Dobry sąsiad, który okazał się okrutnym mordercą

    Dobry sąsiad, który okazał się okrutnym mordercą

    Artur Drożdżak

    Gazeta Krakowska

    Aktualizacja:

    Gazeta Krakowska

    Sąd w Tarnowie. Tutaj  12 czerwca 1986 r. zapadł wyrok skazujący Czabańskiego na karę śmierci
    1/2
    przejdź do galerii

    Sąd w Tarnowie. Tutaj 12 czerwca 1986 r. zapadł wyrok skazujący Czabańskiego na karę śmierci ©fot. Zygmunt Kaczmarek, Fotopolska

    Los Andrzeja Czabańskiego zmienił się w nocy z niedzieli na poniedziałek w czerwcu 1984 roku. Gdy zabijał swoją sąsiadkę, w tarnowskim szpitalu rodziła mu się córka.
    Znał wiele lat rodzinę swojej przyszłej ofiary. Jej rodzice utrzymywali kontakty z jego matką i ojcem. Bywał w tamtej rodzinie jeszcze jako kawaler. Potem, kiedy w 1980 roku wziął ślub, sąsiadka była nawet na jego uroczystości wraz z mężem.

    Czabański ciągle o niej myślał, mimo różnicy wieku. Przewijała się w jego marzeniach, snach, wyobrażeniach. Nie krył, że mu się podobała jako kobieta.

    Wiedział, że mąż sąsiadki przebywa w Stanach Zjednoczonych, a ona mieszka sama z córkami. Czabański postanowił to wykorzystać.

    Zabójczy plan
    Opracował plan, dokładnie przemyślał, co chce zrobić i zaczął działać. Zjawił się o 2.00 w nocy u sąsiadki, obudził ją a potem przekonał, że musi z nim pojechać na pobliską pocztę. - Dzwoni pani mąż z Chicago, chce porozmawiać - opowiadał sąsiadce. Twierdził, że ma znajomości w Urzędzie Telekomunikacyjnym, stąd wiedział o telefonie. Uwierzyła, wsiadła z nim do fiata 125 p, pojechali.

    Życiorys
    Życie Czabańskiego nie było specjalnie ciekawe. Urodził się w podtarnowskiej miejscowości, ale większość życia spędził w Tarnowie. W podstawówce uczył się słabo, potem skończył trzyletnią przyzakładową szkołę, został kierowcą-mechanikiem. Jako nieletni był karany za włamanie do piwnicy, miał kuratora sądowego. Od 1977 r. pracował w przedsiębiorstwie handlu wewnętrznego, potem w zakładzie remontowo- budowlanym tarnowskiego szpitala.

    Po odbyciu służby wojskowej pomagał żonie w prowadzeniu sklepu z częściami samochodowymi, był też taksówkarzem. Żyli z oszczędności i pensji. Przyszła na świat jego pierwsza córka, spodziewał się drugiego dziecka, gdy tamtej tragicznej nocy zdecydował się na dokonanie przestępstwa. Wypił trochę alkoholu dla odwagi i dopiero wtedy zapukał do drzwi sąsiadki.

    Wyrozumiała policja
    Gdy już jechali razem autem, przypadkowo na ulicy w mieście zatrzymał ich w nocy patrol MO. Funkcjonariusze puścili ich, choć od kierowcy poczuli woń alkoholu. Przekonał ich, że jedzie z sąsiadką w pilnej sprawie telefonu z zagranicy. To nie były jeszcze czasy telefonów komórkowych, dlatego funkcjonariusze byli wyrozumiali. Na miejscu, na poczcie nikt jednak nie potwierdził, że ktoś dzwonił z USA.

    Czabański przekonał wtedy sąsiadkę, by pojechała z nim za miasto, do jego kolegi, pracownika poczty i on wszystko jeszcze raz sprawdzi i doradzi, co robić w sprawie rozmowy. Zatrzymali się w Ładnej, wyszli na łąki, była gwiaździsta noc. Czabański zrozumiał, że kobieta już domyśliła się, że ją okłamywał.

    Zaproponował jej seks, odmówiła, więc uderzył, przełamał opór. Zabił. Zrobiło się widno, więc ukrył zwłoki w łanie żyta.

    Samochód sąsiadki zaparkował przed jej blokiem, widać było krew na masce, ale Czabański był w amoku. Poszedł do córek kobiety, bo one widziały go, gdy zabierał ich matkę z mieszkania.

    Córki na celowniku
    - Postanowiłem zabić obie, by zlikwidować świadków - powiedział potem na jednym z przesłuchań. Nie wiedział, jak to zrobić, jak zabić, by nie krzyczały.

    Pojawił się u nich w mieszkaniu o 5 rano, wpuściła go starsza córka kobiety. Zauważyła, że jest nietrzeźwy. Czabański kłamał, że rozmowa telefoniczna jej matki z mężem w USA została przerwana i potem pojechali w inne miejsce, by składać reklamację. Sąsiadka tam miała zostać. Czabański był wyraźnie zdenerwowany. Tym bardziej że przez okno ujrzał na zewnątrz bloku swoją matkę. Bał się, że ona zajrzy do mieszkania sąsiadki, w którym był.

    Chodził po pokoju, cały czas wycierał ręce. W pewnej chwili podjął decyzję o ataku. Rzucił się na nastolatkę. Zaczął ją dusić, nie przestawał, choć krzyczała i wzywała pomocy. Straciła przytomność, a gdy się ocknęła, zauważyła, że mężczyzna zniknął, uciekł z mieszkania. Koło niej stała za to jej młodsza siostra, była zakrwawiona. Mówiła, że próbowała bronić siostry, mimo różnicy sił, zaatakowała mężczyznę. Uderzył ją w twarz, też dusił, ale w końcu zbiegł.

    Na krzyk dziewczyn: ludzie ratujcie!, zareagowali sąsiedzi, przybiegła też matka Czabańskiego.

    W mieszkaniu pojawili się ludzie i udzielili pomocy pokrzywdzonym.

    Dziewczyny o 7 rano zawiadomiły o sprawie milicję. Były przerażone. Strach potęgował fakt, że ich matka nie wróciła do domu. Podejrzewały, że mogło stać się coś złego.

    Ucieczka
    Czabański po tym, jak wyskoczył przez balkon, wsiadł do swojego auta. Po chwili się zatrzymał i w krzakach ukrył zakrwawione ubranie oraz klucz i podnośnik samochodowy. Pojechał do swojej babci pod Tarnowem. - Dobrze, że się zjawiłeś. Pomożesz mi przy zrzucaniu siana - oznajmiła mu kobieta.

    Po kilku godzinach zjawił się też patrol MO, zapytali o zaginioną, już poszukiwaną sąsiadkę. - Wiem gdzie jest, pokażę. To znaczy wiem, gdzie leżą jej zwłoki - Czabański przyznał się od razu do winy. Miał na ręce obrażenia, ranę na wardze.

    Wiedział już, że urodziła mu się w nocy druga córka. By poród odbył się bez przeszkód, kilka dni wcześniej dał ofiarę na mszę św.
    Zwłoki kobiety odkryto w podtarnowskiej Ładnej. Leżały w polu porośniętym zbożem. Widać było na głowie obrażenia od ciosów podnośnikiem samochodowym. Z ułożenia ciała można było wnioskować o motywie zabójstwa 41-latki.

    W pobliżu odkryto legitymację szkolną jej córki, bilet komunikacji za 9 zł 40 gr, różaniec ze szklanych paciorków.
    Żona Czabańskiego mówiła, że był dobrym, kochającym mężem i ojcem. Nie miała pojęcia, czym się kierował, gdy dopuścił się gwałtu i zabójstwa sąsiadki. - Stało się to, czego sobie nigdy nie wyobrażałam. Nigdy żadnemu stworzeniu nie zrobił krzywdy - zeznawała. Biegły sądowy seksuolog Zbigniew Lew Starowicz nie stwierdził u Czabańskiego dewiacji seksualnych.

    Tatuaż
    W liście z kwietnia 1986 r., tuż przed rozpoczęciem swojego procesu, Czabański prosił o zwiększenie konwoju i ochrony, bo "miał informacje", że mąż sąsiadki będzie chciał dokonać na nim samosądu oraz że "ubliża i straszy jego rodzinę". Został wysłuchany. Już podczas pobytu w więzieniu zrobił sobie tatuaż "Urodziłem się po to, by na ziemi stworzyć piekło 666".
    Odpowiadał za zabójstwo sąsiadki i usiłowanie pozbawienia życia jej córek.

    Skruchy nie było
    Sąd Wojewódzki w Tarnowie skazał Czabańskiego na karę śmierci, a wymierzenie jej uznał za "celowe, niezbędne i zasadne".
    To kara - pisał sąd w uzasadnieniu wyroku z 12 czerwca 1986 r., "która przez eliminację skazanego zagrażającego potencjalnie społeczeństwu, zabezpiecza życie ludzkie w przyszłości".

    Sąd nie stwierdził skruchy skazanego, a "okoliczności łagodzących "nie dopatrzono się". Zdanie odrębne od wyroku kary śmierci złożył jeden z dwóch sędziów zawodowych, członek składu orzekającego. Podkreślał, "Czabański nie był do tej pory karany, ma pozytywne opinie środowiskowe i z miejsca pracy i ma nieznaczne ograniczenie poczytalności".

    Wyrok wykonany
    Sąd Najwyższy utrzymał wyrok w mocy 6 listopada 1987 r. O życie syna walczyła do końca jego matka. W marcu i kwietniu 1988 r. dwa razy napisała wnioski o wstrzymanie wykonania kary. Nic nie uzyskała.

    Andrzeja Czabańskiego powieszono 21 kwietnia 1988 r. To był ostatni wykonany w Polsce wyrok śmierci.

    Czytaj treści premium w Gazecie Krakowskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo