Ponieważ święta wielkanocne są równocześnie świętami paschalnymi, czyli świętami „przejścia” czy wręcz „przeskoku” – od tego pochodzi bowiem hebrajskie słowo „pesach” – czas zajmuje w nich miejsce szczególne. Wielkanoc poprzedza czterdziestodniowy Wielki Post, który trwa od Środy Popielcowej do Niedzieli Palmowej. Płynnie przechodzi on w Wielki Tydzień, który jednak w pewnym sensie urywa się w Wielki Czwartek wieczorem, gdyż chrześcijanie gubią zwykłą rachubę czasu. Ruch ziemi wokół własnej osi jak gdyby nigdy nic sprawi, że słońce wzejdzie i zajdzie tworząc piątek, sobotę i niedzielę, ale zmiany, które się dokonają w tym czasie będą tak intensywne i głębokie, że przestaniemy widzieć trzy oddzielne dni, a doświadczymy tego, co ojcowie nazwali po łacinie Triduum, a co moglibyśmy na języki polski przetłumaczyć jako „Trójdzień”: trzy dni będące czymś jednym.
Wymownym znakiem takiego spojrzenia na czas Wielkiego i Świętego Trójdnia jest niby drobny szczegół podczas sprawowania liturgicznych obrzędów Kościoła: znak krzyża, który rozpoczyna każdą chrześcijańską celebrację, wykonany będzie podczas wieczoru poprzedzającego Wielki Piątek – na rozpoczęcie Mszy Wieczerzy Pańskiej – ale końcowe błogosławieństwo, które normalnie ma miejsce po trwającej godzinę czy dwie celebracji, będzie udzielone ludowi dopiero w noc Wielkiej Soboty, gdy już przejdziemy do świętowania Niedzieli Zmartwychwstania Pańskiego. W ten dyskretny sposób Kościół zaznacza, że wydarzenia rozciągnięte od czwartku wieczór po niedzielny poranek są czymś jednym, jedną zmianą, jednym czasem.
Czy te rozważania nad „Trójdniem” nie są czasem jakimś liczeniem, ile to diabłów zmieści się na łebku szpilki, czy też dzieleniem przysłowiowego włosa na czworo? Czy to aż takie ważne, ile jest tych wielkich i świętych dni?
W centrum doświadczenia chrześcijańskiego znajduje się ostatnia godzina ziemskiego życia Jezusa Chrystusa. Jeśli miała ona miejsce w piątek, to znaczy, że Jezus kończy swoje życie śmiercią na krzyżu. Może i przeżył swoje dni pośród nas w sposób piękny i szlachetny, ale zakończył je jak wszyscy inni ludzie: umarł. Wiara Kościoła wyraża się właśnie w tym, że tę ostatnią godzinę rozciąga się na cały dzień sobotni, podczas którego panowała cisza grobu, i obejmuje się nią poranek niedzielny, gdy okazało się, że grób jest pusty, że „nie ma Go tu”, że zmartwychwstał. Śmierć Pana jest Jego zmartwychwstaniem: jedno wydarzenie, jedna zmiana, jeden Wielki i Święty Trójdzień.
Wiara w to, co wydarzyło się z Panem, przekłada się – albo przynajmniej powinna – na życie Jego uczniów. Chrześcijanie, którzy przeżywają oddawanie swojego życia innym jedynie jako trud, tkwią po uszy w Wielkim Piątku wyrwanym z Wielkiego i Świętego Trójdnia. Jeśli jednak wraz z trudem obecne jest doświadczenie radości, chwały i pokoju, scalają w sobie śmierć i zmartwychwstanie.
Niech te święta pozwolą nam doświadczyć jedności tych trzech doświadczeń: trudu miłowania, ciszy oczekiwania i radości prawdziwego życia. Co stało się z Panem, niech stanie się z nami.
