Matka, menedżerka, sędzia hokeja, feministka, katoliczka

    Matka, menedżerka, sędzia hokeja, feministka, katoliczka

    Maria Mazurek

    Gazeta Krakowska

    Aktualizacja:

    Gazeta Krakowska

    Paweł Zygmunt z dziećmi i Katarzyna Zygmunt.

    Paweł Zygmunt z dziećmi i Katarzyna Zygmunt. ©fot. Marcin Makówka

    Egzamin na sędziego hokejowego zdała w ciąży. Gdy mąż chciał zrezygnować z łyżwiarstwa, założyła dla niego klub sportowy. Na kryniczankę Katarzynę Zygmunt mówią: mała elektrownia atomowa.
    Paweł Zygmunt z dziećmi i Katarzyna Zygmunt.

    Paweł Zygmunt z dziećmi i Katarzyna Zygmunt. ©fot. Marcin Makówka

    Katarzyna Zygmunt. Kryniczanka (choć miała swoje epizody w Krakowie i w Tychach), absolwentka AWF-u, terapeuta psychologii sportu. Prowadzi firmę "Cogito ergo sum" (organizacja imprez, głównie sportowych) i stowarzyszenie "Infinitas". Pierwsza w Polsce kobieta, która została sędzią hokeja. Żona panczenisty, olimpijczyka Pawła Zygmunta.

    Czasem ton głosu wyraża więcej niż mocne epitety. Takie słowo "kobieta".
    Kasia słyszała je milion razy, tonem nacechowanym pobłażliwością i rozbawieniem. Takim, który wyrażał: co ona wymyśliła, przecież jej się nie uda. Słyszała ten ton, gdy postanowiła zostać pierwszą w Polsce kobietą-sędzią hokeja (przecież to męski, brutalny sport). Słyszała, gdy zakładała firmę (przecież kobieta jest stworzona do rodzenia dzieci) i słyszała startując w wyborach samorządowych (młoda, dobrze wygląda, pewnie nie najmądrzejsza).

    O kobietach
    Ale kobiety w rodzinie Kasi już takie były od zawsze - silne. I nie przejmowały się zdaniem innych. Prababka Weronika (po linii żeńskiej) młodo została wdową. Wyemigrowała do Ameryki, za chlebem. "Batorym" pływała. Tam poznała drugiego męża. Kupił jej maszynę do szycia. Szyła całymi dniami, by każdemu z rodziny (a rodzina była duża) słać paczki. Inna babcia, od strony taty, czas dzieliła na pracę w rozlewni wód i wychowywanie trzech synów. Na przekór swoim czasom.

    Tylko mama Kasi, Krysia, poświęciła się bez reszty najbliższym. Jako młoda dziewczyna miała z całą rodziną wyjechać do Stanów (babci, tej od szycia, udało się w końcu ich ściągnąć). Ale zakochała się w hokeiście, Ryszardzie Bialiku. Uparła się: zostaję. Poświęciła się wychowaniu Kasi i jej brata. Przywoziła do szkoły, odbierała, zawoziła na narty. Potem obiad, lekcje, lodowisko.

    Przebąkiwała mężowi, że chciałaby do Ameryki, że tam jest cała rodzina. On, znany i podziwiany sportowiec ("dzień dobry panie Rysiu" - kłaniali się, kiedy szedł krynickim deptakiem) odpowiadał żonie: Ameryka jest dla byka.

    Wyjechali wiele lat później, gdy dzieci były już dorosłe. Osobno. O rozwodzie rodziców Kasia dowiedziała się kilka miesięcy po fakcie. - Doświadczenie mamy uświadomiło mi: miłość mężczyzny do kobiety jest wprost proporcjonalna do jej samodzielności. Mama zrezygnowała z pracy, a na koniec została sama, bez doświadczenia zawodowego. Ściągnęłam ją z powrotem do Polski, zatrudniłam w swojej firmie, zapisałam na szkolenie dla kobiet 50+ - opowiada Kasia.

    I dodaje: kobietom jest trudniej. Przez stereotypy, że baba jest stworzona do rodzenia dzieci i prowadzenia domu, ewentualnie wykonywania "babskich zawodów", a mężczyzna ma być silny i dominujący. Zgadzam się, że Bóg świetnie naszą naturę wymyślił i mężczyzna nigdy nie będzie karmił piersią, a kobiety nigdy nie będą tak silne. Zawsze będzie więcej pielęgniarek niż pielęgniarzy, górników, a nie górniczek. Ale jeśli któraś kobieta ma marzenie, by tą górniczką zostać, to czemu jej tego zabraniać? Anita Włodarczyk też pewnie kiedyś słyszała, że rzucanie młotem nie jest dla kobiet i żeby dała sobie spokój.

    - Jesteś feministką? - pytam.
    - Katolicką feministką. Nie krytykuję kobiet, które poświęcają się rodzinie (o ile rzeczywiście tego chcą) i nie krytykuję tych, które rodzin w ogóle nie chcą zakładać. Sama jestem matką trzech synów i bez macierzyństwa byłabym niespełniona. Ale tak samo byłabym niespełniona bez sportu.

    O mężczyznach
    A sport był obecny w jej życiu od początku. Miała dwa lata, gdy pierwszy raz założyli jej łyżwy. Mama zabierała ją na lodowisko. Z tatą Kasia chodziła na treningi. Kiedy zawodnicy grali, ona ślizgała się z boku boiska. - Cały czas przebywałam w męskim gronie. Długo nie zdawałam sobie sprawy z istnienia kobiet, poza moją mamą i babcią - śmieje się.

    W trzeciej klasie podstawówki dochodzi do ważnej zmiany w jej życiu. Wuefista kompletuje drużynę na zawody łyżwiarskie. Bierze Kasię na rezerwową. Wtedy dziewczynka obiecuje sobie: nigdy więcej nie będę rezerwową.

    Ostro trenuje. I jest dobra. Kiedy ma 13 czy 14 lat, zaczyna zauważać pożądliwe spojrzenia kolegów z lodowiska. Czuje się nieswojo. Rezygnuje z łyżew i zapisuje się na balet oraz narciarstwo alpejskie. Po kilku latach hormony u kolegów się uspokajają. A i Kasia przyzwyczaja się do swojej nowej fizyczności: istnienia piersi, większych bioder. Wraca na lodowisko. Organizuje zawody, zakłada damską drużynę hokejową. Na studia wybiera krakowską AWF.

    Najmilsza studentka
    Dojeżdża z Krynicy do Krakowa (i na odwrót) stopem. Żyje za 110 złotych miesięcznie. Jej tata zostaje wówczas trenerem Cracovii.
    Sportowa gazeta "Tempo" prowadzi plebiscyt na najlepszego trenera. Trzeba wypełnić kupon. Kasia głosuje na tatę, pisze kilka zdań uzasadnienia. Później słyszy, że uzasadnienie spodobało się redaktorowi naczelnemu. Że, zdaje się, ma lekkie pióro, a oni szukają korespondenta meczów hokejowych. Kasia myśli, że to żart. Ale idzie do redakcji.

    Redaktor pyta: umiesz pisać na klawiaturze? Kasia kiwa głową i odpowiada, że tak. Nie licząc maszyny Atari, na której grała z bratem w proste gry, pierwszy raz na oczy widzi komputer. Szef prosi, żeby napisała kilka zdań i wychodzi. Kasia rzuca się na jakiegoś dziennikarza i rozkazuje: "Pisz, będę ci dyktować". Zostaje przyjęta. Migiem uczy się obsługiwać komputer. - Moje pierwsze pieniądze - wspomina Kasia. - Małe, ale dla studentki, która żywi się bułkami z kefirem, już pójście na Kleparz i kupienie 15 deko wafelków kakaowych to był luksus - opowiada.

    Na studiach poznała też Pawła, swojego męża. Historia wiąże się z wyborami najmilszej studentki. Ale po kolei. W akademiku mieszka w pokoju z koleżanką Moniką. Okazuje się jednak, że w rodzinie Moniki jest za duży "dochód na członka rodziny". Mają ją wykwaterować. - Słuchaj, są wybory najmilszej studentki, a w nich można wygrać pokój w akademiku na rok - Monika mówi Kasi. - Jakbyś wzięła udział i wygrała, nie musiałabym się wyprowadzać - tłumaczy. Kasia mruczy, że nie ma czasu. Potem słyszy przy windzie kolegów: Kasia, chodź, są próby Najmilszej. Monika cię zapisała.

    Występuje w za małej sukience i rajstopach pożyczonych od koleżanki niższej o dwie głowy (krok miała w połowie ud). W jury - rektorzy uczelni, Andrzej Mleczko, same ważne persony. Trzeba zaśpiewać piosenkę, zaangażować publiczność do wspólnych ćwiczeń i zadzwonić, przy wszystkich, pod losowy numer i umówić się z jego właścicielem na kawę. Kasia, wulkan energii i humoru, zawody wygrywa. W nagrodę dostaje: roczny karnet na fitness i do kina, wyjazd do Londynu, mikrofalówkę, kosz wódek (rozdała, bo sama w ogóle nie pije, nie pali, nie próbowała narkotyków). Na czas juwenaliów ma też swojego szofera, który przyjeżdża po nią żółtym seatem.

    Rok później, przy wyborach kolejnej Najmilszej, zasiada w jury. Na scenę wkracza trzech chłopaków - z taczkami, drabiną, ubranych w gumofilce i czapki-uszatki. Śpiewają Canzion del Mariachi z "Desperado", a Kasia jak zahipnotyzowana wpatruje się w jednego z nich. I od pierwszej sekundy wie: chcę z nim spędzić resztę życia.

    Ten facet to Paweł Zygmunt. Panczenista - choć o tym Kasia jeszcze nie wie, bo żyje tylko hokejem, a jeśli innymi dyscyplinami, to tylko na światowym poziomie. Zresztą, już dawno (po doświadczeniach z rodzinnego domu) obiecała sobie, że nie będzie zadawała się ze sportowcami.

    - To jak nazywa się ten chłopak, który zawrócił ci w głowie? - pyta ją ojciec.
    - Paweł Zygmunt.
    - Ten panczenista?
    - Nie mam pojęcia.

    Miłość
    Wzięli ślub i tak już zostali razem.

    W 1998 roku Paweł chce kończyć sportową karierę. Nie ma sponsora, pieniędzy na treningi.
    - O czym marzysz? - pyta go Kasia.
    - O medalach na mistrzostwach świata i Europy - odpowiada jej mąż (tonem, jakby mówił o osiedleniu się na Saturnie).
    - To zrób to. Trenuj i zdobądź te medale - stwierdza Kasia.
    - Co ty, głupia jesteś, to nierealne...

    Kasia myśli: oj, nie pozwolę ci się poddać. Zakłada klub sportowy z jednym, jedynym zawodnikiem. Załatwia Pawłowi sponsora. Zapisuje się na studia doktoranckie z psychologii sportu, by nauczyć się, jak go motywować. Techniki relaksacyjne, biofeedback, treningi, motywacja. - Z ręką na sercu, ta cała nauka była dla niego - opowiada.

    Cztery lata później Paweł zdobywa dwa srebrne medale: na mistrzostwach Europy w Erfurcie i mistrzostwach świata w Heerenveen.
    Krótko po tym, jak Kasia pomogła Pawłowi, role się odwracają. Teraz to on ją motywuje, kibicuje i mówi: spróbuj.

    Szczególnie kiedy po igrzyskach zimowych w 1998 roku po raz pierwszy dopuszczono hokej kobiecy. - Zamarzyło mi się wtedy, żeby zrobić kurs sędziowski - opowiada Kasia. Ale uznała swoje marzenie za mgliste, odległe, niełatwe do zrealizowania. Mimo że świetnie jeździ na łyżwach (na lodowisku od drugiego roku życia), doskonale zna przepisy hokejowe (setki meczów z ojcem) i odnajduje się w męskim towarzystwie, mówi: nie tym razem.

    Paweł odpowiada stanowczo, niemal władczo: idziesz na kurs sędziowski i koniec. Słucha go. Egzamin zdaje w siódmym miesiącu ciąży. Jest 70 facetów i ona jedna. Nikt nie zwraca na Kasię (ani jej brzuch) specjalnej uwagi. Aż okazuje się, że w jeździe do tyłu jest najszybsza. - Kobieta?! - nie dowierzają.

    Za dwa miesiące rodzi się syn. Kasia nazywa go Paweł, po ojcu. Drugi, który urodzi się za kilka lat, będzie miał imię po Franku Sinatrze. Trzeci - po świętym Albercie (Kasia podkreśla, jak przywiązana jest do wiary).

    Zabawne, że akurat środkowy, nazwany po artyście, nie wykazuje zainteresowania sportem. Gra na pianinie. Paweł marzył, by każdy syn był łyżwiarzem. Ale do Kasi przyszli koledzy Franka. - Niech mu pani pozwoli chodzić na zajęcia muzyczne - poprosili.

    Kryniczanka
    - Lubię rządzić, choć nie po trupach. Nie pcham się tam, gdzie nie ma dla mnie miejsca - stwierdza Kasia. Pięć lat temu uznała, że miejsce w lokalnej polityce by się dla niej znalazło. Wtedy po raz pierwszy kandydowała na stanowisko burmistrza Krynicy.

    Mówili: zna się tylko na sporcie, kobieta, blondynka. Za młoda na Heroda. - Jeden człowiek powiedział mi wprost: nie zagłosuję na babę, nawet jak kupi mi pani flaszkę - wspomina Kasia. A przecież jest matką trzech synów, ma 12-letnie doświadczenie w prowadzeniu firmy, studia doktoranckie i osiągnięcia sportowe.

    Nie wygrała. Rok temu też nie (za to weszła do rady miasta). - Szkoda, bo chciałabym, żeby Krynica odzyskała dawny, przedwojenny blask. Żeby znów codziennie była tu niedziela. Żeby do Krynicy przyjeżdżano z całej Polski na wydarzenia kulturalne i sportowe.

    Mamy piękną historię, najlepszą w Polsce gondolę narciarską i świetną halę lodową, która podupada. Nasi kryniccy saneczkarze, choć błyszczeli na igrzyskach, nie mają tu swojego toru. Miasto jedynie symbolicznie wspiera Krynickie Towarzystwo Hokejowe, tymczasem wystarczyłoby oddać mu pod opiekę jakiś parking, by poprawiła się sytuacja. Wiele byłoby tu do zrobienia. I czuję, że dałabym radę - opowiada Kasia.
    - Po co ci ta polityka? To walka o stołki.
    - Hokej to walka o krążek.

    ***

    Paweł Zygmunt Mąż Kasi. Panczenista (czyli łyżwiarz szybki). Wielokrotny olimpijczyk (igrzyska w Lillehammer w 1994 roku, w Nagano w 1998 roku, w Salt Lake City w 2002 roku i w Turynie w 2006 roku). W 2002 roku zajął drugie miejsce na mistrzostwach Europy na dystansie 10 tys. metrów oraz drugie miejsce na mistrzostwach świata, na dystansie 5 tys. metrów. W 2006 roku zakończył karierę sportową. Jest działaczem Polskiego Komitetu Europejskiego.

    Czytaj treści premium w Gazecie Krakowskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (1)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Samouwielbienie

    Elektrownia atomowa (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 4 / 5

    Nie mówią na nią "mała elektorwnia atomowa", tylko sama tak o sobie mówi.
    Ile jeszcze będzie tych samych artykułów o p. Zygmunt? Ileż można chwalić się egzaminem sędziowksim zdanym dawno temu?...rozwiń całość

    Nie mówią na nią "mała elektorwnia atomowa", tylko sama tak o sobie mówi.
    Ile jeszcze będzie tych samych artykułów o p. Zygmunt? Ileż można chwalić się egzaminem sędziowksim zdanym dawno temu?
    Sędzia hokeja? Ile meczy i jakich sędziowała ostatnio?
    Matka? A ciągle w rozjazdach...
    Kobieta sukcesu uwielbiana przez kryniczan, która w wyborach na burmistrza miała 800 głosów...?!?!zwiń

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo