Okupacja w Olkuszu okiem dziecka

Katarzyna Ponikowska
Lech Łukasz Klewżyc spisał wspomnienia życia w Olkuszu podczas okupacji niemieckiej. Na razie wydrukował tylko dziewięć egzemplarzy książki. Teraz szuka wydawcy na kolejne.

Lech Łukasz Klewżyc, olkuszanin mieszkający obecnie w Krakowie, już wie, że ojciec miał rację. Nieraz mówił do syna: "Na starość będziesz pisał". I rzeczywiście. Lech Klewżyc wydał już ok. 390 publikacji, mniejszych i większych. Teraz stworzył największe dzieło - spisał swoje wspomnienia z czasów wojny. "Niemiecka okupacja Olkusza w latach 1939-1945 w oczach dziecka" to aż dwa tomy i ponad 500 stron! Książka to wspomnienia chłopca, który w momencie wybuchu wojny miał 9 lat, opis wydarzeń zawężony jest do przeżyć dwóch rodów, które przeplatają się z najważniejszymi wydarzeniami w Polsce i na świecie. Dużą uwagę autor zwraca na pokazanie postawy matek i ojców, którzy narażali życie, by wyżywić rodzinę.

- Po wybuchu wojny każdy człowiek był niedożywiony, mimo że my nigdy nie narzekaliśmy na brak pieniędzy - wspomina Klewżyc. Jego rodzice w 1930 r. wybudowali przy ul. 1 Maja (dziś Kazimierza Wielkiego) w Olkuszu dwie kamienice, które wynajmowali. Ojciec, Nikodem Klewżyc, pracował jako naczelnik Urzędu Pocztowego. Przed wojną zarabiał kolosalne jak na te czasy pieniądze. - 600 zł, podczas gdy na utrzymanie 6-osobowej rodziny wystarczało 100 - podkreśla. Po 1939 r. to było za mało. Matka, Nina Stanisława Klewżyc, z narażeniem życia kursowała więc między Olkuszem i Katowicami, przemycając żywność. - Olkusz był odcięty od wsi, nie było jedzenia. Trzeba było zdobywać mąkę, kaszę, jajka - wylicza autor. - Cały czas jedliśmy placki ziemniaczane. Nienawidziłem smaku tych placków - wspomina. Później matka Lecha zajęła się również przemytem tytoniu oraz dokumentów meldunkowych.

Mimo tragicznej sytuacji dzieci w okupowanym Olkuszu znajdowały dużo czasu na zabawę. Zwykle była to zabawa w wojnę. "Walczyliśmy zaciekle z niewidocznymi Niemcami i bolszewikami. Prawie nikt z naszych kolegów nie chciał być ani Niemcem, ani też bolszewikiem" - czytamy we wspomnieniach. Dla młodych chłopców niektóre zdarzenia były wręcz atrakcją, np. cztery żółte czołgi, które w połowie sierpnia 1940 r. przyjechały do Olkusza. - Okazało się, że Niemcy potrzebowali ich do ćwiczeń na Pustyni Błędowskiej. Przygotowywali się wtedy do ataku na Afrykę. Tata dowiedział się, że dzieci mogą łatwo takie czołgi rozbroić - wspomina Klewżyc. Wraz z młodszym o dwa lata bratem. Zachariaszem i kolegą Jaśkiem Białkiem mieli wejść do czołgów, poodkręcać zegary, wyciąć druty i poprzykręcać zegary. Oczywiście wszystko tak, żeby nikt nie widział. - Nie było to trudne, bo czołgów nikt nie pilnował. Udało nam się przeciąć przewody w dwóch i częściowo w trzecim. Na resztę zabrakło czasu - mówi pan Leszek. Wspomina, że w ciągu następnych dni Niemcy próbowali uruchomić pierwszy i drugi czołg, ale im się to nie udało. Po kilku dniach sprowadzili dodatkowe żółte czołgi. Chłopcy z boku obserwowali te działania. - Początkowo traktowaliśmy to jako zabawę. Dopiero później zdałem sobie sprawę, że to był sabotaż. Wiele razy zastanawiałem się nad tym, czy akcja przeprowadzona przez troje dzieci nie opóźniła działań wojennych Niemiec w Afryce - nie ukrywa Klewżyc.

Jedno z najbardziej traumatycznych zdarzeń, które zapisało się w pamięci autora, to "Krwawa Środa" - 31 lipca 1940 r.
Tata był nie do poznania. - Niemcy wpadli do domu o trzeciej nad ranem. Wyprowadzili tatę na zewnątrz, mimo że przez chorobę ledwo mógł chodzić, i wraz z innymi mężczyznami popędzili ich w stronę Czarnej Góry - opowiada pan Leszek. #- Tak po prostu go zabrali. Baliśmy się strasznie, nie wiedzieliśmy czy wróci. Cały dzień czekaliśmy przed domem - wspomina. Dopiero wieczorem go wypatrzyli. Był nie do poznania. Niemcy tego dnia strasznie znęcali się nad mężczyznami. Bili ich, kopali, a potem kazali czołgać się w chemikaliach i nieczystościach, które wypływały z Olkuskiej Fabryki Naczyń Emaliowanych. Ludziom widać było tylko oczy i zęby. - Poznaliśmy tatę po tym, że był bardzo wysoki, wyższy od wszystkich o głowę. Miał 185 cm wzrostu - mówi Klewżyc.

Tego dnia Niemcy tak skatowali księdza z Olkusza, Piotra Mączkę, że umierał potem w męczarniach przez 10 dni.
Do dziś pan Leszek wspomina też powrót sąsiada, pana Stanisława Kempy z obozów w Mauthausen i Dachau. - Kiedy wrócił, był nie do poznania. Nie chciał z nikim rozmawiać o tym, co go tam spotkało. Tylko tacie opowiedział o tych wszystkich potwornościach, które przeżywali więźniowie. To była taka makabra, że aż wydawało nam się to niewiarygodne - zauważa autor książki. Oczywiście ojciec nic synom nie powiedział, ale Leszek wiedział, jak się wszystkiego dowiedzieć: - Kiedy rodzice myśleli, że śpię, podsłuchiwałem rozmowy. Wszystko jest w książce.

Mężczyzna spisał te wspomnienia zaraz po wojnie. Zapiski przeleżały aż do teraz. Cztery lata temu Klewżyc postanowił połączyć je w całość. Ale słownictwo z okresu okupacji zachował. Do tego dodał archiwalne rodzinne zdjęcia i wszystkie historycze dokumenty. - Kiedy spisywałem wspomnienia, za każdym razem słowo Niemcy pisałem od małej litery. Po wojnie nauczycielka od języka polskiego twierdziła, że należy tak pisać, bo w ten sposób pokazujemy, że Niemcy są dla nas niczym. Tak mi chyba zostało - zdradza Klewżyc. - Jednak Adam Cyra, kustosz Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, z którym konsultowałem wspomnienia, doradził mi, żebym to zmienił, bo nikt nie wyda tak napisanej książki - dodaje autor, który liczy, że powiat lub gmina zdecydują się na wydanie wspomnień w większym nakładzie. - Nie ma książki, która opisuje cały okres wojny w Olkuszu. To, co wyczyniali Niemcy na naszych terenach z Żydami i Polakami, przekracza granice ludzkiego pojmowania - kwituje olkuszanin.

Lech Łukasz Klewżyc o sobie:
Urodziłem się 5 lutego 1930 r. w Olkuszu. W 1949 zacząłem studia na Wyższej Szkole Ekonomicznej w Krakowie.
Kiedy miałem 7 lat, tata zapytał mnie, kim chcę być. Powiedziałem, że inżynierem i że będę kierował taką fabryką - pokazując na olkuską fabrykę wentylatorów. Po studiach nie przyjąłem przydziału do pracy w Warszawie. Chciałem zostać w Krakowie. Podjąłem pracę w Hucie im. Lenina. Zostałem kierownikiem Zespołu Planowania Produkcji i Kosztów. Potem pracowałem też jako ekonomista w Fabryce Maszyn Odlewniczych i Wytwórni Silników Wysokoprężnych. Tam opracowałem naukowe podstawy pierwszej reformy gospodarczej, która została wdrożona do przemysłu w 1971 r. A W 1971 r. podjąłem pracę naukowo-badawczą w Instytucie Naukowym w Krakowie. W 1976 r. zorganizowałem w Krakowie oddział Instytutu Ekonomiki Przemysłu Chemicznego. W 1977 r. obroniłem doktorat w Szkole Głównej Planowania i Statystyki w Warszawie. Zredagowałem dział sylwetek wybitnych ekonomistów w wydanych przez Polskie Towarzystwo Ekonomiczne "Problemach ekonomicznych". 1 września 1980 r. założyłem Niezależne Związki Zawodowe przy oddziale IEPCh, jako pierwszy w kraju. W 1988 zostałem mianowany przez ministra przemysłu chemicznego i lekkiego na docenta. A W 1989 r. powołałem Komitet Obywatelski na Czerwonym Prądniku. Od 2000 r. byłem przewodniczącym tego komitetu i członkiem zarządu Komitetu Obywatelskiego Miasta Krakowa. W 1990 r. zarząd tegoż komitetu chciał powierzyć mi stanowisko prezydenta Krakowa. Odmówiłem ze względów zdrowotnych.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie