Krachla, płynny owoc i kryniczanka

Andrzej KoziołZaktualizowano 
Wiosną z zimowego snu budziły się uliczne saturatory
Wiosną z zimowego snu budziły się uliczne saturatory Archiwum
Napoje dzieciaki z biedniejszych rodzin same przygotowywały wodę sodową. Wystarczała szklanka, woda, soda oczyszczona i odrobina octu...

Zaproszono mnie kiedyś do „Piątki”, słynnego krakowskiego liceum numer pięć. Aula nabita była po brzegi, bo szkoły i jednostki wojskowe są najlepszymi dostawcami frekwencji. Starałem się nie nudzić, ale jednocześnie zainteresować słuchaczy egzotyką minionych czasów, bo - jak wierzę - każdy kiedyś dojdzie w swym życiu do pytania: „Jak to kiedyś było?” Opowiadałem więc o niegdysiejszych, dawno już nieżyjących nauczycielach, o nas, ówczesnych smarkaczach wbitych w granatowe mundurki. O sklepiku na rogu, do którego na wielkiej przerwie wyskakiwało się - nielegalnie! - po drożdżówki, po ślazowe cukierki, po landrynki i krachlę. „Wiecie, co to takiego krachla?” - zapytałem. Frekwencja jak jeden mąż - już nie mąż, prawdę mówiąc, bo szkoła z męskiej dawno zamieniła się w koedukacyjną - wrzasnęła, że nie wie. „Tak nazywaliśmy kiedyś oranżadę” - wyjaśniłem. A po zakończeniu spotkania usłyszałem od wydawcy moich książek: „Aleś pojechał z tą oranżadą! Oni nigdy czegoś takiego nie pili. Jakąś fantę, coca-colę, pepsi colę, tigera, owszem - ale nie oranżadę...”.

Przepadła więc krachla, przepadła nawet oranżada, źródło niegdysiejszej radości i ochłody. Jeszcze wiosna nie rozhulała się na dobre, a my już - po harcach na Błoniach, po wyprawach do Lasku Wolskiego - pędziliśmy do sklepiku Dzieci Marii przy Kraszewskiego, do sklepiku pana Skwirtniańskiego przy Lelewela, do budki pana Nowaka wtulonej na Salwatorze w mur klasztoru Norbertanek. Krachla wszędzie smakowała tak samo, wyśmienicie, zresztą pochodziła chyba z tej samej, prywatnej wytwórni. Pijąc ją, odczuwaliśmy taką samą rozkosz jak młodociany bohater „Samotnego białego żagla” Katajewa. Trzeba jednak przyznać, że nasze „orenżady” (tak się mówiło w Krakowie) nie pachniały fiołkami, tak jak pachniała gazowana woda fundowana chłopcu przez agenta Ochrany.

Rodzice krzywili się na nasz cudowny napój, przeciwstawiając mu przedwojenne lemoniady domowej produkcji, ba, nawet domowy kompot z rabarbaru, ciecz obrzydliwą, gęstą od rabarbarowych włókien. Między nami mówiąc, gdzieś przepadł wiosenny rabarbar, królujący niegdyś na targowiskach, chętnie jadany przez dzieci. Pokolenie dziadków mówiło o szprycerach, o orszadach. Nawet komputer nie zna tych słów i podkreśla je na czerwono, dlatego należy chyba wyjaśnić, orszada to napój z migdałów, a szprycer - woda sodowa z winem. Ba, niektórzy rzewnie wspominali nawet wytworny i kosztowny mazagran, napój raczej nie dla dzieci, bo złożony z kawy oraz koniaku, schłodzony kostkami lodu.

Pozostawała więc krachla i woda sodowa. Wiosną z zimowego snu budziły się uliczne saturatory, przewoźne źródełka wody zwanej gruźliczanką, a to dlatego, iż szklanki (nie było jeszcze plastikowych!) myto w małej ilości wody, która - jak powszechnie sądzono - nie była zmieniana przez wiele dni. Co bardziej ostrożni i nieco bogatsi chodzili z syfonami - trafiały się cudowne, jeszcze przedwojenne z niebieskiego szkła, oplecione metalową siateczką - do sodowiarni. Na Zwierzyńcu taka malutka wytwórnia wody sodowej mieściła się przy Filareckiej. A dzieciaki z biedniejszych rodzin same przygotowywały wodę sodową. Wystarczyła szklanka, trochę sody oczyszczanej i odrobina octu, aby powstał spieniony, musujący płyn.

Z czasem pojawiły się tak zwane autosyfony. Po napełnieniu ich wodą i wkręceniu naboju z dwutlenkiem węgla powstawała najprawdziwsza woda sodowa. I jeszcze był podpiwek, brunatne torfiaste kostki, które po ugotowaniu zamieniały się w coś pośredniego pomiędzy piwem a kwasem chlebowym, popularnym na północnym wschodzie Polski. I był „płynny owoc”, sok jabłkowy ze słynnego Tym-barku, i woda mineralna, nazywana „kryniczanką” nawet wtedy, gdy nie pochodziła z Krynicy. Kupowało się ją przy ulicy św. Jana. No i jeszcze szumiało, pachniało piwo, ale to już nieco inna historia...

polecane: FLESZ: Ekologia na co dzień: 6 mitów, w które wierzymy

Wideo

Materiał oryginalny: Krachla, płynny owoc i kryniczanka - Dziennik Polski

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 3

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.
m
matuzalem

Krachla to nie była butelka z korkiem na drucie ale orenżada w butelce zamykanej porcelanowym korkiem z gumową uszczelką i zapiecie z drutu zatrzaskowe.Jakość tych krachli była bardzo wysoka ze względu na dobra wodę oraz naturalne soki.Ale to sa uś nie wrati.

L
LOS

U mnie krachla to byla flaszka z takim specjalnym zamknieciem ,taki korek na drutach .Orenzada to byla lemoniada,nie wiem z ktorego ten Pan jest roku albo regionu ,ale cos nie gra.

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3