Zakaz handlu w niedziele to fikcja. W Krakowie rodzinne sklepiki padają masowo, a placówki potężnych obcych sieci mają rekordowe zyski

Zbigniew Bartuś
Zbigniew Bartuś
Beata Kociołek prowadząca od lat sklep przy Miodowej w Krakowie, a wcześniej w sumie cztery sklepy, mówi, że ma dość. Jak wyjaśnia, wykończyły ją straty w pandemii, ale jeszcze bardziej wykorzystywanie przez wielkie sieci luki w przepisach zakazujących handlu w niedziele.
Beata Kociołek prowadząca od lat sklep przy Miodowej w Krakowie, a wcześniej w sumie cztery sklepy, mówi, że ma dość. Jak wyjaśnia, wykończyły ją straty w pandemii, ale jeszcze bardziej wykorzystywanie przez wielkie sieci luki w przepisach zakazujących handlu w niedziele. Andrzej Banas / Polska Press
W ciągu zaledwie paru tygodni zamknęło działalność kilkanaście rodzinnych sklepów działających – często od dekad – w okolicach krakowskiego Rynku i na Kazimierzu. Upadłość grozi kolejnym, decyzję o zwinięciu interesu podjęła już znana kupiecka rodzina Kociołków, prowadząca kiedyś cztery sklepy, a dziś już tylko „ostatnią redutę polskiego handlu” przy Miodowej. Poprzednie placówki trzeba było zlikwidować w rytmie dyktowanym przez otwierające się w sąsiedztwie dyskonty i markety. Sklep przy Miodowej ocalał dzięki wprowadzonemu kilka lat temu zakazowi handlu w niedziele. A teraz upada – trochę przez ogromne straty w pandemii i brak pomocy, ale bardziej przez notoryczne obchodzenie zakazu handlu przez wielkie sieci.

FLESZ - Co Polacy robili w trakcie pandemii. Naukowcy zbadali nasz styl życia

Tylko w tę niedzielę w sąsiedztwie sklepu Beaty i Marka Kociołków naprzeciwko synagogi Tempel na krakowskim Kazimierzu otwarte były placówki trzech zagranicznych gigantów: Żabka (ta sieć franczyzowa należy do wielkiego amerykańskiego funduszu inwestycyjnego CVC Capital Partners; ma już 7103 sklepy prowadzone przez ponad 5700 franczyzobiorców), Carrefour (potężna francuska sieć hiper i supermarketów ma już w Polsce ponad 900 sklepów, w tym coraz więcej typu convenience - formatu Żabek) oraz Biedronka (portugalska sieć, z 3100 placówek w 1100 miejscowościach w Polsce, jest u nas absolutnym liderem w handlu detalicznym; co czwarta złotówka wydawana przez Polaków na zakupy trafia do kas Biedronek).

Trzeba do tego dodać jeszcze sklepy dużych lokalnych kupców, którzy dogadali się z firmami kurierskimi na odbiór przesyłek w niedziele. Efekt? Kiedy (początkowo) zakaz handlu w niedziele dla wielkich sieci naprawdę działał, sklep Kociołków miewał w święta utarg powyżej 4 tys. zł (2,5 tys. zł to próg opłacalności). Tymczasem w ostatnim czasie bywało, że nie przekraczał 200 zł…

- Przedsiębiorcy polscy z ponad 20-letnim lub nawet większym stażem przechodzą, jak ja, załamania nerwowe. Albo piją na umór. Albo targają się na swoje życie

– mówi drżącym głosem Beata Kociołek. Komenda Główna Policji przyznała właśnie, że w pierwszym półroczu 2021 mocno wzrosła w Polsce liczba samobójstw dokonywanych z powodu nagłej utraty wieloletniego źródła dochodów. Od stycznia do maja było ich oficjalnie 70, czyli ponad dwa razy więcej niż w 2019 roku (34 przypadki) i o kilkanaście więcej niż w zeszłym roku (53).

„Kpina z prawa”. Ale (na razie) legalna

- To jest totalna kpina z polskiego prawa! – grzmi Alfred Bujara, przewodniczący Sekcji Krajowej Pracowników Handlu NSZZ „Solidarność”, uznawany powszechnie za głównego architekta zakazu handlu w niedziele. Jego opinię podziela Janusz Śniadek, były lider „S”, a obecnie poseł PiS. W celu „ostatecznego przerwania owej fikcji” pilotuje poselski projekt ustawy uszczelniającej przepisy o zakazie handlu. Nowela, która 18 lipca trafiła do Sejmu, przewiduje m.in., że w niedzielę pracować będą mogły wyłącznie placówki czerpiące z działalności pocztowej ponad połowę swych przychodów.

- To oznaczałoby zamknięcie tych wszystkich Żabek, Carrefourów, Biedronek i Brico, a pozostawienie – tak jak to zakładano w pierwotnej ustawie – tylko takich sklepików, jak nasze, gdzie za ladą stoi w niedziele sam właściciel – mówi Beata Kociołek. Zastrzega jednak, że ich firmie to już nie pomoże.

- Mamy dość. Klamka zapadła. To nie ma sensu. Straciliśmy majątek, straciliśmy nerwy, a los nowelizacji wcale nie jest pewny, skoro Żabka ma porozumienie z ojcem Rydzykiem, a Biedronka z państwową Pocztą Polską - mówi bez ogródek Beata Kociołek, przypominając, że Krzysztof Krawczyk, prezes polskiego oddziału międzynarodowego funduszu CVC Capital Partners, właściciela firm Żabka Polska i PKP Energetyka, podpisał dwa i pół roku temu list intencyjny dotyczący współpracy z Wyższą Szkołą Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, a jednocześnie bywa partnerem ważnych imprez organizowanych przez prawicowe media popierające rząd. Jej zdaniem, może to sprawiać, że część ludzi władzy nie chce widzieć luk w zakazie handlu.

- A ja nie mam już pieniędzy, ani siły walczyć. Nie widzę znikąd realnej pomocy. Ja wiem, że pan Alfred Bujara staje na głowie, walczy, co pomogło przedłużyć nasz byt, ale ta cała fikcja z zakazem jest… coraz bardziej fikcyjna – kwituje krakowska przedsiębiorczyni.

Właściciele i menedżerowie wielkich sieci podkreślają, że działają w pełni zgodnie z prawem. Ustawa regulująca handel w niedzielę przewiduje wyjątki od zakazu m.in. dla stacji benzynowych, kwiaciarni, sklepów z pamiątkami oraz placówek świadczących usługi pocztowe. W ostatnich latach, przede wszystkim za sprawą gwałtownego rozwoju sklepów internetowych, wzrosło w Polsce ogromnie zapotrzebowanie na takie usługi. Pandemia jeszcze przyspieszyła ekspansję e-commerce, więc upowszechnienie placówek, w których można odbierać i nadawać przesyłki także w niedziele, wydaje się racjonalne. Co więcej, przedstawiciele Żabki podkreślają, że część sklepów tej sieci działało jako placówki pocztowe już wcześniej, na długo przed wprowadzeniem zakazu handlu. Trudno im więc zarzucić naginanie prawa. Po prostu ustawodawca przewidział dla nich wyjątek...

Ale z punktu widzenia drobnych polskich kupców, zmagających się na co dzień z gigantami handlu, z ich niskimi cenami, będącymi efektem skali i siły przetargowej (w negocjacjach z producentami i dostawcami), rozjeżdżanych przez walec kampanii reklamowych, uginających się pod ciężarem ton gazetek promocyjnych – otwieranie Żabek, Biedronek, Carrefourów, Bricomarche i innych sieciówek w niedziele jako „placówek pocztowych” oznacza po prostu „ostateczne rozwiązanie kwestii polskiego handlu”. Czyli – zagładę.

Koniec drobnych kupców polskich?

Utarg, który pozwala drobnemu kupcowi wyjść na zero, wynosi – zależnie od wielkości sklepu i jego położenia (czynsze!) ok. 2,5 tys. zł dziennie. Żeby utrzymać rodzinę (nie w luksusach, lecz spokojnie opłacić czynsz i inne rachunki oraz kupić – u siebie - chleb) potrzeba 3 tys. zł obrotu dziennie. Dla porównania – dzienny utarg Biedronki przekracza coraz częściej 100 tys. zł, czyli równowartość przychodu 30 małych sklepów należących do polskich rodzin. A najbliższa Biedronka leży pięć minut spacerkiem od sklepu Beaty… Kolejne dyskonty działają przy Rynku Głównym i w Galerii Kazimierz. Do tego cała masa sieciówek typu convenience, czyli (z angielska) „wygodnych”, w tym Żabek i Carrefourów Express.

Dyskonty, markety i wygodne sieciówki w samym centrum Krakowa mają już łączną powierzchnię prawie… dwustu Nowych Kleparzy (80 boisk piłkarskich). Placówki gigantów dysponują znakomitym zapleczem (logistyka, system zarządzania, a do tego reklama i promocja za dziesiątki milionów), są centralnie zaopatrywane w towary po cenach, o jakich Beacie nawet się nie śniło. - W Biedronce część towarów w promocji kosztuje mniej niż ja muszą za nie zapłacić w hurtowni! – przyznaje Beata Kociołek.

I dodaje, że dawno dałaby sobie spokój z handlem, zamykając ostatni sklep, gdyby nie wprowadzony z początkiem marca 2018 r. zakaz handlu w niedziele. Zostali nim objęci wielcy rywale, a ona – przy wsparciu męża i brata, ciężko harując – mogła stanąć za ladą i handlować. Z zapisków w jej kajeciku wynika, że tuż po wejściu zakazu jej średni niedzielny utarg skoczył z paruset złotych do 2300 zł, a potem przekroczył 3 tys. W roku 2019, gdy liczba handlowych niedziel stopniała do jednej w miesiącu, przekroczył 4 tys. zł (o tysiąc złotych więcej niż rok wcześniej i pięć razy więcej niż dwa lata wcześniej).

- Byłoby sporo lepiej, gdyby nie fakt, że Żabki zobaczyły w przepisach lukę: przemieniły się placówki pocztowe i też otwarły się w niedziele. No i odebrały zasuwającym za ladą przedsiębiorcom lwią część utargu – relacjonuje Marek Kociołek. Przyznaje, że drobni kupcy, jak oni, myśleli ciepło o Alfredzie Bujarze, który pomógł nie tylko tysiącom pracowników Biedronek, Lidli, Carrefourów, zasuwających dotąd w każdą niedzielę, ale i polskiemu małemu rodzinnemu handlowi - który dzięki zakazowi ocalał. Ale, jak się okazało, tylko na chwilę.

W 2020 r. część z 30 tysięcy drobnych kupców stających za ladą w niedzielę i święto, by zarobić na sprzedawany przez siebie chleb, otrzymało straszny cios ze strony pandemii. Chodzi przede wszystkim o tych, którzy prowadzą (a ściślej – prowadzili) swe biznesy w tłocznych miejscach turystycznych, jak centrum Krakowa czy Kazimierz. - Klient nagle zniknął. Całkowicie! Bywały dni, że Miodową nie przeszedł nawet pies – wspomina Beata Kociołek.

Przychody wynosiły zero, a koszty szły w tysiące. Pomoc z państwowych tarcz wystarczyła ledwo na opłacenie podstawowych rachunków przez około trzy miesiące. A przecież pandemia i lockdowny, skutkujące brakiem turystów, trwały w sumie grubo ponad rok. - To był rok strasznego szamotania się, codziennej walki, z góry przegranej, ale próbowaliśmy się nie poddawać, harując po 20 godzin na dobę – opowiada Beata Kociołek.

Jej „normalny” dzień wyglądał tak: pobudka koło piątej rano, by o szóstej być w sklepie, albo w hurtowni, albo na bazarze, a potem w sklepie – do pierwszej w nocy. Pomagał jak zawsze mąż i brat, wozili towar, rozstawiali na półkach, pani Beata stała za ladą. Bo większość pracowników w środku pandemii, wobec braku przychodów, musieli zwolnić.

- Ludzie mieli żal, ale co ja mogłam. Mieszkanie musieliśmy sprzedać, żeby spłacić najpilniejsze długi. Na spłatę reszty należności mąż pojechał harować na budowie we Francji… - opisuje krakowska przedsiębiorczyni. Ostatnią nadzieją była dla niej odbudowa przychodów po pandemii. Liczyła na powrót turystów. Ale widać już, że ich sytuacja się nie poprawi.

- Powiem brutalnie: w ostatnich miesiącach do Krakowa przybywają głównie polscy turyści. Gdzie robią zakupy? W sklepach zagranicznych sieci. Do polskiego kupca nie pójdą, bo się przyzwyczaili – przez gazetki, przez reklamę, przez dumpingowe ceny – że kupują w sieciówkach. Ot, taki patriotyzm ograniczony do kupienia polskiej wódki w portugalskim, niemieckim czy francuskim sklepie. Póki w niedziele te sieciówki stały zamknięte przez zakaz, jakoś dawaliśmy radę, ale teraz, jak mamy dookoła same „placówki pocztowe” handlujące piwem, winem i wódką od rana do nocy, przez siedem dni w tygodniu, nasza reduta ostatecznie padła. Polski handel, polski kupiec, żegna się i amen. Niedługo nie będzie pod Wawelem, a na pewno w centrum, ani jednego sklepu należącego do drobnego przedsiębiorcy. Tylko sieciówki, franczyzy i paru dużych, co mają minimum kilkadziesiąt sklepów

– opowiada Marek Kociołek.

- Ja, jak nerwy podleczę, pewnie na etat pójdę, na cudzym pracować. Bo jakie mam wyjście? – pyta smętnie Beata. Przyznaje, że od dłuższego czasu jest świadoma, iż dla polskiego kupca jedynym wyjściem jest urosnąć (jak sieć DINO Tomasza BIernackiego, która ma już 1500 sklepów w Polsce, dwa razy więcej niż Lidl; sam Biernacki jest wedle Forbesa drugim najbogatszym Polakiem, z majątkiem 13,4 mld zł), albo masowo zrzeszyć się innymi kupcami w sieci pod wspólnym szyldem. Zupełnie w pojedynkę trudno przetrwać nawet w najlepszej lokalizacji. Brutalnym na to dowodem są dane ujawnione w raporcie firmy Nielsen, badającej wnikliwie rynek handlu detalicznego: w 2020 roku upadło w Polsce aż 1800 sklepów, z czego 1670 to placówki małe, które miały ocaleć dzięki zakazowi handlu w niedziele.

- I pewnie by ocalały, gdyby ten zakaz nie był notorycznie obchodzony – uważa Alfred Bujara. Stąd kolejna inicjatywa ustawodawcza – mająca tym razem na celu pozamykanie wszystkich „furtek”, z których tak szeroko korzystają dziś zwłaszcza giganci. Taki ruch popiera nie tylko cała „S”, ale i Kongregacja Przemysłowo-Handlowa, której zdaniem „zakaz handlu w niedziele ma pozytywny wpływ na rodzinny, średni i drobny handel branży FMCG w Polsce”.

A giganci rosną, handlując coraz częściej w niedziele

Tymczasem państwowa Poczta Polska informuje, że można odbierać przesyłki z automatów paczkowych zlokalizowanych w 240 sklepach sieci Biedronka, w tym pięciu w Krakowie, m.in. przy Rynku Głównym i ul. Berka Joselewicza. Tym samym rzeczone Biedronki zmieniają się w placówki pocztowe i mogą w majestacie prawa działać w niedziele. Poczta tłumaczy to rosnącą popularnością tego typu usług – i ma rację; świadczy o tym żywiołowy rozwój sieci paczkomatów InPostu, zlokalizowanych często koło Biedronek i Lidli.

Niedzielne przychody zapewne pomagają portugalskiej sieci osiągać w Polsce rekordowe wyniki. W pierwszym półroczu obroty polskiego oddziału Jeronimo Martins wzrosły o 10 proc. w porównaniu z rokiem ubiegłym, przy czym drugi kwartał był lepszy od pierwszego (3,6 mld euro, czyli 16,4 mld zł, wobec 3,4 mld euro). Zyski się podwoiły.

Również sieć Carrefour zanotowała w Polsce w II kwartale wzrost przychodów – o 6 proc. rok do roku. W przypadku Grupy Muszkieterów (do której należą sklepy Bricomarche; kilka z nich to „placówki pocztowe”) obroty wzrosły o 11,5 proc. Z kolei niemiecka Grupa Schwarz (sieci Lidl i Kaufland) zwiększa w Polsce przychody w tempie od 7,5 do nawet 10 proc. rocznie.

Za całkowitym zniesieniem zakazu handlu w niedziele opowiada się Polska Organizacja Handlu i Dystrybucji zrzeszająca największe sieci handlowe (w tym Biedronkę) oraz Konfederacja Lewiatan (która złożyła w tej sprawie wniosek do Trybunału Konstytucyjnego, rozpatrzony ostatnio w sposób – oględnie mówiąc – nie satysfakcjonujący ani przeciwników, ani zwolenników zakazu). Pracodawcy tłumaczą, że można zapewnić pracownikom wolne niedziele dla rodziny w całkiem inny sposób, np. gwarantując ustawowo, że pracownik nie może pracować w święto częściej niż raz w miesiącu. OPZZ proponuje z kolei wprowadzenie w niedziele podwójnych stawek wynagrodzenia.

Czasowe zniesienie zakazu handlu w niedziele – by pomóc gospodarce w wyjściu z pandemii – forsuje zdominowany przez opozycję Senat. Wątpliwe jednak, by zyskał poparcie Sejmu – przeciwko temu są nie tylko posłowie PiS, ale i działacze lewicy.

Wideo

Komentarze 7

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

A
AKrak
3 sierpnia, 14:00, Gość:

Jest mi żal mniejszych sklepików, ale akurat sklepu na Miodowej ani trochę. Ceny były nieprzyzwoite, brak możliwości zwrotów, opryskliwi pracownicy. Była to pułapka na turystów i na ludzką nieuwagę - można sprawdzić komentarze wyszukując "Profit Beata Kociołek Alkohole" w Google. Uważam, że nie był to uczciwy biznes i nie dziwię się wcale, że inne sklepy w okolicy wygrywają - na pewno nie jest to tylko kwestia cen.

Myślę że to typowo biznes "Januszów i Grażyn" . Podobnie jest z kantorem na ul. Floriańskiej ( niedaleko kościoła Mariackiego ) Nieuważny turysta dostanie 3,50 za jedno Euro jeśli nie zwróci uwagi - typowi oszuści i naciągacze .

A
AKrak
Teraz "nowy polski ład" zwany "polskim wałem" dobije drobnych kupców , którzy zazwyczaj rozliczają się jak drobni przedsiębiorcy ale dobrze bo to "klasa średnia" , która ma obowiązek płacenia na biednych emerytów i posłów.
G
Gość
Jak wyjaśnia, wykończyły ją straty w pandemi Hmm Akurat sklepy spożywcze straciły najmniej na pandemii,bo jeść i pić trzeba Chyba że to był sklep i ceny ewidentnie pod turystów żeby ich doić wysokimi cenami
G
Gość
Mieszkam na Prądniku Czerwonym. Gdyby nie Żabka 50 m od mojego domu i mały Carrefour trochę dalej, w niedzielę byłbym pozbawiony możliwości awaryjnych zakupów. Żadnych sklepów prywatnych tu nie ma. Najbliższe może właśnie na Kazimierzu.
G
Gość
Jest mi żal mniejszych sklepików, ale akurat sklepu na Miodowej ani trochę. Ceny były nieprzyzwoite, brak możliwości zwrotów, opryskliwi pracownicy. Była to pułapka na turystów i na ludzką nieuwagę - można sprawdzić komentarze wyszukując "Profit Beata Kociołek Alkohole" w Google. Uważam, że nie był to uczciwy biznes i nie dziwię się wcale, że inne sklepy w okolicy wygrywają - na pewno nie jest to tylko kwestia cen.
E
Erwin Ryś-Ferens
Tekst propagandowy
T
Tępy Wsion
Czas podnieść akcyzę na alkoholu (i wybrobach tytoniowych też)
Dodaj ogłoszenie