Gorlice. Gorlicka Golgota, dominikowicka Łysula - nasze niezwykłe drogi krzyżowe, w plenerze oraz te ukryte za murami

Halina Gajda
Halina Gajda
fot. Lech Klimek
Nasze niezwykłe drogi krzyżowe. Gorlickie jest w nie bogate. Golgota, Łysula, sanktuarium w Kobylance, klasztor w Bieczu, kościół w Szalowej. Patrząc okiem artysty - każda jest inna, ale wszystkie otacza ta sama, niewidzialna aura głębokiej modlitwy i wiary w pomoc Zmartwychwstałego.

Katarzyna Rudolphi, jak co roku, wczoraj również uczestniczyła wspólnie z rzeszą wiernych w Drodze Krzyżowej na Gorlicką Golgotę. Dla niej każde wejście tam ma szczególny wymiar. Idzie, by po raz kolejny dziękować za zdrowie, życie. Za to, że Bóg nie pozwolił, by osierociła syna.

Z nas dziesięciorga tylko ja przeżyłam...

Moja pierwsza droga krzyżowa? Oj, kiedy to było - uśmiecha się. - Był 1995 rok. Trudny to czas w moim życiu, bo za mną były dwie onkologiczne operacje, długa i ciężka chemioterapia. W zasadzie to ledwo trzymałam się na nogach, ale postanowiłam, że pójdę na Golgotę. Do dzisiaj nie wiem, co mną kierowało, gdy wychodziłam z kościoła, bo osłabienie było przemożne. Nie miałam nawet siły, by nieść ze sobą świecy - wspomina. Jeszcze nie było dzisiejszej, wygodnej drogi. Każdy krok był dla niej wysiłkiem. Kamień pod stopą - przeszkodą trudną do pokonania. - Siły dodawała mi myśl, że z dziesięciu osób, które razem ze mną leżały wtedy na oddziale, tylko ja żyłam - dodaje cicho. - Syn, Janek był wtedy ministrantem. Szedł na czele procesji, ale wiedziałam, że w każdej chwili mogę na niego liczyć - podkreśla.

Od pamiętnej dla niej wspinaczki na Golgotę minęło już ponad dwadzieścia lat. Katarzyna jest zdrowa, pełna wigoru. Na emeryturze zaczęła naukę… angielskiego. Lubi zwiedzać świat. O łasce, którą dostała ponad dwie dekady temu, nie zapomniała. Czasem sama, czasem w towarzystwie syna, chodzi na Golgotę nawet kilka razy w roku.
- Siadam sobie tam w ciszy i zaczynam moją wielką, prywatną rozmowę z Bogiem - opowiada. - Mówię mu o swoich rozterkach, problemach. Nauczyłam się, żeby nigdy nie oczekiwać odpowiedzi od razu, bo Bóg i tak ma swój plan, a rozwiązanie kłopotów przychodzi z najbardziej nieoczekiwanej strony. Nigdy się jeszcze na nim nie zawiodłam - dodaje.

Z Golgotą i Drogami Krzyżowymi na nią, nierozerwalna jest opowieść o tym, jak pątnicy nosili materiały budowlane, gdy ta powstawała. - Ludzie przychodzili do kościoła z workami, plecakami, podręcznymi torbami. Pakowali do nich cegły albo kamienie i nieśli w górę. Patrzyłam na nich i myślałam: jestem chora, ale żyję. Skoro oni idą z takim ciężarem, to ja też muszę dać radę - snuje opowieść.

Droga Krzyżowa po trzykroć w parafii

Szalowa jest chyba jedyną parafią, która ma trzy Drogi Krzyżowe. Najstarsza, barokowa jest dzisiaj złożona w tak zwanym skarbcu, druga wisi na ścianach kościoła. Trzecia, która de facto zastępowała tę z wnęk na zewnątrz, została złożona u konserwatora zabytków. Jednak ks. Mieczysława Górskiego, proboszcza parafii od przybytku głowa nie boli. - Jak tylko uda się zdobyć potrzebne środki, zrobimy tu, co trzeba i udostępnimy skarbiec dla wiernych - zapowiada ks. Górski.
W końcu to kawał historii świątyni.

- Pochodzą z pierwszej połowy XVIII wieku - ocenia Maria Manna, konserwator zabytków.
Ów przywołany kościelny skarbiec to niewielkie pomieszczenie. Wewnątrz unosi się zapach drewna. Określenie może mylić, bo jego wnętrze jest niemal surowe, żadnych złoceń, żadnego zbędnego przepychu ani bogactwa.
Na jednej z wysokich ścian wiszą obrazy ze stacjami Drogi Krzyżowej. Co sprawiło, że znalazły się tutaj - nie wiadomo. Można tylko domniemywać, że ktoś w ten sposób o nie zadbał, by nie niszczały. Miałoby to sens, bo przecież żadnemu płótnu słońce, deszcz czy mróz nie służy. Nie wiadomo, kto jest autorem, ale na pewno rysowała je wprawna ręka, bo w postaciach jest wiele szczegółów. - Gdy przyszedłem tu na posługę w 1972 roku, stacje już były złożone w skarbcu - mówi z kolei ks. prałat Stanisław Tobiasz.

Szalowskie płótna nie należą może do kanonu epoki, raczej naśladują, niż powielają główne ówczesne trendy. Twórca najpewniej wzorował się na tym, co miał najbliżej - ludziach, których widywał na co dzień, otoczeniu, które na obrazach pełni rolę tła. Była to wówczas dość powszechna praktyka.

Pomysł na umieszczenie stacji w ogrodzeniu nie jest jedynym. Podobne znajdziemy w sanktuarium w Kobylance czy bieckim klasztorze. Druga po Golgocie, plenerowa Droga Krzyżowa wiedzie od stóp Łysuli niemal na jej szczyt. Powstała kilka lat temu w Dominikowicach, trochę na skutek zbiegu okoliczności. Dwóch ludzi - Wiesław Szymczyk, sołtys wsi i Jerzy Duda, miejscowy rzeźbiarz-amator spotkali się w miejscu, gdzie złodziej ściął dąb. Nie zdążył go jednak zabrać. Pomyśleli, że z powalonego drzewa można by zrobić krzyż. Duda zaś opowiedział mu o swoim marzeniu - pracy nad Drogą Krzyżową. Od słowa do słowa, okazało się, że do zagospodarowania jest drewno ze ściętej wcześniej lipy. I tak w 2015 roku przy leśnej ścieżce na Łysulę stanęło czternaście stacji.

Źródło:Agencja TVN

Gazeta Gorlicka

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie