S. Alina Płoszczyca: Też chodziłam po drzewach

Marta Paluch
Siostra Alina Płoszczyca: Czuję się wolna. I nie zastanawiam się, czy innym wolno więcej
Siostra Alina Płoszczyca: Czuję się wolna. I nie zastanawiam się, czy innym wolno więcej fot. ANDRZEJ BANAŚ
Przełożona prowincji krakowskiej sióstr felicjanek czasem chce wyrzucić telefon komórkowy za okno. Nie cierpi też biurokracji. Czasem marzy, żeby wrócić do czasów, gdy w jej pokoju stała tylko maszyna do pisania...

Kiedyś było łatwiej w zakonie?

Pod pewnymi względami tak.

Teraz jest ciężej?

Gdy się prowadzi tak jak my działalność charytatywną, opiekuńczą, strasznie dużo papierologii człowieka spotyka. Trzeba spełniać unijne wymogi, ciągle coś zmieniać, dodawać. Na przykład w zakładzie opiekuńczo--leczniczym, który prowadzimy, ciągle coś nie pasuje. Nie taka łazienka, nie taki wymiar, nie taka kuchnia. To samo w przedszkolu - gdy obliczyli metraż na dziecko, to wyszło, że mamy jedno za dużo… Mam wrażenie, że za mało czasu potem zostaje na to, żeby poświęcać go ludziom, którzy potrzebują tej pomocy.

Przełożona klasztoru musi być coraz bardziej managerem? W końcu ma siostra pod sobą 240 felicjanek.

Tak. I nic na to nie poradzimy. Kiedy zaczynałam, była maszyna do pisania i tyle. Zanim się coś posłało, zanim ta poczta wróciła, był czas, żeby się zastanowić, pomyśleć.

Ile siostra e-maili dziennie pisze?

Nie lubię tego. Staram się być dla ludzi. Co muszę, to muszę, ale tylko to.

Komórka dzwoni co chwila?

Czasem tak. Mam czasem pomysły, żeby ją wyrzucić. Każdy potrzebuje chwili spokoju.

Ma siostra chwile świętego spokoju?

Zdarza się. Mogę sobie wtedy coś przeczytać, napisać jakiś list odręcznie. To ważne, żeby się nie oduczyć pisać. Czytam gazety, tygodniki, żeby być na bieżąco.

Dzień jest długi?

Wstaję wpół do szóstej, mamy jutrznię, potem mszę św. Czasem uda się przed północą iść spać, czasem nie.
Zdarza się, że siostra ma kłopot z mężczyznami? Z tymi, którzy uważają, że wiedzą lepiej, a kobieta powinna się słuchać?
Zdarzają się tacy. Ale wychodzę z założenia, że skoro czegoś, kogoś nie można zmienić, to nie ma sensu o to walczyć. A jeśli wiem, że mam rację, po prostu stawiam na swoim.

Siostrom wolno trochę mniej niż braciszkom?

Uważam, że wszyscy jesteśmy wolni. Znam swoje obowiązki i nie zastanawiam się nad tym, czy komuś wolno więcej.
Ale na przykład siostra nie wyjdzie po cywilnemu na basen czy boisko, a braciszek, ksiądz może i nikogo to nie bulwersuje.

Siostry to nie denerwuje?

Nie, bo wybrałam zgromadzenie habitowe i dla mnie jest dziwne, jeśli ktoś się na coś decyduje, a potem tęskni za czymś innym.

Uprawiała kiedyś siostra sport?

Grałam w siatkówkę, jeździłam na nartach, ale przed wstąpieniem do zakonu.

Wyobraża sobie siostra, żeby teraz grać?

Chyba bym nie potrafiła, ale nie widzę w tym nic złego.

Bo ja znam taką zakonnicę, ale gra zawsze w habicie. Strasznie jej gorąco…

Wyobrażam sobie.

Zmierzam do tego, że od małego dziewczynkom się mówi, że to nie wypada po drzewach chodzić, a to to, a to tamto…

Ja chodziłam i nikt mi słowa nie powiedział.

Naprawdę?

Bawiliśmy się też w podchody z chłopakami, człowiek wracał taki rozczochrany i brudny do domu (śmiech). Ale to było dobre, bo byliśmy w kontakcie od małego, potrafiliśmy ze sobą rozmawiać. Teraz chyba dzieciaki aż tak nie potrafią. Czasem widzę, jak siedzą obok siebie i wlepiają wzrok w tablety.

A te, którymi siostry się opiekują?

Trzeba się z nimi bawić. Czasem nas zaskoczą... Ostatnio jedno wypaliło do jednej z opiekunek: a czemu siostra ma takie zmarszczki na czole? (śmiech).

Opiekować się gimnazjalistkami w Waszej bursie jest łatwiej?

Robiłam to, kiedy zaczynałam. Dobre dziewczyny były wtedy.

Nie uciekały przez okno w miasto?

Z trzeciego piętra byłoby trudno (śmiech). Mam wrażenie, że teraz ciężej jest się opiekować nastolatkami. Z tego, co słyszę od sióstr, są problemy. Nie chodzą do szkoły, buntują się. Ale taki jest człowiek, prawda? Nigdy idealny.

Pamięta siostra pierwsze "schody" w pracy?

Pamiętam. Miałam w szkole dzieci, pierwszoklasistów, które uczyłam religii. Pewnego dnia do klasy wchodzi trójka rodziców. I mówią: stawia siostra za wysokie wymagania. My się możemy postarać, żeby siostrę stąd wyrzucili… Byłam nieco zszokowana.

I wyrzucili siostrę?

Jakoś nie (śmiech). Te wymagania, o których mówili, to było zadanie domowe, w którym mieli pomóc rodzice. Nic wielkiego, ale wymagało trochę czasu.

A inne sytuacje?

Przychodzą do nas bezdomni po kanapki czy porozmawiać. Jeden z nich kiedyś mnie mijał, porozmawialiśmy. I nagle czuję, że coś na mnie leci. To reklamówka z chlebem, którą trzymał. Nie wiem, co mu się stało. No, zdarza się.

Kapucyni opowiadali, że do pracy z nimi trzeba dojrzeć. Pozbyć się odruchów - na przykład że śmierdzi ...

Zdarzyło się, że kiedy czekali u nas w korytarzu, trzeba było powstrzymywać oddech, wietrzyć. Ale to jest po prostu bieda. Ludzka bieda.

A ciężko jest pracować z niepełnosprawnymi umysłowo?

Też zdarzyło mi się parę razy oberwać. Byłam dyrektorką w Domu Pomocy Społecznej, odwiedzałam dzieci. Ich reakcje były bardzo różne. Czasem po prostu znienacka uderzyły. Raz pojechaliśmy na wycieczkę. Na postoju dzieci wysiadły z autokaru. Podszedł do mnie jeden chłopak i uderzył mnie w twarz. Trochę mnie zamroczyło (śmiech). Nie spodziewałam się, zawsze był taki dobry. Potem tłumaczyłam sobie, że może ktoś wtedy go zdenerwował, a ja stanęłam na drodze.

Zdarzyło się płakać, widząc ten ogrom nieszczęścia?

Było mi smutno. Ale szybko stwierdziłam, że one wcale nie chcą, żeby ktoś im współczuł. Bo nie mają świadomości, że czegoś im brakuje. Biorą życie jakie jest. Wiele mnie nauczyły. Wdzięczności, radości z życia, cieszenia się tym, co mam. Umieją te uczucia okazywać, do dziś, kiedy tam czasem przyjadę, wołają mnie po imieniu, pamiętają.

Kiedy siostra patrzy na supernowoczesny ośrodek dla bezdomnych o. Pio, który powstał na Waszym gruncie, jest dumna?

Tak… Dziękuję Bogu, że to powstało i służy rzeczywiście tym, którzy tego potrzebują. Cieszę się, że bezdomni mogą tam zobaczyć inne wartości, inne życie, mają szansę się zmienić.

Felicjanki od dawna pomagają?

W tym roku będzie 160 lat. Nasza założycielka Angela Truszkowska miała w sobie wrażliwość na biednego człowieka. W naszym charyzmacie mieści się to do dziś: pomagamy bezdomnym, niepełnosprawnym dzieciom, opiekujemy się chorymi w zakładzie leczniczym, osobami starszymi.

A zaczęło się od tego, że kilka lat temu o. Henryk, kapucyn, przyszedł do siostry i powiedział: na tym trawniku będzie San Francisco…

No, może nie użył dokładnie tych słów (śmiech).

Pomysł był szalony: bez pieniędzy, sponsora, a tu plany na ośrodek za 15 mln złotych, wszystko według unijnych norm…

Szalony, bez pieniędzy, ale jednak przemyślany. Poza tym, ja wierzę w Opatrzność Bożą. Jeśli Bóg czegoś chce, to tak poprowadzi, żeby się udało.

Siostra jest optymistką, prawda?

Trzeba wierzyć, być odważnym. Działać, być dla innych. Nasza Założycielka też była szalona w swoich działaniach.

Siostra jest odważna?

Nie boję się podejmować ryzyka. Choć przyznam, że w przypadku tego ośrodka przeżywałam różne stany ducha.

Wstąpienie do zakonu wiązało się z ryzykiem?

Ja tak nie myślałam. Poszłam za głosem. Wiadomo, że jakąś tam walkę stoczyłam, miałam przemyślenia. Ale ryzyko? Nie. Albo się wie, albo się nie wie. Byłam zdecydowana, czułam powołanie, po prostu.

Siostra nigdy nie żałowała, że nie ma dzieci?

Jak widać, mam ich pełno.

Ale swoich. Siostra nie tęskni za rodziną?

Tak, czasami to powraca, to naturalne i ludzkie. Ale jakoś sobie z tym radzę.

A młodsze siostry, podwładne? Przychodzą z podobnym problemem i co im siostra mówi?

Moim zdaniem, dzisiaj młodzież jest mądrzejsza niż kiedyś. Tak myślę. Jeśli ktoś sądzi, że się pomylił przy wstąpieniu do zakonu, to nie ma problemu, by powrócić do świata.

Kiedy patrzy siostra na te młode dziewczyny i siebie w wieku 18 lat, to widzi różnice?

Chyba byliśmy bardziej przygotowani do życia, odpowiedzialności. Myślę, że to kwestia wychowania przez rodziców. Teraz mam wrażenie, że młodym nie stawia się większych wymagań i pewnych rzeczy po prostu nie potrafią. Siostry w przedszkolach mówią mi, że dzieciaki nie potrafią np. zawiązać sznurówek czy się ubrać. Od małego są niesprawne. Może rodzice po prostu nie mają czasu ich tego nauczyć.

Nie zazdrości im siostra czasem? Że jeżdżą po świecie, uczą się języków…

Chyba nie.

Marzy siostra o czymś?

Różne mam marzenia. Chociażby pojechać do Nowej Gwinei. Tak sobie, zobaczyć jak tam żyją ludzie. Wiem, że Papuasi czasem się kładą pod drzewem, kokos spada i giną. Po prostu nie myślą, że coś może im spaść na głowę.

Marzy siostra o takiej niefrasobliwości?

… może kiedyś tam pojadę.

Felicjanki
Zakon został założony w 1855 r. przez bł. Marię Angelę Truszkowską.
W Krakowie felicjanki działają od 1865 r. Siostry od początku istnienia pomagały sierotom, ubogim kobietom, niepełnosprawnym, prowadziły schronisko dla bezdomnych oraz pomagały w szpitalach, uczyły dzieci.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie