Jerzy Mazgaj: Opowiem wam, co to jest luksus [WYWIAD]

  • Gazeta Krakowska

Maria Mazurek

Moje kasjerki zarabiają 1760 zł brutto. Wiem, że jak mówię o cygarach, to muszą mnie nie znosić. Już Boy-Żeleński pisał, że w Polsce każdy każdemu zazdrości. Ale ja nie tylko konsumuję swoje bogactwo. Chcę edukować Polaków, dawać im odrobinę luksusu - mówi Jerzy Mazgaj, właściciel m.in. znanej sieci delikatesów "Alma", w szczerej rozmowie z Marią Mazurek.
Jerzy Mazgaj, założyciel i prezes Almy oraz Krakowskiego Kredensu. Zarządza też grupą Vistula (Vistula, Wólczanka, Kruk) oraz Krakchemią
 Fot. alma

Widzę, że pracownicy chyba troszkę się Pana boją.
Nie wiem. Nawet jeżeli, to może i dobrze. Strach sprawia, że człowiekowi nie zanika samokontrola.

Kogo boi się Jerzy Mazgaj?
Trochę samego siebie, zbyt szalonych pomysłów. I jeszcze pewnego absolutu. Wierzę, że ile da się z siebie dobra czy zła, to tyle do mnie powróci.

Boga się Pan boi?
Boga w takim niekościelnym rozumieniu tego słowa. Jakiejś siły wyższej. Jestem ochrzczony, mam bierzmowanie, ślub kościelny. Ale trudno mi wierzyć w taki Kościół, który zabrania odprawiać mszy księdzu Lemańskiemu, który atakuje księdza Bonieckiego, bo ten broni Nergala. Więc powiem tak: boję się absolutu, Kościoła - nie.

Skoro Pan się boi, to znaczy, że ma Pan coś na sumieniu?

Może i mam. Nie ma ludzi absolutnie kryształowych. Ale robię też dużo dobrego.

Jakie to dobro, które Pan uczynił?

Choćby danie pracy 6 tys. ludzi. Sprawiedliwe ich traktowanie. Nieoszukiwanie klientów.

Nieoszukiwanie klientów? Pod marką Krakowskiego Kredensu sprzedaje Pan produkty, które bez Pana etykiety kosztują w sklepach dwa razy mniej. Choćby boczek z podtarnowskiego Taurusa. Rozmawiałam w zeszłym tygodniu z jego właścicielem.
Czytałem, że pochwalił się pani, że sprzedaje do Kredensu. Ma w umowie napisane, że nie może tego robić.

I co, zerwie Pan za to z nim umowę?

Nie. Pochwalił się, bo ma się czym chwalić. Widocznie potrafił sprostać naszym normom, standardom, trudnej recepturze. To jak krawcowa, która jest dumna z tego, że szyje dla Armaniego. Wybieramy najlepszych. I stąd mogło powstać w pani wrażenie niesprawiedliwości, że za te same produkty pod marką producenta płacimy mniej. Bo pod marką Krakowski Kredens kryją się rygorystyczne kontrole jakości, atesty, gwarancja najlepszego smaku. Ludzie zaczynają to rozumieć, że lepiej kupić mniej, a lepszego produktu. Dlatego często kupują u nas skromne emerytki. Wolą trzy plasterki naszej polędwicy niż więcej naszpikowanych chemią wędlin z dyskontu.

Wie Pan, ile zarabiają Pana kasjerki?
Zaraz o to zapytamy. Już wiem: 1760 zł brutto.

80 złotych więcej niż pensja minimalna.
Niedużo. Tyle, ile wszędzie na tym stanowisku. Poprzednie lata były kryzysowe, a przecież też musimy utrzymać się na rynku. Ale moje kasjerki w odróżnieniu od tych z innych sklepów nie noszą pampersów, pracują w bardziej komfortowej atmosferze. Mogą w każdej chwili skontaktować się ze mną za pomocą bezpośredniego maila. Nie zwalniamy pracowników, wspomagamy ich w trudnej sytuacji. Czy śmierć w rodzinie, choroba, rozwód - dajemy im kilka, kilkanaście tysięcy zapomogi Jak muszą wyremontować mieszkanie, dostają niskoprocentową pożyczkę. Przed świętami mają 15 proc. zniżki na zakupy w naszych sklepach. Dofinansowujemy lekcje angielskiego, robimy imprezy dla dzieci pracowników, wspólne wyjścia do kina - tydzień temu na przedpremierowy pokaz najnowszego filmu Smarzowskiego.

Kasjerki muszą Pana nie znosić, jak tak rozprawia Pan o drogich cygarach i winach.
Bo to taki kraj. Już Boy-Żeleński pisał, że tu każdy każdemu zazdrości. Ta nienawiść byłaby uzasadniona, jakbym swoje bogactwo tylko konsumował. A ja tylko w zeszłym roku otworzyłem dziewięć nowych sklepów, dałem pracę prawie tysiącowi osób. Jakby każdy w tym kraju, kto pali drogie cygara, zatrudniał tyle osób, ile ja, to zapewniam: żylibyśmy w kraju dobrobytu.

Ale niech Pan powie szczerze: wyobraża sobie Pan żyć za niewiele ponad tysiąc złotych miesięcznie na rękę?

Teraz pewnie nie. Ale przecież ja też kiedyś byłem biednym studentem, żyjącym w Żaczku za stypendium.

Socjalne czy naukowe?
Socjalne. Nie przelewało się. Szynka czy banany to wtedy był luksus. Ja tego prawdziwego luksusu dopiero musiałem się przez lata uczyć. Ciężką pracą, własnymi pazurami dochodziłem do wszystkiego, co dziś mam. A że mnie nie kochają kasjerzy? Nie muszą. Myśli pani, że kochają Pedra Pereirę, najbogatszego Portugalczyka, właściciela Biedronki? Ja przynajmniej tu płacę podatki.

Dziwi Pana to zbiorowe oburzenie na to, że LPP, polski właściciel tak znanych marek jak m.in. Reserved i House, przeniosło się na Cypr?
Każdy ma prawo do optymalizacji podatków. Za te 400 milionów rocznie, które zaoszczędzą, będą mogli otworzyć np. 200 sklepów i dać pracę kolejnym ludziom.

Ja kupowałam w LPP dlatego, że któregoś dnia pomyślałam, że skoro podobne ciuchy, w podobnej cenie mogę kupić w Zarze czy H&M albo w polskich sklepach, to wolę pieniądze zostawić w kraju. Tak pewnie myślało więcej ludzi.
I to myślenie też akceptuję. Trzeba zrozumieć i oburzonych klientów, i właścicieli LPP. Ale może trzeba zadać sobie jeszcze jedno pytanie: dlaczego polski rząd nie wprowadzi podobnych ulg podatkowych dla przedsiębiorców jak na Cyprze? Wtedy nie dość, że rodzime firmy nie musiałyby uciekać z Polski, to jeszcze zagraniczne ściągałyby tutaj.

Ile Pan miesięcznie wydaje na życie?
Powiem pani, że nie tak dużo. Staram się żyć na wysokim poziomie, to fakt. Ale nie mam jachtu, samolotu, prywatnej loży na stadionie Wisły czy Cracovii, nie gram w golfa. W konsumpcji też nie przejawiam ostentacji.

Czym Pan jeździ?
Range Roverem, bo lubię terenowe samochody. Mam też jaguara na specjalne okazje. Ale nie przesadzajmy. Jaguarem to nawet jeździł poseł Kalisz z kawiorowej lewicy.

To ile Pan w końcu wydaje ? 10 tysięcy, 100 tysięcy złotych?

Musiałbym policzyć. To zależy, czy gdzieś jadę, czy kupuję garnitur, buty.

Ile taki garnitur kosztuje?
Szyty na miarę ok. siedmiu tysięcy. Przyznam, że kupuję co najmniej cztery rocznie: dwa na sezon jesienno-zimowy i dwa na wiosenno-jesienny. Lubię też ręcznie szyte buty. Tu ceny zaczynają się od dwóch tysięcy. Ale nie wypada, żeby człowiek na moim stanowisku chodził w źle skrojonym garniturze czy kiepskich, niewypastowanych butach. Bo to widać. Rzut oka na jakiegoś menedżera i jestem w stanie powiedzieć, czy jest ubrany w garnitur za 600, 1600 czy 12 tys. zł. To widać też po zegarku, piórze, okularach. To nie tylko pokazuje, ile człowiek ma pieniędzy, ale też jaki jest. Ci bez fantazji wybierają Bossa. Żeby poczuć się jak boss, wielki pan. Człowiek ubrany w Kenzo jest za to bardziej ekstrawagancki.

Poznałam człowieka bogatszego od Pana, który twierdzi, że żyje za kilkaset złotych. Wydaje się, że ma gdzieś drogie garnitury i pióra.
Z Sącza? No tak. Tam sporo osób się dorobiło, ale za tym sukcesem finansowym nie poszła zmiana mentalności. Dziwne miejsce. Ale nie tylko tam tak jest. Kiedyś poszedłem na lunch z człowiekiem z pierwszej dziesiątki najbogatszych Polaków. Pyta: co pijemy do obiadu? Ja, że wino. A on na to: mnie po zwykłym winie rura piecze. Warszawa, godz. 13, niemiłosierny upał, a on Chopina pije do obiadu! Nawet w kancelarii byłego prezydenta jeszcze kilka lat temu do obiadu podawało się piwo. Trzeba przyznać, że Komorowski, a szczególnie Tusk, są w te klocki znacznie lepsi. Mamy jednego z najlepiej ubranych premierów w Europie, eleganckiego, z klasą.

W radzie nadzorczej Pana spółek zasiada m.in. Andrzej Wyrobiec, do niedawna sekretarz PO, i ks. Kazimierz Sowa, brat marszałka Małopolski. Dlaczego?

Bo są mądrymi ludźmi. Chodzi pani do kościoła?

Chodzę.

Po co pani tam chodzi? Pewnie po moment refleksji, wyciszenia. Takim momentem jest dla mnie każda rozmowa z ks. Sową. To świetny specjalista od etyki w biznesie, od mediów.

Ale przyjaźń z ks. Sową pewnie wpływa na relacje z marszałkiem.

Przyjaźniłem się z ks. Sową jeszcze zanim jego brat został marszałkiem. A poza tym w jaki sposób marszałek miałby mi pomóc? Kupić u mnie masło? W mojej działalności, która stawia na handel detaliczny, przychylność władz specjalnie potrzebna nie jest.

Kto kupuje w Pana Almie?
Ci, którzy chcą więcej od życia. Którzy chcą prawdziwej szynki parmeńskiej, z atestami, zdrowej, wiadomego pochodzenia, a nie "wyrobu typu szynka parmeńska" z dyskontu. Ci, którzy chcą prawdziwej toskańskiej oliwy, a nie oliwy "wyprodukowanej we Włoszech", która może być tłoczona z oliwek z Włoch, ale i z Tunezji, Turcji, z całego świata. Tak zrodziła się zresztą wizja Almy: w latach 90. niby wszystko u nas było, ale nie do końca. Dużo podróżowaliśmy z żoną. Z każdej podróży wracaliśmy z bagażnikiem pełnym produktów spożywczych, których nie można było dostać w marketach. I do dziś wiele z nich można dostać w Polsce tylko w Almie. Chcemy Polaków edukować, pokazywać im nowe smaki, karmić najlepszymi serami, poić najlepszymi winami. To my wycofaliśmy ze sprzedaży winopodobne produkty i zaproponowaliśmy Polakom za tę cenę wina pijalne.

Ale czy ci ludzie będą dzięki waszym serom, szynkom i winom szczęśliwsi?

A czy pani będzie szczęśliwa jak dostanie Pulitzera? Albo jak pani pojedzie na wczasy na Bora-Bora, a nie do Rabki? Nie. Bo poczucie szczęścia nie zależy od tego, ile mamy sukcesów, ile pieniędzy, co jemy i pijemy. Ktoś będzie kupował w dyskoncie, słuchał disco polo, nie wychyli nosa z Polski i będzie szczęśliwy. Ale dzięki tym szynkom i winom ludzie mogą mieć poczucie, że są bardziej warci samych siebie. Że patrząc wstecz na swoje życie, więcej spróbowali, poznali. Jak ludziom pierwotnym przestało smakować mięso z ognia, to też na owe czasy była to pewna fanaberia. Ale gdyby nie to, nie byłoby rozwoju ludzkości. W ludziach tkwi potrzeba luksusu, odkrywania. My im dajemy tę możliwość.

A nie możliwość pokazania się przed znajomymi?
Są tacy, sam widziałem, którzy kupują w dyskoncie, a potem w bagażniku przepakowują zakupy do reklamówek z logo Almy. Ale są też tacy, którzy wolą napić się rzadziej, a lepszego wina. Albo kobiety, które chcą mieć jedną torebkę, a piękną, markową. Nie zna pani kobiet, które są w stanie nie dojadać, odpuścić wakacje, byleby kupić torebkę za 12 tys.?

Widzę różnicę w tym, że ktoś kupi lepszy ser, a tym, że ktoś nie pojedzie na wakacje, żeby kupić sobie luksusową torebkę.

Bo ser pewnie zje z żoną, w zaciszu domowym. A torebkę czy buty często kupuje się, żeby zaszpanować przed koleżankami, których na to nie stać. To puszenie się, życie ponad stan. A nie luksus. Prawdziwy luksus to nieepatowanie pieniędzmi. To wypalenie drogiego cygara na własnym tarasie, po kolacji, a nie na przyjęciu, żeby inni nas widzieli. To wypicie w zaciszu domowym z żoną butelki drogiego wina. To jest luksus.

A co to jest dla Pana biznes? Dawanie ludziom pracy?

Bez przesady. To tylko jeden z aspektów. Mam za to szczęście, że mogę z ręką na sercu powiedzieć: biznes to dla mnie sposób na rozwijanie pasji. Lubiłem świetne jedzenie - założyłem Almę. Pokochałem cygara i teraz zarabiam na cygarach. Lubię garnitury, zarabiam na garniturach. Albo zegarki, te maleńkie, z wielkim kunsztem robione dzieła sztuki. Mam więc wyłączność na sprzedaż rolexów w Polsce.

Imponuje bycie wielkim prezesem?

Skłamałbym, gdybym odpowiedział, że nie. Kiedy przyjechałem na studia do Krakowa i chodziłem z mapą miasta, moim największym marzeniem było, żeby nie wracać do Tarnowa, do tej zgnuśniałej, galicyjskiej monotonii. A teraz proszę: za kilka miesięcy przeprowadzam się do Alma Tower, wieżowca, który buduję. Siądę na 14 piętrze, patrząc na Kraków, pod sobą będę miał menedżerów, spółki, którymi zarządzam. Wszystko w jednym miejscu. Więc niech pani mi powie: chyba mam prawo mieć poczucie malutkiego sukcesu?

Artykuły, za które warto zapłacić! Sprawdź i przeczytaj
Codziennie rano najświeższe informacje z Krakowa prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!
"Gazeta Krakowska" na Twitterze

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Więcej na temat:

Komentarze

Liczba znaków do wpisania:  4000/4000

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Jeśli uważasz, że któryś z komentarzy łamie regulamin, to wyślij nam link do tego artykułu na pomoc@naszemiasto.pl

Wybrane dla Ciebie

Powiązane

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3