"Zgoda to dla Ślązaków niezabliźniona rana" - mówi Sabina Waszut, autorka powieści "Ogrody na popiołach", opowiadającej o dziejach obozu

Magdalena Mikrut-Majeranek
Magdalena Mikrut-Majeranek
Zobacz kolejne zdjęcia. Przesuwaj zdjęcia w prawo - naciśnij strzałkę lub przycisk NASTĘPNE
Zobacz kolejne zdjęcia. Przesuwaj zdjęcia w prawo - naciśnij strzałkę lub przycisk NASTĘPNE mat. Sabiny Waszut
Karty historii Górnego Śląska kryją wiele wątków, które jeszcze do niedawna stanowiły tabu, bądź były niechętnie poruszane. Jednym z nich jest kwestia obozu pracy, który znajdował się w świętochłowickiej Zgodzie. Powszechna wiedza o nim jest nikła, ale na jego temat napisano już opracowania historyczne, w grudniu ubiegłego roku w Teatrze Miejskim w Gliwicach wystawiono spektakl „Dziki Wschód”, a kilka dni temu miała miejsce premiera powieści „Ogrody na popiołach” autorstwa Sabiny Waszut.

Ile dziś wiemy o Zgodzie? Nadal niewiele. Polski obóz pracy mieszczący się w świętochłowickiej Zgodzie funkcjonował od końca lutego do listopada 1945 roku. Powstał po zakończeniu II wojny światowej w miejscu, w którym dawniej znajdował się podobóz KL Auschwitz. Komunistyczne władze zdecydowały się bowiem na wykorzystanie istniejącej infrastruktury. Obóz podlegał Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego, a jego komendantem był zaledwie 26-letni Salomon Morel, na którym ciążyła opinia „elementu szkodliwego w więziennictwie”. Dorobił się jej podczas pracy w więzieniu na zamku w Lublinie. Pomimo tego zrobił karierę w więziennictwie, a za swoją pracę otrzymał też medale…

Dzieje obozu i osadzonych w nim więźniów opisała śląska pisarka Sabina Waszut w swojej najnowszej powieści „Ogrody na popiołach. Powieść o powojennym obozie, o którym milczała historia”. Jej tytuł metaforycznie opisuje historię miejsca kaźni. - Można powiedzieć, że tytuł jest oparty na faktach, ponieważ w miejscu obozu na Zgodzie obecnie znajdują się ogródki działkowe. Zostały założone kilka lat po wojnie. Nie stało się to od razu, ponieważ przez pewien czas w obozowych barakach mieszkali przesiedleńcy z innych regionów Polski, którzy przyjeżdżali na Śląsk za pracą – zdradza pisarka. Choć powieść opowiada o świętochłowickim obozie, nie powinna znaleźć się na jednej półce obok innych książek reprezentujący nurt literatury obozowej, które niekoniecznie oddają realia historyczne.

- Pisanie powieści historycznych to duża odpowiedzialność. Osoby, które przeczytają moją książkę, prawdopodobnie będą z niej czerpać wiedzę na temat Zgody, a nie z publikacji naukowych. Staram się, żeby moje książki były zgodne z prawdą historyczną. Podczas pracy nad „Ogrodami na popiołach” otrzymałam duże wsparcia ze strony pracowników katowickiego IPN-u, co ułatwiło pracę - mówi.

Proces przygotowania do pisania był długotrwały i żmudny.

– Nigdy aż tak długo nie przygotowywałam się do pisania powieści. Mogę powiedzieć, że zajęło mi to sześć lat. W tym czasie podejmowałam drobne kroki, nawiązywałam kontakty, szukałam źródeł, ale sam proces zbierania informacji trwał 9 miesięcy. Poszukiwania informacji stanowiących kanwę do pisania powieści zawsze mnie wzbogacają. Cały czas się czegoś uczę – przyznaje.

Sabina Waszut nie ukrywa też, że podczas prowadzonej kwerendy pewne informacje ją zszokowały.

– Dowiedziałam się, że do więzienia znajdującego się przy ul. Powstańców w Katowicach, czyli tam, gdzie podczas II wojny światowej była siedziba Gestapo, a potem UB, trafiały te same osoby. Raz za Gestapo, a później za UB – mówi.

Zgoda nie dawała spokoju. Historia domagała się opowiedzenia

Temat świętochłowickiego obozu od kilku lat zaprzątał myśli pisarki. - Chodził za mną od dawna. Wpływ na napisanie powieści miało wydarzenie sprzed kilku lat, kiedy promowałam książkę „Rozdroża”. Zawarłam w niej zaledwie kilka zdań dotyczących świętochłowickiego obozu. Przyjaciółka głównej bohaterki miała męża, który zginał na Zgodzie. Podczas jednego ze spotkań autorskich pewien starszy pan zaczął opowiadać o wydarzeniach, które miały tam miejsce. Powiedział dosyć dużo, po czym spojrzał troszkę przestraszony na żonę, ale ona go uspokoiła, mówiąc, że teraz już może o tym opowiadać, że już wolno mówić o tamtym okresie. To było dla mnie wstrząsające przeżycie. Do teraz pamiętam wzrok starszego pana. Zdawałam sobie sprawę, że były to tematy nieporuszane na Śląsku, że przez lata nie mówiło się o Tragedii Górnośląskiej. Poczułam, że to ważny temat. Obojętnie, jaka była nasza historia, nie możemy się jej wstydzić. Musimy o niej mówić. Nie ma nic gorszego niż zakłamywanie historii – przyznaje pisarka.

„O przynależności decydowały metry”

Sabina Waszut zagłębia się w górnośląską historię, drąży i opisuje paradoksy życia codziennego na polsko-niemieckim pograniczu.

- Kiedy po powstaniach śląskich wytyczono granicę między Polską i Niemcami, sytuacja wyglądała kuriozalnie. Krążyły anegdoty mówiące o tym, że ktoś mieszkał po niemieckiej stronie, ale do haźla (ubikacja – przy. red.) biegał na polską stronę podwórka, bądź odwrotnie – mówi Waszut.

Dodaje też, że po wojnie wszyscy Ślązacy zostali wrzuceni do jednego worka.

- Prawda była taka, że pozbywano się niewygodnych osób. Rożne były też sposoby donoszenia. W listach, które zamieściłam między rozdziałami, można wyczytać, że w obozie więziono osoby, które mówiły po polsku, czuły się Polakami, nie robiły niczego przeciwko polskim obywatelom. Są to autentyczne dokumenty, które można znaleźć w zbiorach Instytutu Pamięci Narodowej – podkreśla pisarka.

Przypomnijmy, że podstawą osadzenia w obozie był dekret PKWN z 4 listopada 1944 r. „o środkach zabezpieczających w stosunku do zdrajców Narodu” (choć formalnie nie obejmował on terenów Górnego Śląska, bowiem odnosił się do volksdeutschów z Generalnego Gubernatorstwa), a także dekret „sierpniowy” z 31 sierpnia 1944 r. o „zbrodniarzach faszystowsko-hitlerowskich i zdrajcach Narodu Polskiego” i ustawa z 6 maja 1945 r. o wyłączeniu ze społeczeństwa polskiego wrogich elementów.

- Teoretycznie według rozporządzeń należało izolować osoby, które miały pierwszą i drugą grupę volkslisty. Dopiero po przejściu procesu rehabilitacyjnego można było decydować o ich dalszym losie. Jednakże wiele osób, które trafiło do obozu w Zgodzie, posiadało trzecią grupę – podkreśla Sabina Waszut.

Podobna sytuacja dotyczy głównego bohatera najnowszej powieści pisarki, czyli Karola Plocha, który był Polakiem, ale jak wielu innych Ślązaków poślubił Niemkę.

– Takich małżeństw było na Śląsku bardzo dużo. Moja babcia także była Niemką, a dziadek Polakiem – przyznaje Sabina Waszut.

Karol to fikcyjny bohater, ale postać ta została zbudowana na bazie informacji, które pisarka otrzymała od jednej z czytelniczek.

– Pani Małgorzata opowiedziała mi o swoim krewnym, będącym więźniem obozu w Zgodzie, który był niewidomy i prowadził kiosk. Opowiedziałam tę historię swojej mamie. Pracowała w Katowicach i rzeczywiście, słyszała o niewidomym kioskarzu, który prowadził swój kiosk niedaleko kina Rialto. Cieszy mnie odkrywanie takich historii - podkreśla pisarka.

Warto wspomnieć też o realiach życia w obozie, które pisarce udało się obrazowo przedstawić. Panowały tam fatalne warunki sanitarne, przeludnienie, szalał tyfus. Komendant zwykł urządzać „zabawy”, stosując rożne metody znęcania się. Jedną z jego ulubionych tortur była „piramida”. Więźniów wykorzystywano też do pracy w licznych okolicznych zakładach przemysłowych, ale nie wszyscy mogli opuszczać obóz, aby pracować, co paradoksalnie stanowiło chwilę wytchnienia od obozowej codzienności. Kiedy Karol trafił do obozu na własne życzenie został osadzony w słynnym baraku numer 7, czyli w „Deutsche Hause” lub „brunatnym barakiem”. Nie wiedział jaki los sobie wybrał, decydując się na towarzyszenie swojemu schorowanemu nauczycielowi.

- W obozie panował bałagan, ale jeden z baraków wyróżniał się. Miały do niego trafiać osoby oskarżone o współpracę z Niemcami, przynależność do NSDAP czy Hitlerjugend, choć bywało różnie. Warto wspomnieć o tym, że Śląsk był terenem wcielonym do Rzeszy i tutaj przynależność do pewnych organizacji była obowiązkowa. Były oczywiście takie rodziny, które nie posyłały swoich dzieci do Hitlerjugend, ale to groziło nawet wywiezieniem do Auschwitz np. na trzy tygodnie – wspomina Sabina Waszut.

Wątek ten także został poruszony w powieści. Pisarka opisuje dzieje Thomasowej, która otrzymała ostrzeżenie. Straszono ją tym, że jeżeli jej syn będzie unikał zbiorek Hitlerjugend, ona poniesie tego konsekwencje i trafi na tydzień do Auschwitz.

W „Ogrodach na popiołach” fikcja miesza się z rzeczywistością. Obok wymyślonych bohaterów, pojawia się też wiele historycznych postaci jak m.in. Holender i więzień obozu Eric van Calsteren, komendant Salomon Morel, lekarz Kurt Glombitza czy Wanda Lagler, która była Amerykanką, ale jeszcze przed wybuchem II wojny światowej, w sierpniu 1939 roku, przyjechała do Polski i nie zdążyła już opuścić naszego kraju. Wanda była krewną słynnego podróżnika i odkrywcy Pawła Strzeleckiego (1797-1873), który jako pierwszy Polak indywidualnie okrążył świat w celach naukowych. Odwiedził też wszystkie kontynenty oprócz Antarktydy. Na jego cześć nazwano m.in. Górę Strzeleckiego na Wyspie Flindersa, jest też rzeka Strzeleckiego w Australii, a na zachód od jeziora Eyre znajduje się pustynia jego nazwiska. Jego krewna przyjechała do Polski, aby uporządkować sprawy spadkowe i majątkowe.

– Była bardzo bogata. Oskarżono ją za szpiegostwo. Kiedy po nią przyszli, wszystko jej ukradli. Wszyscy byli przekonani, że zaraz ją wypuszczą z obozu, ponieważ w jej sprawę zaangażowano wielu prawników, w tym także tych ze Stanów Zjednoczonych – wyjaśnia Sabina Waszut.

Powieść ma złamać tabu

Sabina Waszut przyznaje, że napisała książkę po to, żeby już nikt nie wstydził się mówić o Zgodzie.

- Po premierze otrzymałam już wiele maili od osób, których krewni byli na Zgodzie i chcieli podzielić się ze mną tymi historiami – wspomina pisarka.

W powieści wielokrotnie poruszany jest motyw niepamięci, celowego zapominania wydarzeń, które rozegrały się w świętochłowickim obozie. Dlaczego tak długo milczano o zbrodniach, których się tam dopuszczono?

– Temat był bardzo niewygodny. To element Tragedii Górnośląskiej. W poprzednim systemie nie chciano mówić o tym, co spotkało Ślązaków po zakończeniu wojny. Milczano o tym, że w zasadzie zostali zrównani z Niemcami. Z kolei mieszkańcy Górnego Śląska przez długie lata wstydzili się tego, co ich spotkało. Mieli problemy z własną tożsamością i tym dlaczego miejsce, w którym mieszkali od pokoleń, przechodziło z rąk do rąk i że po wojnie nagle zostali oskarżeni o zbrodnie, których się nie dopuścili – wyjaśnia Sab ina Waszut.

Dodaje też, że szczególnie źle traktowano ludzi mieszkających na terenach, które po plebiscycie znalazły się po stronie niemieckiej jak Gliwice czy Bytom. - Prawdopodobnie byli więźniowie tak długo milczeli, ponieważ zdawali sobie sprawę z tego, że nic nie są w stanie zrobić podkreśla pisarka.

W powieści pada też znamienne zdanie: „Zgoda to dla Ślązaków niezabliźniona rana”.

– Myślę, że nadal tak jest. Rana ta co prawda powoli się zabliźnia, ponieważ przywracamy pamięć o wydarzenia, do których doszło w obozie, organizowane są „Marsze na Zgodę”, coraz więcej mówimy o tym, ale pojawią się też spory. Obawiam się, że Zgoda wykorzystywana jest coraz częściej w celach politycznych i coraz mniej myśli się ludziach, którzy naprawdę byli więzieni w tym obozie – mówi Sabina Waszut.

Ciekawy jest wątek dotyczący sytuacji bohaterów, którzy zostali zwolnieni z obozu. Opuszczając Zgodę, musieli podpisać dokumenty obligujące ich do milczenia na temat Zgody.

– To jest autentyczna historia. Faktycznie, w momencie zwolnienia z obozu musieli podpisać cyrograf. Większość z nich nie mówiła o tamtych wydarzeniach. Początki śledztwa przeciwko Zgodzie zainicjowało zeznanie rodziny jednej z osób osadzonych w świętochłowickim obozie (chodzi o pismo Erny Kołodziejczyk, która 11 grudnia 1989 r. napisała do Ministerstwa Sprawiedliwości w sprawie śmierci swojego ojca Pawła Benczek, który zginął w świętochłowickim obozie – przyp. red.). Oskarżyli Salomona Morela o to, że doprowadził do śmierci członka ich rodziny. Rozpoczęło się śledztwo, a temat szybko podłapali dziennikarze. Była też pewna audycja radiowa, o której wspominam w powieści. Proszono o kontakt ludzi, którzy mogli coś powiedzieć o działalności Salomona Morela – mówi Sabina Waszut i dodaje, że kiedy zaczęło się robić wokół niego robić głośno, wyjechał do Izraela.

Uniknął też ekstradycji. Morelowi postawiono szereg zarzutów, które oparto przede wszystkim na zeznaniach ponad 100 świadków. Wydano nakaz aresztowania, ale dawny komendant obozu w Zgodzie nigdy nie poniósł konsekwencji swoich czynów. Zbrodniarz dożył sędziwego wieku, bowiem zmarł 14 lutego 2007 w Tel Awiwie. Historia jednak nie została zapomniana.

Nie przeocz

Zobacz także

Musisz to wiedzieć

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

iPolitycznie - M. Maląg o najnowszych danych dotyczących bezrobocia

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Wróć na gazetakrakowska.pl Gazeta Krakowska
Dodaj ogłoszenie