Skazani na śmierć: Władysław Mazurkiewicz. Elegancki...

    Skazani na śmierć: Władysław Mazurkiewicz. Elegancki morderca

    Artur Drożdżak

    Gazeta Krakowska

    Aktualizacja:

    Gazeta Krakowska

    Zabijał w Krakowie przez 12 lat. Jego ofiarą padło sześć osób, a dwie kolejne cudem przeżyły. "Cyniczny gracz życiem ludzkim" - określił go prokurator podczas procesu w 1956 roku
    "Piękny Władek" - tak w Krakowie mówiono o Władysławie Mazurkiewiczu. Kobiety za nim szalały

    "Piękny Władek" - tak w Krakowie mówiono o Władysławie Mazurkiewiczu. Kobiety za nim szalały ©archiwum

    Tłum wypełnił największą salę Sądu Wojewódzkiego w Krakowie. Jak na rozkaz wszyscy zamilkli, gdy prokurator zaczął wygłaszać mowę końcową w procesie Władysława Mazurkiewicza. Tak mówił o oskarżonym: - Nie tylko cienie mordowanych ofiar. Nie tylko wdowy i sieroty po nich, nie tylko rodziny, ale cała opinia publiczna, cały świat pracy miasta Krakowa, zebrany tu, na sali, i tam, na ulicy - piętnuje z obrzydzeniem zbrodniarza i domaga się najwyższego wymiaru kary.

    Wyrok ogłoszono 30 sierpnia 1956 r. Sąd ośmiokrotnie skazał Mazurkiewicza na karę śmierci za każdą ze zbrodni, za które odpowiadał. Sąd Najwyższy dwa miesiące później utrzymał wyrok w mocy, Wykonano go 29 stycznia 1957 roku, dwa dni przed 46. urodzinami oskarżonego.

    Fryzjer gestapo

    Życiorys miał jak z filmu sensacyjnego, a grał w nim główną rolę czarnego charakteru. Ojciec był drukarzem, matka zmarła, gdy miał trzy lata. Po gimnazjum Mazurkiewicz dostał się na Wydział Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Częściej jednak niż na wykładach bywał w kawiarniach. Zawsze pachnący drogimi perfumami, elegancko ubrany, stały bywalec najlepszych hoteli i restauracji, uważany był za dżentelmena, którego warto znać, duszę towarzystwa. Kobiety za nim szalały, a mężczyźni zabiegali o przyjaźń. Ze studiów zrezygnował i skończył jedynie szkołę poligraficzną.

    Gdy wybuchła wojna, wziął udział w kampanii wrześniowej, ale potem dokonał zwrotu w życiu i został bliskim kompanem szefa personalnego krakowskiego gestapo Rudolfa Arnolda. Dostał legitymację fryzjera gestapo. Z nią podróżował, gdzie chciał, po kraju, bawił się, żył pełną piersią. Wciągnął go wir nielegalnych interesów. Handlował złotem, dewizami, brylantami. Zbratał się z zawodowymi szulerami, aferzystami i konfidentami. Przez jego ręce przeszedł majątek niejednej rodziny żydowskiej. Nade wszystko kochał pieniądze. Dla nich byłby w stanie zrobić wszystko. Także zabić.

    Jego pierwszą znaną ofiarą stał się Tadeusz B., oficer Wojska Polskiego, który ukrywał się w okupowanym Krakowie. Mazurkiewicz w marcu 1943 r. zaproponował mu pośrednictwo w sprzedaży walut. Wyjechali za miasto. Tadeusz B. miał przy sobie 200 dolarów. Mazurkiewicz zabrał je od kompana i poczęstował go kanapką. Sam poszedł do rzekomego kontrahenta. Tadeusz B. spróbował kanapki, ale zaraz poczuł sztywnienie mięśni. Zrozumiał że został otruty. Udał nieprzytomnego, a potem, korzystając z okazji, dowlókł się do najbliższych zabudowań.

    - Dajcie mi mleka, niedobrze mi - ubłagał gospodarzy. Saniami zawieźli go do lekarza, odratowali. Resztki kanapki trafiły do analizy. Znaleziono w niej silną truciznę. Mazurkiewicz udawał, że nic się nie stało, dolarów nie oddał. Po latach przyznał, że do jedzenia dodał cyjanek sodu. Uniknął wtedy odpowiedzialności. Śledztwa żadnego nie wszczęto, bo trwała wojna, a Tadeusz B. musiał się ukrywać.

    Truciciel i strzelec

    Drugą ofiarą Mazurkiewicza był jego znajomy od kart i interesów Wiktor Z. Zabójca w grudniu 1943 r. otruł go, częstując gorącą herbatą. Ukradł 1200 dolarów, przegrał je potem w pokera. Zwłoki przeniósł na łódkę i zatopił w Wiśle.

    Latem 1945 r. Mazurkiewicz zastrzelił kolejnego znajomego, Władysława B. Umówili się w centrum Krakowa, ale pojechali na Bielany, w stronę klasztoru Kamedułów. Zabójca przekonał kolegę, że jeden z zakonników ma do sprzedaży partię dolarów. Wjeżdżali na szczyt, gdy Mazurkiewicz powiedział do pasażera, by spojrzał w prawo.

    - Niech pan zobaczy, jak wyglądają Tatry w słońcu - rzucił. Władysław B. popatrzył we wskazanym kierunku. Wtedy zabójca strzelił mu w tył głowy. Zatrzymał auto, zwłoki ukrył w worku i schował je w bagażniku. Przeszukał ubranie ofiary i znalazł 100 zł. Portfel owinął gazetą i podpalił. Ciało zabitego przewiózł nad brzeg Wisły, ale nie mógł się go pozbyć, bo w słoneczny dzień było tam wielu amatorów słońca i odpoczynku. Ubrał więc kąpielówki, korzystał z chłodnej wody, opalał się. Zaczekał aż będzie sam nad Wisłą, i wtedy zatopił zwłoki w nurcie rzeki. Nabrał już wprawy w zabijaniu ludzi.

    Kolejną ofiarę upatrzył po trzech miesiącach. Był nią handlarz walutą Józef T. Mazurkiewicz zastrzelił go w swoim garażu, okradł i zwłoki porzucił pod Alwernią. Tam miał przygodę, bo zakopał się autem w przydrożnym rowie. Chłopi mu pomogli, ale widzieli, jak wyrzuca poplamione krwią ubranie. Milicja ustaliła, kto kierował pojazdem, i po odkryciu zwłok pytała o to Mazurkiewicza. Był przerażony, ale szybko odzyskał zimną krew. Następnego dnia do samochodu zabrał swoją znajomą i pojechali tą samą trasą, którą dzień wcześniej przewoził zwłoki. Trafił za kratki, ale śledztwo prowadził... jego przyjaciel.

    Sprawę umorzono. Uwierzono, że świadkowie się pomylili podając którego dokładnie dnia widzieli podejrzany pojazd. Mazurkiewicz mógł odetchnąć, był wolny. Zrabowane Józefowi T. 220 tys. zł wydał na grę w karty, resztę na honoraria dla adwokatów.

    Znowu rzucił się w wir interesów, ale potrzebował gotówki. Na jego celowniku znalazł się sąsiad milioner, Jerzy de L. Dorobił się na dostawach dla niemieckiej armii, ale po wojnie było mu mało. Prosił Mazurkiewicza o pomoc w zbyciu banknotów 1000-dolarowych. Kupcem miał być zakonnik, więc pojechali na Bielany. Jerzy de L. nie wiedział, że była to kiedyś ostatnia droga Władysława B. Mazurkiewicz znów nie miał litości i zastrzelił pasażera w aucie. Zabrał zegarek Doxa, dolary i obrączkę. Zwłoki, w swoim starym stylu, utopił w Wiśle.

    Przerwana seria

    Potem na kilka lat przestał zabijać. Miał nieposzlakowaną opinię, został pracownikiem Polskiego Czerwonego Krzyża. Jeździł z transportami przesiedleńców po całej Europie. Zatrudnił się też jako przedstawiciel handlowy wytwórni win, awansował na instruktora Państwowego Związku Motorowego, orzekał w kolegium karno-administracyjnym i był ekspertem od motoryzacji. Jeździł z milicjantami na miejsca wypadków. Był znany w Krakowie, szanowany, lubiany.

    Jego druga natura dała o sobie znać dopiero w 1955 r. Postanowił wtedy zastrzelić Jadwigę de L., żonę zabitego przed laty Jerzego de L. Mazurkiewicz nie raz i nie dwa zastanawiał się, jak przejąć majątek po milionerze. Tym bardziej że wdowa dalej była jego sąsiadką. Wkradł się w jej łaski. Ufała mu na tyle, że dawała na przechowanie kosztowności, futra i złoto. Raz powiedział jej, że Urząd Bezpieczeństwa planuje u niej rewizję w mieszkaniu. Blefował, ale to jeszcze bardziej zbliżyło kobietę do Mazurkiewicza. Wyznał jej uczucie, obiecał małżeństwo, ale przestało mu się podobać, że sąsiadka dopominała się zwrotu dolarów oddanych mu na przechowanie. Zwabił Jadwigę de L. do swojego garażu i zastrzelił.

    Jeszcze tego samego dnia zadzwonił do Zofii S., siostry zabitej, i zaprosił ją do siebie, do garażu. - Pani siostra źle się poczuła. Jest tu na łóżku, za kotarą - kłamał. Kobieta zrobiła krok, ale zaraz zginęła od strzału z broni. Zwłoki sióstr Mazurkiewicz zakopał w garażu, na wierzch położył warstwę cementu, a na nią dywan.

    Ostatni raz zaatakował we wrześniu 1955 r. Postrzelił wtedy w głowę Stanisława Ł., mieszkańca Warszawy. Mężczyzna przeżył, zawiadomił o sprawie milicję, rozpoczęło się zakrojone na olbrzymią skalę śledztwo. Mazurkiewiczowi już nie pomogły znajomości w MO. Co więcej, w trakcie procesu skarżył się, że był bity przez śledczych, zastraszany, szantażowany, że za kratki trafią jego bliscy. Nie krył, że tylko dlatego przyznał się do winy.

    Oskarżono go o sześć zabójstw i dwa usiłowania, choć spekulowano, że na sumieniu może mieć nawet 30 osób. Tego nigdy mu nie udowodniono. - Cyniczny gracz życiem ludzkim - tak go podsumował prokurator. Dowody były miażdżące: odkryto broń, z której strzelał, rozpoznali go pokrzywdzeni, którzy przeżyli atak, on sam przyznał się do winy, choć potem to odwołał. Wyrok wykonano.

    Możesz wiedzieć więcej! Kliknij, zarejestruj się i korzystaj już dziś!


    Codziennie rano najświeższe informacje z Krakowa prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!
    "Gazeta Krakowska" na Twitterze i Google+

    Czytaj treści premium w Gazecie Krakowskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (3)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    morderca

    MIK (gość)

    Zgłoś / 6

    chory facet,kolaborant hitlerowski,stalinowski.przegiął strunę i skazali.W "Echu Krakowa"były relacje z procesu,miałem 8 lat.


    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    MAZURKIEWICZ

    ROZTROPNY (gość)

    Zgłoś / 6

    JAKI TAM CHORY, KOLEGO MIK? FACET BYŁ WYJĄTKOWYM SKURWIELEM I TYLE. NIE MA DLA NIEGO USPRAWIEDLIWIENIA. ZABÓJSTWO DLA ZYSKU JEST WSTRĘTNE. A ON SOBIE ZNALAZŁ TAKI SPOSÓB NA ŻYCIE W DOBROBYCIE. TO...rozwiń całość

    JAKI TAM CHORY, KOLEGO MIK? FACET BYŁ WYJĄTKOWYM SKURWIELEM I TYLE. NIE MA DLA NIEGO USPRAWIEDLIWIENIA. ZABÓJSTWO DLA ZYSKU JEST WSTRĘTNE. A ON SOBIE ZNALAZŁ TAKI SPOSÓB NA ŻYCIE W DOBROBYCIE. TO MA BYĆ CHOROBA?zwiń


    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    choroba

    mik (gość)

    Zgłoś / 2

    zarabianie na życie poprzez rabunek i zabijanie,to nie oznaka zdrowia psychicznego..

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo