- Wolałbym nawet, żeby spalił się dom, zamiast tych maszyn. Nimi zarobiłbym na nowy i odbudował, a tak to zostałem pozbawiony jakichkolwiek możliwości utrzymania rodziny - mówi przez łzy Antoni Kumięga.
Ogień wybuchł tydzień temu, w nocy z soboty na niedzielę. Mieszkańców obudził głośny łomot do drzwi. - Wstawajcie! Szybko! Stodoła się pali! - wołał sąsiad. Była godz. 1 w nocy. Ogromne płomienie obejmowały już cały budynek, oddalony od domu o ok. 20 metrów. - Pobiegłem pędem do stajni (znajdowała się koło stodoły), zdołałem jeszcze wyprowadzić dwie krowy i wypuścić maciorę z młodymi. To jedyne, co uratowałem - opowiada 51-letni gospodarz, który desperacką akcję przypłacił drobnymi poparzeniami całego ciała.
Pożar przez gryzonie
Antoni Kumięga ubolewa przede wszystkim nad spalonym tartakiem. - Kompletowałem te maszyny przez całe życie. W jedną noc straciłem wszystko. Wielopiła, tokarki, cyrkularki, wyżynarki, tartak taśmowy nadają się w tym momencie jedynie na złom - mówi pokazując poskładane na podwórku urządzenia.
Straż pożarna wstępnie oszacowała, że w pożarze spłonął majątek wart ok. 900 tysięcy złotych. Ogień, jak ustalili eksperci, powstał od zwarcia instalacji elektrycznej, które spowodowało najprawdopodobniej przegryzienie przewodów przez gryzonie.
Budynek był ubezpieczony, ale znajdujące się w nim sprzęty już nie. Kumięgowie nie mają co liczyć na rekompensatę, która pozwoliłaby im odtworzyć tartak.
- W środku była już przygotowana do odbioru pokaźna partia styli do miotel. Klient miał je wziąć w sobotę, ale coś mu wypadło i przełożył przyjazd do nas na wtorek. Wszystko poszło z dymem - dodaje Danuta Kumięga.
Drewna z gminy nie dostali
- Tej rodzinie trzeba pomóc, bo zostali bez środków do życia. Nie stać ich na odtworzenie tartaku, a bez niego trudno będzie im funkcjonować - zauważa Jerzy Kumięga, sołtys Woli Lubeckiej, który wspólnie z kilkunastoma sąsiadami porządkował w sobotę pogorzelisko.
Poszkodowani liczyli na pomoc gminy. Samorząd posiada między innymi własny las, z którego można byłoby pozyskać drewno na nową więźbę dachową. Dostali jednak odpowiedź odmowną. - Gdyby spalił im się dom, nie byłoby z tym problemu. Prawo zabrania wspierania osób, które w pożarze czy w wyniku innego kataklizmu straciły budynek gospodarczy - wyjaśnia Teresa Połoska, burmistrz Ryglic.
Dodaje, że właściciele powinni wcześniej wszystko ubezpieczyć. Teraz może im zaoferować jedynie wsparcie z Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej na zakup książek dla dzieci, umorzenie podatku i opłaty za wywóz śmieci w tym roku.
Problemu nie widział przed rokiem wójt gminy Dębica, przekazując od razu pogorzelcom ze Stobiernej (spaliła im się stodoła ze stajnią, wraz z kilkunastoma końmi) 10 tys. zł tzw. zasiłku celowego na odbudowę gospodarstwa. - W takich sytuacjach nie można trzymać się sztywno paragrafów. Budynki gospodarcze są równie ważne, zwłaszcza w sytuacji, kiedy pożar trawi główne źródło utrzymania rodziny - mówi Stanisław Rokosz.
Gdy ten przykład podaliśmy burmistrz Ryglic, Teresa Połoska zapowiedziała, że jeszcze raz przeanalizuje sytuację z radcą prawnym urzędu, aby odpowiednie decyzje można było podjąć już podczas wtorkowej sesji rady gminy.
Potrzeba im wszystkiego
Kumięgowie w pożarze stracili zboże i słomę z tegorocznych zbiorów, dlatego potrzebują karmę dla zwierząt na cały rok. Chętnie przyjmą jakiekolwiek urządzenia niezbędne do tego, aby odtworzyć tartak i wznowić produkcję. Zbiórkę na pogorzelców zapowiedzieli strażacy z Woli Lubeckiej i Lubczy. Będą kwestować do puszek przed kościołami.
CO TY WIESZ O WIŚLE? CO TY WIESZ O CRACOVII? WEŹ UDZIAŁ W QUIZIE!"
"Gazeta Krakowska" na Twitterze i Google+
Artykuły, za które warto zapłacić! Sprawdź i przeczytaj
Codziennie rano najświeższe informacje z Krakowa prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!