Z nieoficjalnych, ale pewnych źródeł dowiedzieliśmy się jednak, że udało się ustalić miejsce,
z którego zaginiona telefonowała, gdy trwały jej poszukiwania. Prawdopodobnie była to budka telefoniczna. Ten fakt rodzi wiele pytań o okoliczności porwania Janiny Klimek.
O szczegółach złożonych we wtorek zeznań Janiny Klimek nie chce mówić ani policja, ani rodzina bohaterki dziwnych zdarzeń. Z nią samą nie udało nam się wczoraj porozmawiać. Z hotelu
w Muszynie, który prowadzi wraz z mężem, odesłano nas z kwitkiem.
W recepcji usłyszeliśmy, że nie ma ani Stanisława Klimka, ani jego żony. Z rozmowy z ich synem wynika, że Janina Klimek nie jest w najlepszej kondycji psychicznej. - Nie jest jeszcze możliwa rozmowa z mamą. Trudno powiedzieć, kiedy poczuje się lepiej - uciął nasze pytania Rafał Klimek.
Na prośbę o wyjaśnienie wątpliwości dotyczących miejsca, w którym porywacze mieli wypuścić kobietę (służby prasowe policji mówiły o okolicach Brzeska i Bochni, niektóre media donosiły zaś,
że chodzi o Wytrzyszczkę) odpowiedź była równie lapidarna. - Takich informacji nie możemy udzielać - usłyszeliśmy.
Prosiła o pomoc dzwoniąc z... budki. Czy to podważa wersję o porwaniu?
- Pani Klimek twierdzi, że została porwana, a następnie uwolniona. Nic więcej nie mogę powiedzieć
- oświadczył wczoraj Dariusz Nowak, rzecznik małopolskiej policji.
Przypomnijmy, że zgłoszenie o zaginięciu Janiny Klimek policjanci przyjęli w miniony czwartek od jej bliskich. 60-letnia współwłaścicielka luksusowego hotelu w Muszynie przyjechała do Krakowa
w odwiedziny do córki. Udała się na zakupy w centrum handlowym Tandeta i w tych okolicach ślad po niej zaginął.
Gdy nie stawiła się na umówione z córką spotkanie, rozpoczęły się poszukiwania. Policjanci prowadzili je dopuszczając kilka możliwych przyczyn zniknięcia kobiety - m.in. uprowadzenie, nagłe pogorszenie stanu zdrowia, zanik pamięci. Mieli jednak pewność, że zaginiona żyje.
Skąd wiedzieli? Otóż w czasie swojej nieobecności pani Klimek skontaktowała się z córką telefonicznie. Prosiła o pomoc, mówiła, że nie wie gdzie jest. We wtorek zeznawała, że porywacze przez kilka dni przetrzymywali ją w nieznanym jej miejscu, w ciemnym pomieszczeniu, a w końcu przywieźli samochodem w okolice jednej z małopolskich szkół i uwolnili. Teraz milczy.
Najwięcej do powiedzenia miał wczoraj biznesmen z Rzeszowa (nazwisko znane redakcji), który poczuł się w cieniu podejrzeń o porwanie z powodu konfliktu, jaki miał ze Stanisławem Klimkiem. Poszło o budowę apartamentowca w Krynicy. Żeby wyjaśnić te wątpliwości, zadzwonił do "Polski
- Gazety Krakowskiej".
- Nikogo nie porwałem. Nie działam takimi metodami - oświadczył w rozmowie z nami.