Uroczystości pogrzebowe w Krakowie: w cztery dni dokonali niemożliwego

Piotr Rąpalski
Piotr Odorczuk
Dodaj komentarz:
Udostępnij:
Nad przebiegiem uroczystości pogrzebowych czuwało ponad 8 tys. policjantów, urzędników, strażaków, wolontariuszy, lekarzy i innych służb. Za ich sprawne działanie odpowiadało i ręczyło własną głową zaledwie czterech ludzi.

Komendant miejski policji Wacław Orlicki, szefowa Krakowskiego Biura Festiwalowego Magdalena Sroka, dyrektorka Zarządu Infrastruktury Komunalnej i Transportu Joanna Niedziałkowska oraz pełnomocnik prezydenta miasta ds. bezpieczeństwa imprez masowych Adam Młot. Było mało czasu. Pojawiały się problemy i momenty krytyczne. Mimo wszystko udało się

SZOK
Wtorek, 13 kwietnia, godzina 11.00. Kraków obiega nieoficjalna informacja, że prezydent Lech Kaczyński ma być pochowany na Wawelu. Jeszcze przed południem Wacław Orlicki, komendant miejski policji spotyka się z Jackiem Majchrowskim.

- To był taki wstępny alarm. Rozmawialiśmy o tym, za co trzeba się zabrać, jeśli informacja się potwierdzi - opowiada Orlicki. - Nie czułem przerażenia, ale raczej ciekawość przed czekającym wyzwaniem.

Godz. 17. Informację potwierdza kardynał Dziwisz. Krakowscy urzędnicy zaczynają działać nie znając jeszcze szczegółów uroczystości. Polegają tylko na intuicji. - Długo staraliśmy się zdobyć wytyczne co i jak. Wkradała się nerwowość - wspomina Magdalena Sroka. Powoli dociera do wszystkich ogrom zadania. KBF będzie musiał przygotować transmisję uroczystości, Zarząd Infrastruktury Komunalnej i Transportu zorganizować ruch w mieście i posprzątać Kraków. Zadaniem policji będzie zabezpieczenie pielgrzymów i pomoc w ochronie VIP-ów.

Komendant we wtorek późnym popołudniem wysyła swoich ludzi w teren, aby przygotowali plan zabezpieczenia Wawelu, Rynku Głównego, ulicy Grodzkiej i trasy konwoju z lotniska. - Chodziło o to, aby nie uciekły nam cenne godziny - tłumaczy Orlicki. Jak później obliczył, od środy do niedzieli spał niecałe 3,5 godziny.

Urzędnicy odpowiedzialni za przydzielone im zadania chcą więcej informacji. Dopytują o szczegóły, irytując władze w Warszawie. - Z początku KBF było ostatnim ogniwem całej operacji. Nie traktowano nas poważnie. Dopiero kiedy krakowska policja zasugerowała Warszawie, że warto nas słuchać, sprawy nabrały tempa. Przez to jednak dwa dni zmarnowaliśmy - mówi Sroka.

BŁONIA - ZAKAZ WSTĘPU
Środa , 14 kwietnia. Po wtorkowym szoku środa okazuje się dniem konsultacji i chłodnej oceny. Powoli sączą się informacje i wytyczne z Warszawy. Dochodzi do spotkań w Urzędzie Wojewódzkim i w Komendzie Wojewódzkiej Policji. Urzędnicy dowiadują się więcej o wymogach bezpieczeństwa. Pracownicy ZIKiT szybciej niż spec służby obudzili się z letargu i prowadzą już kontrolę pirotechniczną ulic, sieci kanalizacyjnych i elektrycznych.

W środę w nocy drogowcy opracowują plan organizacji ruchu na czas uroczystości. Normalnie przygotowuje się go 14 dni. Im udaje się to zrobić przez jedną noc. Z reguły trzeba wcześniej porozumieć się z właścicielami posesji i z odpowiednim wyprzedzeniem zamontować znaki, wprowadzić ogrodzenia. - Nie było na to czasu. Musieliśmy działać szybko i zdecydowanie. Nie trzymaliśmy się procedur, ale też nie łamaliśmy prawa - mówi pełnomocnik Adam Młot, który - jak potem wyliczył - od wtorku do niedzieli spał 12 godzin.
TU RZĄDZĄ "BOROWIKI"
Czwartek, 15 kwietnia. Ulga, bo plan organizacji ruchu zatwierdza policja. Przewiduje on, że do miasta może przybyć nawet 1 mln pielgrzymów. Wtedy okazuje się, że większym problemem od dowiezienia ludzi będzie ich rozlokowanie. Na Rynku Głównym może zmieścić się tylko 40 tys. osób. Pracownicy KBF sugerują transmisję z telebimów na Błoniach, ale Biuro Ochrony Rządu informuje telefonicznie, że rekwiruje Błonia na lotnisko dla śmigłowców z VIP-ami.

Pojawia się więc pomysł zebrania ludzi na terenie Muzeum Lotnictwa w Czyżynach. Ta opcja nie przypada jednak do gustu policji. Rozpoczynają się negocjacje z BOR, nadal telefoniczne, bo żaden borowik do Krakowa jeszcze nie dotarł, by zwolnili Błonia.

Praca przyspiesza. Centrum dowodzenia stają się Sukiennice. Tu działa KBF, urzędnicy, drogowcy, a policjanci pojawiają się, aby ustalać kolejne sprawy. Przed południem w mieście zjawiają się funkcjonariusze BOR. Komendant Orlicki spotyka się z z-cą komendanta głównego z Warszawy. Omawiają przebieg trasy konduktu miedzy bazyliką Mariacką, a Wawelem.

Do Krakowa powoli sprowadzane są posiłki policji. Uroczystości ma zabezpieczać prawie 5 tys. policjantów z całej Polski. Trzeba ich zakwaterować, nakarmić, nauczyć miasta i sprawnie nimi dowodzić.
Policja powoli ustala szczegóły operacji z BOR, które ma przede wszystkim ochraniać VIP-ów.

- Zgrzytów nie było. Znam 2/3 składu personalnego BOR, podobnie wielu moich dowódców. Nie ma dyskusji jeśli chodzi o bezpieczeństwo, a to musiało być ustawione na wysokie C - mówi Orlicki. - Nie mieliśmy wsypy, choć na przygotowania były tylko cztery dni. Może nawet lepiej, bo ludzie byli bardziej skupieni i nie wdawali się w zbędne dyskusje.

Tymczasem KBF zamawia z Wrocławia transport 4 tys. krzeseł do sektorów tuż pod bazyliką Mariacką, mimo iż nie wiadomo jeszcze jak i gdzie będą one rozmieszczone. Zamawiane są też barierki, choć także nie wiadomo, co i gdzie będzie trzeba odgrodzić. - Musieliśmy działać intuicyjnie - wspomina Sroka.

TRANSMISJI NIE BĘDZIE
Najważniejszym zadaniem KBF jest pokazanie ludziom zebranym na Rynku Głównym przebiegu uroczystości, mszy w bazylice Mariackiej i przejścia konduktu żałobnego. Od rana toczą się rozmowy z TVP. Stacja nie może jednak wziąć na siebie tego ciężaru, gdyż siły skupia na uroczystościach żałobnych odbywających się w Warszawie. KBF zasiada więc do negocjacji z TVN. Stacja ta się zgadza. Rozpoczyna się montaż ekranów. Dwa pojawiają się przy bazylice, a trzy po drugiej stronie Rynku.

Ciągle nie wiadomo co z Błońmi. Prezydent Majchrowski podejmuje jednak ryzyko decydując, aby rozpocząć na nich montaż 240 mkw. ekranów. Gdy robotnicy już pracują, BOR decyduje się udostępnić Błonia. Prezydent ryzykował, gdyby BOR nie odpuścił, budżet miasta straciłby setki tysięcy złotych, a w niedzielę pod ekranami stałyby tylko śmigłowce.

Teraz ma być już "z górki", ale urzędnicy miejscy znów zostają rzuceni BOR na pożarcie. Funkcjonariusze nie zezwalają, aby na płycie Rynku były jakiekolwiek kable. Planu alternatywnego nie ma. Transmisji nie będzie!

KBF dostaje też dodatkową robotę. Początkowo miało tylko postawić na Rynku telebimy i krzesła, a następnie zająć się organizacją części uroczystości na Błoniach i w Łagiewnikach. Okazuje się jednak, że musi również zająć się jeszcze gośćmi w sektorach na Rynku. Każdy z nich ma być spisany z imienia, nazwiska, PESEL i imienia ojca. I dla tak spisanych 4 tys. osób muszą zostać wydane imienne identyfikatory z hologramem!
CICHY BOHATER
Piątek, 16 kwietnia. Już od rana atmosfera robi się gorąca. Ci, którzy przyjdą na Rynek Główny mogą nie widzieć co się dzieje w bazylice. Ciągle nie wymyślono bowiem, gdzie schować kable. Niespodziewanie cichym bohaterem okazuje się Stanisław Skrzypek, który od 1984 roku prowadzi firmę budowlaną specjalizującą się w robotach na Starym Mieście. Rynek zna jak własną kieszeń.

Odkrywa przed urzędnikami sieć tuneli, kanałów i połączeń pod jego płytą. Prowadzi ona do studzienki technicznej u wylotu ulicy Siennej. Okazuje się, że wszystkie kable da się przeprowadzić tą drogą. BOR i pirotechnicy przytakują.

- To są w większości tunele telekomunikacyjne położone przy remoncie płyty Rynku i zapomniane - mówi Stanisław Skrzypek. - Część kabli poszła też podziemiami Rynku, gdzie powstaje muzeum - dodaje. Czas naglił. Od strony Sukiennic do Siennej trzeba było przeciągnąć 120 m wiązki przewodów. Elektrycy pracowali aż do soboty. KBF rozwiązując jeden problem popada w kolejny. Tym razem związany z przygotowaniem identyfikatorów dla gości. - W piątek o godzinie 18 z tych 4 tys. nazwisk mieliśmy tylko 93.

Następnego dnia identyfikatory miały być już odbierane od 10 rano - wspomina Sroka. Listy gości spływają powoli. Pięć drukarni pracuje pełną parą. Większość identyfikatorów udaje się wydrukować, ale nie wszystkie mają nadrukowane dane. BOR godzi się na wypełnianie ich pisakiem już w niedzielę.
Dodatkową robotę z powodu zaleceń BOR ma też ZIKiT. Okazuje się, że trzeba wyciąć 41 "drzew niebezpiecznych", czyli takich, w których mógłby się ukryć zamachowiec.

Podobny los spotyka wiele krzewów w pobliżu tras przejazdu konwoju z trumnami prezydenckiej pary. Ekipy biorą się do pracy. Drogowcy szykują się równocześnie na komunikacyjny Armagedon. Internetowe strony miejskie z informacjami o utrudnieniach w ruchu odwiedza 210 tys. ludzi. Z kolei 40 tys. ulotek trafia do mieszkańców. Na trasie przejazdu konwojów naprawia się drogi. Nie ma mowy o prowizorycznym łataniu dziur. Kładziony jest nowy asfaltowy dywanik.

OSTATNIE POPRAWKI
Sobota, 17 kwietnia. Rozdano już wejściówki i identyfikatory do sektorów. Działa elektronika. Miasto jest czyste, a drogi przygotowane i zabezpieczone. BOR sprawia już tylko niewielkie psikusy.
W sobotę po południu funkcjonariusze BOR życzą sobie, aby następnego dnia, w dzień pogrzebu, o 4 rano wszyscy właściciele lokali przy strefie chronionej zjawili się z kluczami w ręku. Urzędniczki z magistratu chwytają za telefony. Straż miejska szuka właścicieli, aby wręczyć im wezwania. Udaje się i BOR bez problemów sprawdza wszystkie budynki.

Ale BOR ma jeszcze jedną niespodziankę. W ostatniej chwili żąda dostawienia 40 toalet w okolice Rynku. Na szczęście ZIKiT miał "odwody" w okolicy placu Szczepańskiego. W nocy wychodzi problem z... czerwonym dywanem, po którym miał iść kondukt. Okazuje się, że w Krakowie ciężko taki znaleźć. W ostatniej chwili pożyczono odpowiednio długi z kina Kijów.

W sobotę późnym południem wszystko jest gotowe. Waży się tylko liczba delegacji zagranicznych, które przybędą do Krakowa. Ostatecznie z prawie 80 przyjedzie 22. - Nie traktuję tego jako porażki. - Wystarczył prezydent Rosji i musieliśmy być maksymalnie przygotowani - mówi komendant Orlicki. W sobotę wieczorem melduje Jerzemu Millerowi, ministrowi spraw wewnętrznych i administracji, że Kraków jest gotowy. - Byłem spokojny.

NERWY DO SAMEGO KOŃCA
Niedziela, 18 kwietnia. Ludzie gromadzą się na Rynku Głównym, Błoniach i trasach przejazdu karawanów już od 6 rano. Członkowie rządu, parlamentarzyści i korpus dyplomatyczny przyjechali pociągiem na Dworzec Główny. BOR z policją zafundowali im spacer do Rynku Głównego przez plac Jana Nowaka-Jeziorańskiego, tunelem pod Plantami i ulicą Floriańską. Prowadzili ich powoli, jak grupę turystów.

Uroczystość zaczyna się o 10, kiedy trumny z ciałami Marii i Lecha Kaczyńskich pojawiają się w bazylice. Wszystko idzie zgodnie z planem, ale zdarzają się sytuacji krytyczne. Jedną z nich okazuje się występ filharmoników berlińskich, - to dar Niemiec dla Polski pogrążonej w żałobie. Muzycy zażyczyli sobie próby przed mszą. Tymczasem zjawiają się w bazylice Mariackiej, gdy już są w niej trumny prezydenckiej pary, rodzina i część gości. O prawdziwej próbie nie ma mowy.

Organizatorzy wymyślają wybieg. - W czasie modłów nad trumną zaproponowano, by muzycy zagrali inne utwory niż te, które miały być grane podczas mszy. Sprawdzili instrumenty i akustykę - mówi Magdalena Sroka. Nerwowo jest też na płycie Rynku. Ludzie widzą, że na ekranach przy bazylice puszczono obraz z jej prezbiterium. Na pozostałych wyświetlany jest program TVN24. Podnoszą się krzyki. Tłum domaga się transmisji z wnętrza katedry. Szybko w bazylice zostaje dostawiona kamera, a obraz z niej idzie na wszystkie monitory na Rynku. Lud jest zadowolony.

Swoje nerwowe momenty przeżywa też ZIKiT. Tuż przed mszą okazuje się, że brakuje wody do picia, która miała być zapewniona przybyłym. Jest niedziela. Żałoba. Wszystko pozamykane. - Zadzwoniłam do hurtowni na Prandoty, z której kupuję wodę do domu - opowiada dyrektor Niedziałkowska. - Właściciel otworzył i kupiłam 5000 butelek.

Również policjanci przeżyli nerwowe chwile. Pierwszą podczas mszy, kiedy w tłumie pojawił się kontrowersyjny transparent z napisem "Jaki prezydent taki zamach". Doszło do przepychanek. Ktoś zaatakował jego właścicieli. Policja musiała zareagować dyskretnie. Okazało się, że agresywny człowiek to chuligan z bogatą kartoteką. Z kolei ci, którzy przynieśli transparent nie mieli złych zamiarów, byli zwolennikami prezydenta Kaczyńskiego. Tłumaczyli, że chodziło im o to, żeby pokazać, iż wielki prezydent zginął w wielkiej tragedii.

Na konferencji podsumowującej uroczystość kilku dziennikarzy wypomniało, że gdy po ulicy Kościuszki przejechał konwój z karawanami, za nimi uniósł się tuman kurzu. Nie oczyszczono dokładnie torowiska.
- Jeśli były tylko takie zgrzyty to znaczy, że się spisaliśmy - kwituje pełnomocnik Młot, dodając, że urzędnicy i tak ustalili z BOR to, że auta mają jechać po jezdni, a nie po torowisku.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

F
FjOpIicQIMFbBuiHdYp
Home run! Great slugigng with that answer!
Dodaj ogłoszenie