Gorlice. Tak „pierniczyć” potrafi niewielu. Pani Agnieszka z pierników i masy cukrowej robi prawdziwe dzieła sztuki

Halina Gajda
Halina Gajda
Najmniejsza cukiernia świata to miejsce, gdzie z kawałka piernikowego ciasta powstają małe dzieła sztuki
Najmniejsza cukiernia świata to miejsce, gdzie z kawałka piernikowego ciasta powstają małe dzieła sztuki fot. Najmniejsza cukiernia świata
Mówią o sobie, że „pierniczą”. Bynajmniej nie chodzi o gadanie głupot, ale o zdobienie pierników. Małych, średnich i całkiem dużych. Na święta i bez okazji. Na choinkę i babci dla przyjemności albo na pamiątkę dla gości weselnych. Każdy jest jak małe dzieło sztuki. Precyzja w każdym detalu jest taka, że człowiek zaczyna się zastanawiać: a nuż mają w piwnicy jakiegoś robota tajemniczego czy inne ustrojstwo, bo ludzką ręką chyba się tak nie da...

Agnieszka Czocher jest jedną z „pierniczących”. Nie ma jakiegoś oszałamiającego stażu, żadne lata obracające się w dekady. Krócej, znacznie krócej się to wszystko dzieje. „Najmniejszą cukiernię świata” założyła jako odskocznię od codzienności. Mówi, że ją to relaksuje. Piernikowa materia zaś, co solennie podkreśla, jest do tego idealna.
- Opracowywanie przepisu trwało – przyznaje ze śmiechem. - Opierało się na kolejnych próbach, których było kilka, oj było – dodaje.
Choć wszystko, co robi, to produkty dekoracyjne, do sukcesu potrzebna jest jakość: produktów, narzędzi, estetyki prezentacji.

Przygoda z dekoratorstwem cukierniczym zaczęła się od pierwszych urodzin chrześniaka. Pani Agnieszka postanowiła zrobić z tej okazji tort. Trójwymiarowy samochodzik – to będzie to – myślała. Słowa szybko obróciła w czyn. Wyszło... nieźle.
- Choć było kilka mankamentów – mówi szczerze. - Maluchowi się podobało i to jest najważniejsze – dodaje.
Zdobiła domowe ciasta, ciasteczka, pierniczki. Z każdym szło jej coraz lepiej. W końcu znalazła się tak pośrodku drogi: już nie była amatorką, ale profesjonalistką też nie. Brakowało szczypty podpowiedzi, pewnie trochę technik, trików stosowanych przez zawodowców. Poszła więc na kurs do Beaty Prusak („Pierniczki do Zadań Specjalnych”), mistrzyni w „pierniczeniu”. Kurs doszlifował talent. Teraz spod ręki pani Agnieszki wychodzą cudeńka. Koronkowe pisanki, roześmiane renifery i puchate pingwinki na choinkę, dumni Mikołajowie, mądre sowy dla pilnych uczniów, serduszka z misternie wypisanymi podziękowaniami, piernikowe pamiątki chrztu, ślubu komunii. Krótko mówiąc, co się tylko komu zamarzy i w duszy zagra.
- Pierwszy krok to upieczenie takiego pierniczka, który jest płaski i idealnie trzyma wycięty kształt – uśmiecha się. - Potem już jakoś idzie – dodaje żartobliwie.
Trochę, żeby się sprawdzić, trochę też podpatrzeć, co inni robią, pojechała na Cake Festival Poland, wzięła też udział w konkursie „Łódź You Like a Cookie?”. Skromność w naturze nie pozwala się jej chwalić tak wprost, ale po cichu powie, że na jej dekoracjach zawisło, nie tylko na chwilę, nie jedno oko.

Pierniki to jeden rozdział jej działalności. Drugi powinien mieć tytuł „Masa cukrowa, czyli co można zrobić z materii paskudnej w smaku, za to niezwykle twórczej”. A można wszystko. Na przykład bukiet jesiennych kwiatów. Gdy pokazuje zdjęcia, trudno uwierzyć, że to tylko masa i druciki florystyczne.
- Rozwałkowana na mgiełkę – opisuje. – Tutaj już potrzebna jest odpowiednia wiedza w zakresie rodzajów mas, technik, narzędzi, których można użyć.
Pani Agnieszka twierdzi, że trzeba przede wszystkim trenować. Samemu wyczuć, znaleźć własne dekoratorskie triki. Wiedzieć, kiedy masa jest jeszcze na tyle plastyczna, że da się ją formować, ale już na tyle sztywna, żeby poszczególne płatki dały się złożyć w konkretny kwiat – zwraca uwagę.
Zdarza jej się łączyć pierniki, lukier i właśnie masę. Powstają z tego obrazy. Czasem przestrzenna martwa natura, kiedy indziej okładka płyty ulubionego muzyka, czyjś portret.
Tu kolejna tajemnica, właściwie rąbek. Dla laika lukier to lukier. Tymczasem – to błąd.
- Pracuję na minimum pięciu różnych konsystencjach lukru – mówi niby od niechcenia. – Każda nadaje się do innego rodzaju zdobień – do wylewania tła, robienia kwiatuszków, pracy z szablonem, tkania lukrowej koronki – podkreśla z mocą.
Do tworzenia tych miniaturowych cudów potrzeba jednak przestrzeni, a konkretnie – miejsca na przechowywanie setek narzędzi, foremek, barwników, pudełek i wstążek.
- Cały ten asortyment zajmuje już kuchnię i jeden pokój – przyznaje się.

I kto by pomyślał, że u źródła jest ukochana babcia. To ją właśnie podpatrywała mała Agnieszka przy pracy. Jak wszystkie, babcia starała się, by wnuki miały radość z jedzenia. Wszystko było niby zwykłe, ale za każdym razem inne.
- Wszystkie przepisy miała skrupulatnie spisane – opowiada jeszcze na koniec. - Nie tylko ingrediencje, ale nawet to, od kogo i kiedy dostała recepturę – dodaje.
Była też książka kucharska. Stara, jakiej szukać można tylko w rodzinnych archiwach sprzed dekad.
Ma ją. Trzyma, jak skarb największy. Miłe wspomnienia mają zapach właśnie książki kucharskiej babci.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie