacą po 100 zł.
Wie pani, że w przedwojennej Polsce lekarze nie otrzymywali wynagrodzenia, ale honorarium? Bo jak oszacować wartość pracy lekarza w złotówkach czy w euro? Prawda jest też taka, że ludzie przyzwyczaili się, że za usługę hydraulika, mechanika i krawca muszą zapłacić, ale wizyta u lekarza jest dla nich czymś, co powinno być darmowe. Tymczasem żadne, nawet najbogatsze państwo, nie jest w stanie zapewnić wszystkim obywatelom bezpłatnej, kompleksowej opieki medycznej na wysokim poziomie. Poza tym Polacy, jeśli kupią sobie samochód, to o niego dbają, jeżdżą na przeglądy gwarancyjne. A o własnym zdrowiu zapominają, choć przecież tym bardziej wymaga kontroli. Do niedawna nie myślano nawet, że koniecznością są badania profilaktyczne, a badania pracownicze traktowano po macoszemu. Dopiero teraz to powoli się zmienia. Wzrasta świadomość konieczności dbania o własne zdrowie. I to musimy wspólnie z mediami chwalić i propagować.

Zmienia się chyba też stan wiedzy pacjentów. Często bywa, że przychodzą z gotową diagnozą, którą wyczytali w internecie?
Tak, ale przychodzą przecież, żeby ją zweryfikować. I nie ma potrzeby abyśmy się obrażali na pacjenta. Minęły czasy, kiedy lekarz był omnibusem. Dostęp do wiedzy jest coraz większy - inna sprawa, że to, co można w internecie wyczytać, niekoniecznie jest prawdą, bo dotyczy przypadku ogólnego, a każdy z nas indywidualnie jest nieco inny. Ale samego zjawiska nie oceniam negatywnie. Zresztą, nasz zawód uczy pokory.

Dlaczego?
Bo wszystko można zoperować. Ale dobry chirurg to ten, który posiadł najtrudniejszą umiejętność powstrzymania się przed operowaniem. Nie zawsze operacja ma sens. Przecież każda, oprócz tej z chirurgii plastycznej, wiąże się z ryzykiem ingerencji w naturę człowieka, niesie zagrożenie większym lub mniejszym kalectwem. Musimy o tym pamiętać.

Bywa, że pacjentów trzeba operować, bo sami nabroili?
Tak. Często zdarza się, że operacyjnie musimy wyciągać z żołądka różne połknięte przez pacjentów skarby. Prym wiodą więźniowie - połykają łyżki, widelce, kotwiczki. Po wigilii na ogół trafia do nas sporo osób, które połknęły rybie ości. Krawcowe często połykają igły. Zdarzył mi się pacjent, który połknął szczoteczkę do zębów. Ale najśmieszniejszy przypadek był inny. Lata 80., w Polsce trudno o obrączki, więc ludzie jeździli do Związku Radzieckiego i tam to złoto połykali, by je bezpiecznie przewieźć przez granicę, a potem wydalić. Zgłosił się do mnie pacjent, któremu już zbliżała się data ślubu, a obrączka utknęła gdzieś w żołądku. Musieliśmy wyciągnąć ją endoskopowo. Udało się przed ślubem. Mam nadzieję, że małżeństwo tych państwa jest szczęśliwe.

Codziennie rano najświeższe informacje z Krakowa prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie