Święto ludowych mas w dniu 1 maja

Paweł Szeliga
Nauczyciele sprawdzali obecność na pochodach, a robotnicy, którzy opuścili marsz, tracili premię. Władza chciała widzieć rozradowany tłum na ulicach, nawet, jeśli uśmiech był tylko na pokaz. Tak było również w Nowym Sączu.

1 maja na sądeckich ulicach królował kolor czerwony. Łopotały na wietrze szturmówki, w oczy rzucały się transparenty o przywiązaniu do idei socjalizmu i trwającym po wsze czasy sojuszu robotniczo-chłopskim. - To były puste hasła i teatr dla kierownictwa partii - przekonuje Henryk Najduch, działacz opozycji antykomunistycznej i przewodniczący Solidarności w Nowomagu.

Na ostatnim pochodzie był w czasach nauki w "elektryku". Nauczyciele wciskali uczniom szturmówki i prowadzili pod ratusz, gdzie trzeba było wysłuchać przemówienia znaczących osobistości z Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Potem był marsz pod trybunę honorową przy Domu Kultury Kolejarza (0becny MOK).

- Nigdy tam nie docierałem - opowiada Najduch. - Szturmówkę opierałem o kasztana pod ratuszem i się ulatniałem.
Gdy Najduch zaczął pracować, 1 maja spędzał w domu. Tracił premię, którą dyrekcja wypłacała robotnikom z okazji majowego święta, jeśli wzięli udział w pochodzie. - Nie chciałem tych pieniędzy, nie były mi do niczego potrzebne - ucina związkowiec.

Na pochód jak na pogrzeb

W 1982 r. głośnym echem odbiła się akcja uczniów I LO, którzy na pierwszy pochód w stanie wojennym przyszli w żałobnych strojach. W klapy mieli wpięte oporniki i kupione w kiosku znaczki z napisem 1 Maja. Przez ich niemy protest wychowawca Aleksander Żarnowski stracił opiekę nad klasą. Do końca lat 80. nie powierzano mu też wychowawstwa. A zaczęło się od dyscyplinującej rozmowy z dyrektorem ogólniaka Janem Szopą, który przed pochodem zobowiązał wychowawców do zbadania, ilu uczniów przyjdzie na uroczystość. A były to już czasy, gdy nie zmuszano młodzieży do radosnego maszerowania groźbą sprawdzania obecności czy obniżenia oceny z zachowania za absencję.

- W innych klasach deklarowano stuprocentową obecność, u mnie na 40 uczniów zgodziła się przyjść ledwie piątka - opowiada Żarnowski. - Po rozmowie z dyrektorem powiedziałem uczniom, że jeśli zmuszę ich do przyjścia to w ich oczach będę złym wychowawcą. Jeśli tego nie zrobię, to będę nim w oczach dyrekcji.

Licealiści zrobili krótką naradę i 1 maja stawili się w komplecie. Kłopot w tym, że bijąca od nich czerń i brak uśmiechu przyklejonego do twarzy zwrócił uwagę działaczy PZPR i skutecznie popsuł im humor. Dwa dni po pochodzie w szkole zjawili się funkcjonariusze SB. Oburzeni twierdzili, że o nieodpowiedzialnym działaniu sądeckich licealistów donosiło Radio Wolna Europa.

- Wyraziłem zdziwienie i powołałem się na regulamin szkoły, który nakazywał, by na podobne imprezy przychodzić w stroju galowym - opowiada Aleksander Żarnowski. W te same tony uderzali uczniowie. Jedna z licealistek wezwana na dywanik tłumaczyła esbekom, że wprawdzie była ubrana na czarno, ale włożyła pomarańczowe rajstopy, których najwyraźniej partyjni bonzowie nie zauważyli.

- Sprawa rozeszła się po kościach, ale straciłem zaufanie dyrekcji - kończy Żarnowski.

Dzieci w służbie systemu

O trybunę DKK z okazji majowego święta otarł się kilka razy m.in. znany aktor Teatru Robotniczego Janusz Michalik. Jako członek Gromadki Radiowej i Estrady Poetyckiej przy Młodzieżowym Domu Kultury recytował okolicznościowe wiersze, zapewniając oprawę artystyczną uroczystości.

- Wszystko wtedy było podporządkowane "jedynie słusznej polityce kulturalnej" - podkreśla Michalik. - Jako dzieci nie zdawaliśmy sobie sprawy, że byliśmy poddawani łagodnej indoktrynacji. Naturalną rzeczą było przygotowywanie programów okolicznościowych z okazji świąt obchodzonych w PRL, w tym 1 Maja, Dnia Zwycięstwa czy 22 Lipca.

MDK był blisko związany z radiowęzłem, prowadzonym przez Jana Krokowskiego, legendarnego spikera prowadzącego sądeckie pochody. Jego radiowy głos znali wszyscy sądeczanie, mający w domach tzw. kołchoźniki. Raz w tygodniu z głośników wydobywały się też radosne głosy młodych aktorów ze wspomnianej Gromadki Radiowej, recytujących wiersze.

Pochody pierwszomajowe, o których dziś już niewielu pamięta, z sentymentem wspomina Kazimierz Sas, działacz PZPR, były poseł SLD i lider sądeckiej lewicy. Długoletni dyrektor "elektryka" organizował pochody, bo - jak twierdzi - taka była doktryna, że trzeba się było władzy pokazywać.

Grali w sam raz pod nóżkę

- Bywało sympatycznie, ale też nachalnie politycznie - opowiada Kazimierz Sas. - Jakiejś ewidentnej kontestacji nie pamiętam, choć im bliżej było do upadku PRL, tym mniej osób chciało w pochodach uczestniczyć.

Sas przypomina, że w majowy poranek sądeczan budziła znakomita orkiestra kolejowa jeżdżąca po całym mieście. Natomiast mieszkańców Starej i Nowej Kolonii wyganiały z łóżek skoczne tony orkiestry "elektryka". Była tak dobra, że do pochodu szło się żwawo i radośnie. Przynajmniej tak to widzi wieloletni członek PZPR.

- Choć nie każdy się do tego przyzna, znam ludzi, którzy tęsknią do minionych czasów - przekonuje Kazimierz Sas. - Może nie do tej całej ideologicznej otoczki, ale bezpieczeństwa socjalnego, którego dziś już nie ma w takim zakresie, jak w PRL.

Sądecka lewica pochodów nie organizuje, ale świętuje 1 maja. O godz. 16 zaczyna festyn w Miasteczku Rowerowym. Ma być wesoło.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

1967

a Smierciak...jak trzaskal zdjecia za komuny tak robi do dzisiaj.. ku chwale boga i partii, redaktorze.

Dodaj ogłoszenie