"Okno życia" w Krakowie istniało już w XIII wieku

    "Okno życia" w Krakowie istniało już w XIII wieku

    Gazeta Krakowska

    Aktualizacja:

    Gazeta Krakowska

    W Krakowie działał niezwykły szpital jak na średniowieczną Europę. To był nie tylko szpital, ale też dom samotnej matki i sierociniec, który przygarniał nieślubne dzieci. Tu od XIII wieku było "okno życia" - pisze Marta Paluch
    S. Celina Wierzchowska, duchaczka na tle krzyża zakonnego

    S. Celina Wierzchowska, duchaczka na tle krzyża zakonnego ©Adam Wojnar

    Papieża Innocentego III od wielu nocy trapił ten sam koszmarny sen. Rybacy zarzucili w Tybrze sieci, a kiedy je wyciągnęli, zamiast ryb zaplątały się w nich martwe noworodki. To były dzieci porzucone przez zdesperowane matki. Makabryczna wizja stała się zalążkiem czegoś dobrego.

    Miejsce dla dziecka
    Według legendy, Innocenty poruszony tą wizją, polecił przeszukać dno rzeki w miejscu wskazanym przez anioła w czasie kolejnego objawienia. - I rybacy wydobyli z wody wiele ciał noworodków, które złożyli przed tronem przerażonego papieża - opowiada siostra Celina Wierzchowska, duchaczka z Krakowa.

    Poruszony tym Innocenty III, postanowił zaradzić nędzy, w jakiej żyła uboga ludność Rzymu.
    Oddał znajdujący się nad Tybrem szpital Gwidonowi z Montpellier oraz braciom i siostrom z założonego przez niego Zakonu Ducha Świętego. Mieli opiekować się porzuconymi dziećmi, niezamężnymi matkami, chorymi i bezdomnymi. Już wtedy funkcjonowało tam tzw. "koło", czyli okno życia.

    Idea ta szybko przeniknęła do Krakowa, gdzie duchacy i duchaczki zostali sprowadzeni w 1220 roku za sprawą biskupa Iwo Odrowąża.

    Zakonnicy dostali teren w pobliżu kościoła św. Krzyża, między dzisiejszymi Plantami a ul. Szpitalną, zbudowali rozległy kompleks szpitalno-klasztorny z kościołem św. Ducha pośrodku. Tu właśnie był specjalny bęben do zostawiania dzieci.
    "Przy wejściu do szpitala kobiet było tzw. "koło" - rodzaj ruchomego bębna połączonego z dzwonkiem nad schodami. Po złożeniu dziecka w "kole" osoba przynosząca je dawała znak dzwonkiem, na który schodziła tzw. matka i zabierała niemowlę. Dla zapewnienia całkowitej dyskrecji, nie rozmawiano z osobą przynoszącą niemowlę, a nawet nie śledzono jej wzrokiem" - opisywała siostra Klara Antosiewicz, duchaczka badająca historię zakonu.

    Dziecko można było zostawić o każdej porze dnia i nocy. Zakonnicy je chrzcili i wpisywali do metrykalnej księgi parafii św. Krzyża. Przez dyskrecję, którą nakazał Gwidon, nie wiemy dziś dokładnie, kim z pochodzenia były te dzieci. - Kobiety, które urodziły nieślubne dziecko, często traciły wsparcie rodziny i dach nad głową. Pozostawały bez żadnych środków do życia - mówi Iwona Kęder, historyk sztuki z Muzeum Narodowego w Krakowie, współautorka broszury o dziejach krakowskich duchaczek.

    Jeśli jednak chciały, mogły zostać w szpitalu i wychowywać dziecko albo np. stać się mamkami. Szpital ciągle ich potrzebował, bo dzieci - zarówno podrzucone jak i te, które duchacy sami znaleźli i wzięli na wychowanie, były setki. - Zakon zatrudniał więc mamki, a nawet flecistów, by grali w czasie karmienia niemowląt. To uspokajało dzieci - mówi siostra Celina. Mamkami były m.in. kobiety ze wsi. Oddawano im też niektóre wątlejsze dzieci na "podchowanie", powrót do zdrowia.

    - Zakonnicy płacili za utrzymanie tych maluchów miesięczną pensję, dzieci dostawały również ubranka. To były pierwsze w Polsce rodziny zastępcze - dodaje siostra Celina. Mówimy o czasach, gdy nieczystości wylewano na ulicę, niektórzy królowie nie potrafili czytać, a średnia życia nie przekraczała 40 lat. Duchacy przyjmowali też kobiety w ciąży, które nie miały się gdzie podziać - więc to na placu św. Ducha była prawdopodobnie pierwsza w Polsce porodówka...

    Kiedy dzieci dorastały, mogły liczyć na skromny posag (dziewczynki) - od XVI w. przeznaczano na to dochód z żup wielickich. 70 florenów rocznie.

    - Jak na owe czasy, to były bardzo nowatorskie instytucje. Dom samotnej matki, rodziny zastępcze. W kompleksie duchaków był też nawet rodzaj szkółki zawodowej. Chłopcy mogli się uczyć na stolarza czy szewca - opowiada Iwona Kęder.

    Tatuaż z krzyżem
    Każde z tych dzieci mogło liczyć na pomoc zakonników. - Zawsze mogli wrócić do duchaków jeśli byli bezdomni, bez pracy, chorzy - opowiada siostra Celina. Zakonnicy poznawali ich po tatuażu. Każdemu dziecku po przyjęciu na prawej stópce tatuowano duchacki krzyż z dwoma poprzecznymi belkami. - Chodziło o to, by było wiadomo, ilu jest wychowanków szpitala. I by uchronić te dzieci przed procederem zarobkowym - mówi siostra Celina.

    Zdarzało się bowiem, że bardzo ubogie rodziny podrzucały swoje dzieci do bębna, a potem przychodziły po nie deklarując się jako "rodzina zastępcza". W ten sposób chciały odzyskać dzieci i dostać pieniądze na ich wychowanie.

    Z podrzutka detektyw
    Podrzutki ze szpitala duchaków, mimo że bezimienne, niedawno stały się sławne. Stały się bohaterami książek.
    "Dziewiętnaście lat temu ojciec Roch był furtianem i to on znalazł mnie, kwilącego z zimna, owego mroźnego poranka. Może wtedy zrodziła się między nami więź silniejsza nawet od tej, która łączy rodzicieli z potomstwem (...)? Nieważne, dość, że był dla mnie w jednej osobie ojcem, matką, bratem, przyjacielem i mentorem." - opowiada o sobie Kacper Ryx, królewski inwestygator (detektyw) i lekarz, bohater cyklu Mariusza Wollnego dziejącego się w renesansowym Krakowie.

    Ryx, mieszkający w szpitalu, pobierał od dziecka nauki - dzięki czemu mógł zostać szlachcicem - znał łacinę, potrafił pisać i czytać. Drzwi "na salony" stały dla niego otworem. A to dla nieślubnego dziecka było możliwością awansu jak z ziemi na Księżyc.

    Ryx to postać fikcyjna. Ale historyczne detale się zgadzają. Co zdolniejsi wychowankowie duchaków mieli możliwość kształcenia, a Akademia Krakowska przyjmowała ich bez opłat. - Historycy opisywali, że to wykształcenie było tak dobre, że wychowankowie duchaków podszywali się pod szlachciców - mówi Mariusz Wollny.

    Ten passus w historycznej książce zainspirował go do napisania innej powieści ("Krew Inków") o podrzutku w "oknie życia" - Sebastianie de Brezeviczy, który w książce podszywa się pod potomka wymarłej szlacheckiej rodziny węgierskiej.

    Zakon zniszczył prymas
    Szpital duchaków był doskonale zorganizowany (osobne izby dla rodzących kobiet, osobne dla małych dzieci, piętro dla chorych, a nawet łukowate otwarte okno ze szpitala do kościoła św. Ducha, by chorzy mogli uczestniczyć w mszy). Dlatego krakowianie cenili go. Kiedy kompleks spalił się w 1528 roku, rada miasta odbudowała go.

    Przez kolejne 300 lat zakonnicy i zakonnice nadal pomagali ludziom. Aż trudno uwierzyć, że do kasaty zakonu i tej charytatywnej działalności przyłożył rękę prymas Polski... - Panowały wtedy idee oświeceniowe, racjonalistyczne. Ulegali im także dostojnicy kościelni - tłumaczy Iwona Kęder.

    Z polecenia ks. Michała Poniatowskiego w 1788 r. dzieci ze szpitala św. Ducha przeniesiono do szpitala Św. Łazarza , a kościół św. Ducha został zamieniony na magazyn sukna.

    To był koniec. Bracia wymarli (choć ostatnio męska gałąź zakonu zaczyna się odradzać). Zakonnice przetrwały kryzys i działają w Krakowie po dziś dzień. Ale przywróconym w Krakowie po wielu latach "oknem życia" opiekują się teraz siostry nazaretanki.

    Matejko protestował
    Natomiast zabudowania szpitala stały na placu do 1886 r. Wtedy to radni miejscy zdecydowali o ich wyburzeniu i postawieniu na ich miejscu Teatru Miejskiego (dziś im. Słowackiego). Bardzo mocno przeciwny pomysłowi był Jan Matejko. Prosił, by w tych opuszczonych budynkach zorganizować Akademię Sztuk Pięknych. Na próżno.

    Jak pisze siostra Antosiewicz "radni uwzględnili jego prośbę, skoro jednak wyjechał do Zakopanego (...) przystąpili do wyburzenia ostatniego zabytku szpitalnego. Mury kościoła okazały się bardzo mocne - zniszczono je 23 maja 1892 r. przy pomocy dynamitu. Gdy się o tym dowiedział Matejko, odesłał radzie miasta darowany mu dyplom honorowego obywatelstwa"...

    Dziś nie ma więc śladu po szpitalu św. Ducha ani po oknie życia. Choć legenda o noworodkach jest wciąż żywa - do dziś na stallach w kościele św. Krzyża można zobaczyć scenę wizji papieża Innocentego...


    Codziennie rano najświeższe informacje z Krakowa prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!
    "Gazeta Krakowska" na Twitterze i Google+

    Czytaj treści premium w Gazecie Krakowskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (1)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    hmm

    polacco (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 1

    a mnie sie wydaje, ze okno zycia jest po to, zeby zakonnica zbrzuchacona przez plebana miala mozliwosc w latwy sposob pozbycia sie dziecka. bardzo prosty mechanizm. 5 miesiecy ukrywa brzuch pod...rozwiń całość

    a mnie sie wydaje, ze okno zycia jest po to, zeby zakonnica zbrzuchacona przez plebana miala mozliwosc w latwy sposob pozbycia sie dziecka. bardzo prosty mechanizm. 5 miesiecy ukrywa brzuch pod habitem, potem siedzi w celi az do narodzin. dziecko po narodzinach jest uznawane za dziecko pozostawione w oknie zycia przez wyrodna matke. pozamiatane. mamusia moze nawet karmic piersia :)zwiń

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo