18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

reklama

"Lekarze posadzili na wózek moje dziecko. Przez pomyłkę"

Redakcja
Piotruś Soszka z Rudzicy koło Bielska-Białej nie chodzi przez błąd lekarzy już jedenaście lat. Nauczył się z tym żyć. Rodzice nawet po tylu latach nie pogodzili się z kalectwem syna. Do dziś z żalem wspominają pobyt w szpitalu Anna Kaczmarz
Nie możesz chodzić. Ale musisz żyć - powtarza synowi Jolanta Soszka. Piotr - przez błąd lekarzy i pielęgniarek jest sparaliżowany od pasa w dół - pisze Anna Górska.

Pamiętam niemalże każdą minutę z tamtego okresu. Nie lubię o tym mówić. Nauczyłam się z kalectwem syna żyć… A jednak ciężko jest. Gdyby Piotruś od urodzenia nie chodził, pogodziłabym się z tym. Trudno, wola Boża. Ale że lekarze posadzili na wózek moje dziecko?! Nikomu nie życzę przeżycia czegoś takiego. Nawet tym, którzy zawinili w sparaliżowaniu syna.

***
Wszędzie go było pełno. Do dziś przed oczyma mam obraz, jak Piotruś lata po oddziale w samych skarpetkach. Na nodze miał wkłuty wenflon, dlatego butów nie mógł założyć. Ubrany był w piżamkę w listki żółto-niebieskie. Biegał po oddziale z jednorazową siatką na plecach, pełną swoich pluszowych misiów. Taką zabawę sobie wymyślił. Lekarze śmiali się - co za chłopczysko, że nawet chore nie potrafi usiedzieć na jednym miejscu.

Ta operacja miała być ostatnia. Czwartek, 14 marca 2002 roku. Górnośląskie Centrum Zdrowia Dziecka i Matki w Katowicach. Długo walczyliśmy o zdrowie syna. Piotruś urodził się ze zniekształconym pęcherzem moczowym. Ale rozwijał się normalnie. Niczym nie różnił się od innych dzieci. Wszystko było na dobrej drodze.

Denerwowałam się. W końcu to poważna operacja, a Piotruś miał dopiero cztery latka.

Wiedziałam, że po zabiegu trafi na OIOM. Stracił dużo krwi, trzeba było ją uzupełnić. Tam miał się powoli wybudzać. Poprosiłam lekarkę, by mnie zawołała, gdy się obudzi. Stałam pod drzwiami i czekałam. Około pierwszej w nocy dała znać, że mogę przyjść. Zwróciła uwagę, że niepotrzebnie panikuję. A jak mogę nie stresować się? Takie z niego chucherko, 14 kilo ważył.

Syna rozintubowali, obudził się. Po narkozie był nieco ogłuszony, słaby. Zamieniliśmy z sobą kilka słów. Ucieszył się, że jestem przy nim. Powiedział, że chciałby iść do swojej sali, bo tu wszystko piszczy i buczy.

***
Wiedziałam, że przed zabiegiem będzie znieczulony zewnątrzoponowo, bo Piotruś miał tendencję na uodpornianie się na leki. Lekarze postanowili mu założyć cewnik do kręgosłupa, by nie faszerować go lekami, tylko raz na dobę podać prosto do kręgosłupa środek przeciwbólowy. Aby nie cierpiał. Siedziałam przy nim i myślałam, że wreszcie mój chłopczyk zacznie normalnie żyć. Żadnych szpitali, operacji, leków. Pielęgniarka podpięła kroplówkę żywieniową. Piotruś spał.

Pół nocy tłukłam do pielęgniarek, że pompa infuzyjna co chwilę się włącza. Czemu tak wyje? Ale matki w szpitalu się nie słucha. Matka jest głupia, skąd może wiedzieć co i jak działa? Pielęgniarka przychodziła, uspokajała: te pompy tak mają. Przepłukała, bo niby zapowietrzyła się, założyła na nowo. Dalej wyła. Mówię pani, pół nocy im tłukłam, że to tak nie może być. Ale matki się nie słucha.

Rano pielęgniarka z nowej zmiany zlitowała się nade mną. Sprawdziła pompę. Mówi do mnie: niech pani pomoże syna podnieść. A co za problem podnieść 14-kilogramowe dziecko?
Podniosłam, i tylko słyszę od niej: k… mać!

Jej reakcja mnie przeraziła. Ona do mnie: koleżanka nie odróżniła cewnika do znieczulenia zewnątrzoponowego od centralnego wkłucia, do którego podaje się płyny. Do rdzenia dostał żywienie. Półtora litra płynów. Nic nie zrozumiałam. A ona poleciała do ordynatora. Ordynator jedynie zerknął i rzucił do mnie: nic się nie stanie, płyny się wchłoną. Nie zamartwiał się, przecież to nie jemu się stało. I poszedł do domu.

***
A Piotrek zaczął dusić się, miał zapalenie i obrzęk płuc, zapalenie opon mózgowych i znów wylądował pod respiratorem.
Lekarka powiedziała, że mam liczyć się z najgorszym. Do niedzieli był zaintubowany, co 15 minut robili mu rentgen, by sprawdzać ile jeszcze płynu ma w płucach.

W poniedziałek poczuł się lepiej, nawet męża puścili na OIOM. Zauważyłam, że Piotrek ma jakieś dziwne nogi. Podczas rozmowy porusza rękami, a nogami nic. Nie podobało mi się to. Znów pognałam po ordynatora.

Do końca życia nie zapomnę jak młoteczkiem opukiwał Piotrka. "Musi pani podpisać zgodę na punkcję". Potem jeden rezonans, drugi.

I wyrok: Piotrek już nie będzie chodził. Ściągnęli neurolożkę. Powiedziała, że jest tylko 40 procent szans.
Miałam wrażenie, że do kogoś obok mówi, a nie do mnie. Potem do nas prosto na salę przyszedł dr Marek Madera, neurochirurg. Ściągnął go specjalnie dr Tomasz Kulczycki, chirurg, który operował Piotrusia. Do dziś nam pomaga.
Doktor Madera wziął zdjęcia Piotrka... Usłyszałam jak przez mgłę:

- Nie będę pani okłamywał, bo później będzie pani miała do mnie pretensje i żal. Rdzeń jest w takim stanie, że na 99 proc. syn już nie będzie chodził. Mówię "99", bo w medycynie wszystko może się wydarzyć.
Gdybym tam na OIOM-ie sama nie zwróciła uwagi na nóżki, wypisaliby nas, wystawili za drzwi, potem by się bronili, że na ich oddziale wszystko było w porządku. Jestem o tym przekonana. Myśleli pewnie: głupia baba ze wsi, nie skapuje się. Napisałam do dyrektora skargę.

Dyrekcja odpowiedziała, że "doszło do samoistnego przesunięcia się cewnika i mieściło się to w granicach ryzyka okołooperacyjnego".

***
Po OIOM-ie pół roku spędziliśmy na chirurgii. Piotrek dostawał sterydy na zniszczony rdzeń. W ciągu dwóch tygodni dziecko przybrało 4 kg. Siostra przyjechała i nie poznała go. Taki był spuchnięty.
Dyrektor, gdy zobaczył mnie w szpitalu po czterech miesiącach, zdziwił się, co ja tu robię. Co ja tu robię - rozumie pani? Tak jakbym sobie wybrała szpital jako świetne miejsce na spędzenie wolnego czasu ze sparaliżowanym synem, no bo co innego mam do roboty?!

Przez sześć miesięcy nie mogłam przełamać się, by go posadzić na wózek inwalidzki. Człowiek wypiera wszystko ze swojej świadomości. Nie siedzi na wózku inwalidzkim, więc dla mnie dalej jest zdrowy. Mąż przywiózł spacerówkę, w niej woziłam go po korytarzach szpitalnych.

Po półtora miesiąca zapytał: mamo, czemu wszyscy chodzą, a ja nie?
Cały czas mu powtarzam, że nie jest gorszy. Siedzisz, Piotrku, na wózku, bo ciebie posadzili. Teraz już większość swojego życia jeździ na nim.

Nie chciałam wracać ze szpitala do domu. Bo w domu trzeba się było z kalectwem syna pogodzić. Zbyt długo walczyliśmy, by był zdrowy. Operacja pęcherza udała się. Wszystko, co wypracowaliśmy i osiągnęliśmy przez te 4 lata, poszło w las. Szwy przez sterydy rozlazły się, z pęcherzem znowu pojawił się kłopot. Nikomu tego nie życzę.

Powiedziałam w sądzie do pani doktor z OIOM-u: Niczego od pani nie chcę, tylko żebyście Piotrka postawili na nogi. Ona tylko ręce rozłożyła. Proces trwał pięć lat. Choćbym miała iść do Strasburga, powiedziałam, że nie odpuszczę. Ci ludzie powinni ponieść konsekwencje. Zwłaszcza po tym jak w sądzie odpowiedzialności zawodowej pielęgniarek i położnych umorzyli naszą sprawę. Bo nie stwierdzili niedbalstwa w opiece nad moim dzieckiem. Może pani sobie to wyobrazić?

***
Nie dość, że posadzili go na wózek, to jeszcze musieliśmy poniewierać się po sądach. Żeby udowodnić oczywiste.
Podobno nie da się pomylić cewnika z centralnym wkłuciem. Firma ubezpieczeniowa zleciła opinię biegłego. Stwierdził, że doszło do rażącego niedbalstwa. No to ubezpieczyciel do mnie wysyła pismo: przykro nam bardzo, ale nie możemy wypłacić pani pieniędzy. Szpital był ubezpieczony jedynie od niedbalstwa, a w przypadku syna to było rażące niedbalstwo.

Złożyliśmy pozew nie tylko przeciwko szpitalowi, ale też towarzystwu ubezpieczeniowemu.

***
"Żadne pieniądze nie zwrócą zdrowia dziecku. Krzywdy, jaką wyrządzono Piotrusiowi, nie sposób przeliczyć na pieniądze - stwierdził Sąd Okręgowy w Katowicach, przyznając mu rekordowe odszkodowanie.

Piotruś otrzymał od szpitala 700 tys. zł zadośćuczynienia, 130 tys. zł odszkodowania i ponad 3 tys. zł comiesięcznej renty.
Sąd zasądził również "odpowiedzialność szpitala na przyszłość za skutki wypadku", które mogą wystąpić w przyszłości. Oznacza to, że szpital jest zobligowany ponosić koszty zakupu wózków inwalidzkich, sprzętu niezbędnego dla funkcjonowania pacjenta.
Cztery lata Górnośląskie Centrum Zdrowia Dziecka i Matki w Katowicach nie przyznawało się do winy. Tragedia chłopca to "skutek uboczny operacji" - tłumaczył ówczesny dyrektor CZDiM dr Janusz Świetliński. Potem już przed sądem przyznał, że wypłata odszkodowania dla Piotrusia jest uzasadniona.

Według sądu, rażący błąd popełniła lekarka Aleksandra L. i Emilia R., pielęgniarka, obie z OIOM-u.
Obie, w procesie karnym zostały skazane. Pierwsza dostała półtora roku więzienia, druga rok. Obu sąd zawiesił karę na trzy lata i na dwa lata zakazał im wykonywania zawodu.

Emilia R. nie miała nawet przygotowania anestezjologicznego, lekarka była na stażu. Izba Lekarska oskarżyła w sprawie Piotrusia innych lekarzy i pielęgniarki - w większości otrzymali przed Sądem Lekarskim nagany lub upomnienia. Rzecznik odpowiedzialności lekarskiej uznał, że w szpitalu panował kompetencyjny bałagan.

Pielęgniarka wyjechała za granicę. Lekarka teraz pracuje w szpitalu w Chorzowie.

***
11 lat minęło, a mój Piotrek dalej nie chodzi.
Myśli pani, że ktoś z nich zadzwonił, zapytał, co u niego? Lekarka przed drzwiami sądu powiedziała "przepraszam". Takie przeprosiny są nic niewarte. Nie były szczere.

Nie chciałam grosza od nich. Któraś z dyrektorek szpitala, już kolejna, zdziwiła się, że wciąż leczę tu Piotrusia. A ja nie mam pretensji do całego świata, ani do wszystkich ludzi, którzy tu pracują. Tylko do tych, którzy zawinili. Są tacy, co mi pomagają. Wystarczy tylko mój jeden telefon, prośba i są gotowi do pomocy. To jest ważne.

***
Mam satysfakcję, że teraz procedury, wprowadzone po wypadku z Piotrem, wykluczają takie sytuacje. Teraz dziecko z bloku operacyjnego przyjeżdża na OIOM wraz z kopią swojej karty znieczulenia ze wszystkimi informacjami.

Dlaczego wtedy tak nie było? Dziecko z bloku operacyjnego na OIOM przywożono bez żadnych notatek, nigdzie nie było napisane, że ma znieczulenie zewnątrzoponowe.

Uczyłam się opieki nad Piotrkiem. Jakbym miała niemowlaka. Taka osoba jest cewnikowana, pampersy, lewatywa, odleżyny. Zrobił się Piotrkowi na pośladku ropień. Decyzja: naciąć. Gdy przyjechał z bloku operacyjnego, miał dziurę na całym pośladku. Kilkadziesiąt gazików wchodziło do tej dziury. Wezwali chirurga plastyka, a ten do mnie, że w życiu to się nie zagoi. A szyć też nie ma sensu, bo i tak się rozejdzie. W ciągu 14 miesięcy udało mi się zagoić ranę. Ile mnie to kosztowało! Uparłam się, że Piotruś nie będzie miał rany.

Trzeba było przystosować dom, żeby Piotrek mógł normalnie funkcjonować we własnym domu. Żeby przynajmniej tu nie miał barier. Zrobiliśmy podjazd, poręcze, obniżyliśmy kontakty, parapety, meble, umywalki. Pieniądze, które wygraliśmy, są potrzebne. Może przydadzą się mu w przyszłości? Medycyna idzie do przodu. Może postawią na nogi i mojego syna.

***
Piotr:
- Co pani chce wiedzieć o mnie? Jestem jak każdy inny. Czy szkołę lubię? Zna pani jakiegoś gimnazjalistę, który by lubił chodzić do szkoły? Mama czasem musi podnieść głos, bym siadł do książek. Lubię informatykę. Polonistkę za to mamy ostrą jak osa. Daje nam popalić. Dlatego "Romea i Julię" już przeczytałem. Beznadzieja. Ale za to fajną klasę mamy. Zakręconą. Nie jest to szkoła integracyjna, tylko normalna. Jedyny jestem na wózku. Co potem? Chciałbym pójść do liceum sportowego. Uwielbiam kosz, tenis. Ale lekarze z Zakopanego, którzy operowali mi skoliozę, mówią: chłopie, szyny w kręgosłupie popękają jak będziesz machał rakietką. Mam jednak nadzieję. Nauczyłem się też pływać. Kiedyś bałem się wody. Mama znalazła trenera - pana Krzysia, który uparł się, że nauczy mnie pływać. Też jestem uparty, więc trafiła kosa na kamień. Nauczyłem się. Nieraz, kiedy wskakuję z wózka do basenu, ludzie chcą mnie ratować, podnoszą. Śmiechu i zaskoczenia, że pływam, jest wtedy dużo. Coś jeszcze? Nie, nie pamiętam siebie przed tym wszystkim. Nie pamiętam jak chodziłem.

***
Górnośląskie Centrum Zdrowia Dziecka im. Jana Pawła II w Katowicach jest jednym z największych i najlepszych szpitali pediatrycznych w Polsce.

Świetna opinia o szpitalu sprawia, że z roku na rok przybywa mu pacjentów.

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

j
ja

to jest chamstwo którego się nie wytępi dopuki nie zmienimy rządu bo to jedna ręka nikt im nic nie zrobi a serce krwawić będzie niejednemu strapionemu WSPOLCZUJE

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3