Kiedy budzą się wulkany

Marek Lubaś-Harny
Sejsmolodzy ostrzegają, że w ślad za wulkanem Eyjafjallajökull może wkrótce uaktywnić się jego niedaleki sąsiad Katla. Do tej pory wulkan ten wybuchał o wiele częściej niż poprzedni, w czasach historycznych już 16 razy. - O tym, że żyjemy na wulkanie i najgorsze jesze może nastąpić, pisze Marek Lubaś-Harny

Przywykliśmy do myśli, że wybuchy wulkanów, podobnie jak trzęsienia ziemi, to nie nasz problem. Wydawało nam się, że naprawdę groźne wulkany są od nas bardzo daleko. A te bliżej położone, jak Wezuwiusz, może i były groźne kiedyś, bardzo dawno, dziś jednak traktujemy je bardziej jako turystyczną atrakcję niż zagrożenie.

Kiedy w ubiegłym tygodniu na Islandii uaktywnił się wulkan, którego nazwy prawie nikt nie potrafił wymówić, z początku też mało kto z nas zwracał uwagę na wiadomości, nadchodzące z tej wyspy, leżącej na peryferiach Europy. Mieliśmy zresztą akurat inne, o wiele dla nas poważniejsze zmartwienie.

Kilka dni później okazało się jednak, że to i dla nas bardzo poważny problem. Kiedy działalność wulkanicznej góry sparaliżowała ruch lotniczy niemal na całym kontynencie, zakłóciło to nie tylko przebieg uroczystości żałobnych w Polsce. Nagle uświadomiliśmy sobie, że jeśli erupcja popiołów potrwa dłużej, Europie może grozić katastrofa gospodarcza, której skalę trudno sobie nawet wyobrazić.

Tajemniczy Islandczyk
Tym, co zawsze budziło w ludziach największy lęk, była nieprzewidywalność wulkanów. Czy dziś potrafimy już prognozować, co zrobi wulkan?
- Raczej nie - uważa profesor Andrzej Paulo, geolog i badacz wulkanów z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. - Oczywiście, wiemy o wulkanach coraz więcej, jednak do pełnej wiedzy jeszcze daleko. Powiedziałbym, że łatwiej określić styl działalności konkretnego wulkanu. Wybuchy są bardzo różne. Na podstawie wcześniejszych zachowań danego wulkanu możemy w pewnym przybliżeniu przewidzieć, jak będą wyglądały kolejne erupcje. Natomiast wciąż nie umiemy określić, kiedy one nastąpią.

Wulkan, który w ostatnich dniach sprawia nam tyle kłopotów, jest jednak dość tajemniczy. Jego właściwa nazwa to Fimmvörouhálsi, ale mało kto jej używa. Przyjęło się nazywać go Eyjafjallajökull, od imienia lodowca, na którym jest położony. Wcześniej odnotowano jedynie trzy jego erupcje, w wiekach X, XVII i XIX. O dwóch pierwszych nie wiadomo właściwie prawie nic, oprócz tego, że miały miejsce. Na temat trzeciej dane są także skąpe. Ostatnia erupcja nastąpiła po długim okresie uśpienia.

Rozpoczęła się już 20 marca, jednak początkowo mało kto poza Islandią i środowiskiem wulkanologów zwrócił na nią uwagę. Wciąż wydawało się, że to nie nasz kłopot. Dopiero potężny wyrzut pyłów, jaki nastąpił 14 kwietnia, uświadomił nam, że choć lawa nie poleje się nam bezpośrednio na głowy, to wcale nie jesteśmy bezpieczni.

- Oczywiście, po serii wcześniejszych wstrząsów tektonicznych, wybuch tego wulkanu był przewidywany - mówi profesor Paulo. - Islandczycy to światowej klasy specjaliści od wulkanów, a monitoring jest prowadzony bez przerwy. Choć tym razem i oni nie spodziewali się tak wielkiej erupcji popiołu. Raczej bali się efektów lokalnych w postaci powodzi błotnej, gdyż wulkan ten ma swe ognisko pod lodowcem. Na szczęście, okolica jest słabo zaludniona, więc nielicznych mieszkańców można było szybko ewakuować.
Co będzie dalej? W minionych dniach sytuacja wydaje się powoli wracać do normy. Komunikacja lotnicza nad Europą jest przywracana.
- Na ostatnich zdjęciach widać, że zmienia się kolor chmury nad wulkanem, jest bielszy. Jeśli z powrotem nie ściemnieje, można mieć nadzieję, że ten etap aktywności zbliża się do końca - uważa Andrzej Paulo. - Erupcja popiołów to często preludium długotrwałej erupcji lawy, ale ona będzie już tylko problemem lokalnym. Jesteśmy raczej dobrej myśli, że kiedy zacznie płynąć lawa, zagrożenie dla ruchu lotniczego ze strony tego wulkanu minie.

Popiół zagłady
Jak groźne mogą być wulkaniczne popioły, wie każdy, kto był na wycieczce w Pompejach. Choć Wezuwiusz już kilka dni wcześniej wysyłał sygnały w postaci pióropusza dymu i sypiącego się z nieba popiołu, a część mieszkańców jego okolicy zdołała się ewakuować, wielu zlekceważyło ostrzeżenia. Jedni, zamiast uciekać, zanosili modły do bogów.

Inni uważali najwyraźniej, że to się przecież musi kiedyś skończyć i nie przerywali codziennych czynności, a nawet uciech w domach rozpusty. Dwa tysiące mieszkańców Pompejów poniosło śmierć pod kilkumetrową warstwą popiołów. Zniszczone zostały także Herkulanum i Stabie.

Jest to chyba najsłynniejsza z tego rodzaju katastrof w historii ludzkości. Choć nie latały wówczas samoloty, nie było wulkanologów, ani sprzętu sejsmograficznego, o wybuchu Wezuwiusza 24 sierpnia 79 roku wiemy bardzo wiele. Wiedzę tę zawdzięczamy głównie opisowi Pliniusza Młodszego, którego przybrany ojciec Pliniusz Starszy poniósł śmierć w trakcie prowadzonej z morza akcji ratunkowej, którą dowodził.

- Rzeczywiście, relacja ta jest tak dokładna, że na jej podstawie można wyciągać nawet pewne naukowe wnioski - potwierdza profesor Paulo. - Wiemy na przykład, że siła wybuchu Wezuwiusza była wielokrotnie silniejsza od tej, którą obserwujemy teraz na Islandii. Tę ostatnią oceniłbym na jakieś dwa do trzech stopni w skali VEI, podczas gdy ta, która zniszczyła Pompeje, miała może i sześć stopni.

Dodajmy, że ośmiostopniowa skala VEI jest logarytmiczna, co oznacza, że każdy kolejny stopień odpowiada dziesięciokrotnie większej sile wybuchu niż poprzedni, a najbardziej znana katastrofa nie była wcale największą. Najsilniejsza z dotychczas znanych, eksplozja wulkanu Tambora na wyspie Sumbawa w Indonezji w roku 1815, miała siedem stopni. Wybuchy o sile ośmiu stopni znane są jedynie z opisów geologicznych.

Wybuch na wyspie Sumbawa nie tylko doprowadził do całkowitej zagłady ludu Tambora, liczącego ok. 10 tysięcy ludzi. Jego skutki były długo odczuwalne na całej Ziemi. Liczba wyrzuconych popiołów była tak ogromna, że w promieniu stu kilometrów od wulkanu na trzy dni zapadły całkowite ciemności, a kolejny rok 1816 przeszedł do historii jako "rok bez lata". W północno-wschodnich stanach Ameryki jeszcze w czerwcu padał śnieg. Zarówno w USA, jak i w Europie plony były wyjątkowo niskie, ceny żywności gwałtownie skoczyły. We Francji, Holandii i Szwajcarii wybuchły rozruchy głodowe. W Niemczech zakazano produkcji alkoholu.
Przypomnijmy też, że wiele wieków wcześniej podobną siłę miał wybuch wulkanu Santoryn na Morzu Egejskim, który 1500 lat przed naszą erą zniszczył cywilizację minojską na Krecie.

Kiedy powtórka?
Pytanie, czy to się może znów powtórzyć. - Oczywiście, w każdej chwili - nie ma wątpliwości Andrzej Paulo. - Żyjemy na wulkanie. Sejsmolodzy ostrzegają, że w ślad za wulkanem Eyjafjallajökull może wkrótce uaktywnić się jego niedaleki sąsiad Katla. Do tej pory wulkan ten wybuchał o wiele częściej niż poprzedni, w czasach historycznych już 16 razy. Zaobserwowano też niepokojącą prawidłowość. Według danych rozpowszechnionych w tych dniach przez sejsmologów brytyjskich w londyńskich mediach, kiedy w latach 920, 1612 i 1821 wybuchał Eyjafjallajökull, pół roku później następowała erupcja Katli. Czy tak będzie i tym razem?

- Katla jest bardzo bacznie obserwowana - potwierdza profesor Paulo. - Gdyby wybuchła, lokalne skutki mogłyby być znacznie poważniejsze niż obecnie. Szacuje się, że tylko na skutek gwałtownego topnienia lodowca powstawałoby 100 tysięcy metrów sześciennych wody na sekundę, co w okolicy spowodowałoby gigantyczną błotną powódź. Jednak na pytanie, jak wielka byłaby tym razem erupcja popiołów, bardzo trudno odpowiedzieć.

Wydaje się, że po doświadczeniach minionego tygodnia, te ostrzeżenia powinni sobie wziąć do serca zarówno przewoźnicy lotniczy, jak i wszyscy planujący jesienią dalsze podróże. Zwłaszcza w działalności gospodarczej coraz wyraźniejsza staje się potrzeba posiadania alternatywnych rozwiązań na wypadek nagłego paraliżu transportu lotniczego. Tyle że to praca na lata.

Na drugim krańcu Europy też nie jest bezpiecznie. Wezuwiusz na pewno nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Co prawda, dziś wulkan ten jest doskonale monitorowany, być może najlepiej na świecie. Pamiętajmy jednak, że to nie Islandia, tylko bardzo gęsto zamieszkała okolica, odwiedzana w dodatku nieustannie przez tłumy turystów. Profesor Andrzej Paulo zwraca uwagę, że i to jeszcze nie wyczerpuje możliwych zagrożeń.

- Na dnie Morza Tyrreńskiego, 175 kilometrów od Neapolu znajduje się podwodny wulkan Marsili, który już trzęsie. Jego erupcja, dodajmy, że bardzo prawdopodobna, wywołałby falę tsunami, której niszczące skutki mogłyby przewyższyć efekt wybuchu Wezuwiusza - ostrzega krakowski wulkanolog.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie