Niewyjaśnione dotąd zbrodnie wychodzą na światło dzienne

    Niewyjaśnione dotąd zbrodnie wychodzą na światło dzienne

    Artur Drożdżak

    Aktualizacja:

    Gazeta Krakowska

    Małopolski Oddział Prokuratury Krajowej postawił dwóm mężczyznom zarzuty dokonania zabójstw właścicieli kantorów w Przeworsku i Ostrowie oraz próby zastrzelenia kantorowca z Dębicy. To przełom po 10 latach śledztwa.
    Na Tadeuszu G. (z lewej) i Wojciechu W. (z prawej) ciążą zarzuty dokonania kilkunastu zabójstw

    Na Tadeuszu G. (z lewej) i Wojciechu W. (z prawej) ciążą zarzuty dokonania kilkunastu zabójstw ©fot. Andrzej Banaś

    To niewątpliwie przełom w wieloletnim śledztwie dotyczącym zabójstw właścicieli kantorów na południu Polski. Prokuratorzy postawili Tadeuszowi G. i Wojciechowi W. zarzuty dokonania podwójnego zabójstwa w Ostrowie koło Rzeszowa; kolejnego podwójnego zabójstwa w Przeworsku oraz próby uśmiercenia właściciela kantoru w Dębicy. Uzupełnili też zarzuty związane z zastrzeleniem kantorowca w Tarnowie.

    Może przerażać ogrom zbrodni, których dokonali ci dwaj podejrzani mężczyźni. Jeśli przed sądem potwierdzą się wszystkie ustalenia śledczych to oznacza, że zabili 9 osób i 4 kolejne próbowali pozbawić życia.

    Proces bez końca
    Obaj bandyci, ze skazanym już prawomocnie na 15 lat więzienia Jackiem P., jeździli po Polsce i zabijali dla zysku.

    Proces Tadeusza G. i Wojciecha W. dobiega końca przed Sądem Apelacyjnym w Krakowie. Odpowiadają za zastrzelenie w latach 2005-2007 pięciu osób w Kraśniku, Tarnowie, Myślenicach i Piotrkowie Trybunalskim oraz za usiłowanie zabicia dwóch kolejnych w Sosnowcu i w Piotrkowie.

    Swoim ofiarom zrabowali blisko 240 tysięcy złotych. Krakowski sąd w I instancji skazał ich na dożywocie, ale ten wyrok nie jest jeszcze prawomocny.

    Ale z najnowszych ustaleń toczącego się śledztwa wynika, że bardziej się obłowili dokonując 10 lat temu zabójstw w innych miastach na Podkarpaciu.

    16 listopada 2006 r. napadli w Ostrowie koło Rzeszowa na Antoniego B., właściciela kantoru wymiany i śmiertelnie go postrzelili przed domem z pistoletu maszynowego CZ. Sprawcy mieli też drugą sztukę broni palnej. Zranili dwóch pracowników właściciela kantoru. Jeden z tych mężczyzn zmarł po tygodniu w szpitalu, drugi długo leczył się z ran. Wtedy dwaj zabójcy zrabowali 300 tysięcy zł.

    Niedługo potem, bo już 1 grudnia 2006 roku, ponownie zaatakowali na Podkarpaciu. Tym razem ich ofiarą był Zygmunt G., właściciel kantoru w Przeworsku. Strzelili mu prosto w głowę i zrabowali 100 tys. zł.

    Przy okazji zabili Marię P., partnerkę mężczyzny. Nie zostawili przy życiu świadka, który mógłby ich rozpoznać.

    Nowy wspólnik zabójców
    Znów minęły dwa tygodnie i tym razem zaatakowali w Dębicy: 12 stycznia 2007 roku. Pojawił się tutaj Tadeusz G. oraz Adam M., który wymierzył broń w stronę właściciela kantoru, ale pistolet wtedy się zaciął.

    Wściekły Adam M. poturbował pięściami ofiarę i uciekł bez łupu. Postać 37-letniego Adama M., mieszkańca Kielc, do tej pory nie była nieznana w śledztwie .

    Policjantom z krakowskiego oddziału CBŚ udało się go namierzyć dopiero po latach żmudnego badania tej bulwersującej sprawy.

    Z naszych informacji wynika, że Tadeusz G., Wojciech W. i Adam M. zostali tymczasowo aresztowani. Jednak nie wiadomo, czy przyznają się do winy.

    - Śledztwo ma charakter rozwojowy i swoim zakresem przedmiotowym obejmie również inne zdarzenia przestępcze, w tym także czyny, które dotychczas nie były zgłaszane przez pokrzywdzonych organom ścigania- informuje nas Maciej Kujawski z Prokuratury Krajowej.

    Prokurator potwierdza, że w środę Sąd Rejonowy dla Krakowa - Śródmieścia uwzględnił wnioski prokuratora i zastosował wobec podejrzanych aresztowanie na okres 90 dni. Grozi im dożywocie.

    Hodowca truskawek
    Decydujący o napadach Tadeusz G. to rolnik spod Kielc, hodowca truskawek. To on był mózgiem całej grupy: zimny, wyrachowany, bez skrupułów, nigdy nie wszedł w konflikt z prawem, w każdym razie nigdy nie dał się na tym złapać.

    Odsiaduje on teraz karę 25 lat więzienia za potrójne zabójstwo pod Kielcami dokonane w 1991 roku. Wraz ze zmarłym już wspólnikiem zamordowali i okradli ukraińską rodzinę.

    Sprawa została rozwikłana, ale dopiero po 20 latach, a prawomocny wyrok na Tadeusza G. zapadł w 2013 roku.

    Mężczyzna już wtedy przebywał za kratkami jako oskarżony w sprawie zabójstw właścicieli kantorów. Śledczy nie mieli wątpliwości, że to on szczegółowo planował każdy taki rabunkowy skok. Wyznaczał role, dostarczał broń i obserwował przebieg napadu, by umożliwić ucieczkę kolegom. Nigdy nie strzelał, ale wydawał polecenia. Potem dzielił łupy i wybierał kolejny cel.

    Najpierw szukali ofiary, poza województwem świętokrzyskim. Nie chcieli działać na własnym terenie, żeby ktoś ich nazwisk nie powiązał z napadami. Gdy ofiara została wytypowana jeden z mężczyzn wyruszał w teren.

    Polowanie na ofiary
    Poznawali zwyczaje ofiary, jej otoczenie, dowiadywali się wszystkiego dokładnie, bo w różnych składach osobowych jeździli nawet kilkadziesiąt razy na rozpoznanie miejsca napadu. Wnioskowali, że skoro zachowanie obserwowanych kantorowców się nie zmienia to będą łatwiejszym celem. Pod tym kątem Tadeusz G. typował ofiary.

    Za każdym razem brał pod uwagę lokalizację kantoru, wybierał małe miasta i zwracał uwagę na komunikację, by szybko uciec na drogę przelotową i utrudnić powiązanie jazdy autem wybraną trasą z dokonaną niedaleko zbrodnią.

    Ważne były dla niego zabezpieczenia kantorów, alarmy, kamery, to czy jest tam kasa pancerna, czy właściciel nosi gotówkę w reklamówce, teczce, czy transportuje ją do domu.

    Bandyci uderzali w porze jesiennej lub w zimie, gdy dzień jest krótki, dni pochmurne, deszczowe, śnieżne. Tadeusz G. brał też pod uwagę lokalizację postojów taxi, bazarów, miejsc gdzie nie ma kamer monitoringu.

    Czasem równocześnie obserwowali kilku właścicieli kantorów, a wybierali jednego. Robili pomiary czasu, jak długo potencjalna ofiara jeździ z pracy do domu. Po podjęciu decyzji kogo obrabować zaczynali zabierać broń na wyjazdy - mieli jej kilka sztuk, z tłumikami, a nawet zapalniki i materiały wybuchowe.

    Po zabójstwach w broni wymieniali lufy, by nie udało się jej zidentyfikować. Wojciech W. zakładał kominiarkę, Jacek P. ciemną czapkę i kurtkę z wysokim kołnierzem. Mieli krótkofalówki, za pomocą których się kontaktowali.

    Tadeusz G. dawał znać uzbrojonym wspólnikom - mieli strzelać, jak mówił, „na klatusię”, by ranni nie mogli oddychać. Potem mieli przeszukać ofiary, a ewentualnych świadków też zabić. A jeśli ofiara nie miała przy sobie pieniędzy? Cóż, uznawali to za ryzyko zawodowe. Teraz dzięki nowym ustaleniom, na jaw wyjdą nowe okoliczności ich okrutnych zbrodni.

    Czytaj treści premium w Gazecie Krakowskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo