Przywoływanie duchów rodziny Jerzego Stuhra

Joanna Weryńska
Na widowni Opery Krakowskiej może zasiąść 500 widzów
Na widowni Opery Krakowskiej może zasiąść 500 widzów fot. andrzej banaś
Rodzina Stuhrów ostatnio jest tak zapracowana, że nie ma czasu spotkać się w domu. Dlatego jej członkowie, z seniorem rodu Jerzym Stuhrem na czele, postanowili urządzić sobie rodzinny wieczór wspomnień na scenie.

I to tej zarówno Jerzemu, jak i jego synowi Maciejowi najbliższej, czyli w krakowskiej PWST,
w której obydwaj studiowali i w której przez lata Stuhr-ojciec był rektorem. Okazją do zorganizowania wieczoru stała się wydana właśnie nakładem Wydawnictwa Literackiego saga rodu Stuhrów zatytuowana "Stuhrowie. Historie rodzinne".

Na ponad 100 stronicach reżyser opisuje w niej dzieje swojej familii od momentu, gdy pod Wawel sprowadzili się z Węgier jego pradziadkowie, aż do czasów obecnych. To jednak nie tylko książka
o dziejach rodziny, ale także o Krakowie.

- To moje miasto. Pradziadkowie postanowili stworzyć sobie tu ojczyznę i tak już zostało - wyznał Stuhr.

Rodzinne spotkanie nie mogło obejść się bez wspomnień. A wraz z nimi pojawiły się duchy przodków. Jako pierwszy przybył duch Oskara Stuhra, ulubionego pradziadka Jerzego.

- Pradziadek pana Stuhra był przed wojną prezesem naszego klubu. Lubił piłkę nożną, tak bardzo, że ufundował nawet specjalną nagrodę pieniężną dla piłkarzy, którym w czasie meczu udało się strzelić gola - zdradził prezes krakowskiego klubu sportowego "Korona", Jan Mostowik.

Wtedy wszedł mu w słowo Maciej Stuhr. - Na wszelki wypadek nie kontynuowałbym tego wątku.
Za chwilę okaże się, że Stuhrowie są winni obecnej sytuacji w polskiej piłce - zażartował aktor.

Po pradziadku przyszła kolej na babcię Masię. To była barwna postać w rodzinie Stuhrów, o czym świadczy choćby fakt, że miała aż czterech mężów. Poza tym całe życie marzyła o tym, by zostać śpiewaczką operową. Niełatwe życie niestety jej na to nie pozwoliło.

By babci przynajmniej w zaświatach sprawić przyjemność, rodzina poprosiła o występ Joannę Probaś, młodą krakowską sopranistkę.

Reżyser zachwycał się jej śpiewem, mówiąc - Tak, to jest ten styl. Babcia też taki miała. Pamiętam, jak kupiłem mój pierwszy magnetofon szpulowy. Puściłem na kasecie jakąś arię operową. Przyszła babcia. Poprosiłem ją, żeby zaśpiewała. A ona zanim to zrobiła, najpierw poszła do swojej garderoby, umalowała się, przebrała i potem dopiero zaczęła śpiewać. To była prawdziwa artystka.

Na spotkaniu pojawił się też krytyk teatralny Tadeusz Nyczek, jak się okazało, przyjaciel Stuhra
z polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim .

- Pamiętam babcię Jurka z naszych studenckich czasów. Największe kłopoty mieliśmy wtedy
z gramatyką opisową, dlatego przed ważnymi kolokwiami spotykaliśmy się u Jurka w domu
i wkuwaliśmy. Jego babcia co jakiś czas wpadała do pokoju z ciasteczkami. Kiedyś zawołała nas
do salonu. Chłopaki, chodźcie! Pomóżcie mi wybrać! Czy tę dać Oskarowi czy Ludwikowi? - zapytała, wskazując kilka wiązanek, jakie leżały na stole.

Okazało się, że nie mogła zdecydować, jakie kwiaty wybrać na grób kolejnych mężów - opowiadał Nyczek podczas spotkania, na które przybyły tłumy i które ciągnęłoby się pewnie w nieskończoność, gdyby nie fakt, że czas pędził nieubłagalnie, zupełnie nie po galicyjsku.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie