Narty z kandaharami były szczytem marzeń amatorów białego szaleństwa

Tomasz Pruchnicki
Kilkanaście lat temu szusowaliśmy na nartach w mieście teraz, o ile będzie śnieg trzeba pojechać do Sękowej, Małastowa czy Smerekowca archiwum
Wśród zimowych atrakcji przed półwieczem prym wiodły saneczkowe zjazdy z Trzeciej Miedzy lub od Łukasiewicza przez skrzyżowanie pod drukarnią na ul. Słowackiego. Na drewnianych nartach z kandaharami zjeżdżało się natomiast z Góry Parkowej.

FLESZ - Nowe dyscypliny na igrzyskach w Tokio. Wizyta w Japonii tylko dla bogaczy

Zimowa przerwa miała to do siebie, że śnieg był, mróz także i mnóstwo wolnego czasu dla młodzieży szkolnej. W tym czasie dwóch kolegów ze szkoły nr 2 umówiło się na jazdę sankami na tak zwanej Trzeciej Miedzy. Jeden mieszkał w bloku nad barem mlecznym, a drugi na ulicy Krakowskiej. Ten drugi zafasował przed świętami nowiutkie sanki, takie z wąskich listewek. Ich płozy od spodu miały metalową taśmę.

Wyprawa prowadziła wzdłuż ogrodzenia cmentarza parafialnego i w miejscu, gdzie dzisiaj jest skrzyżowanie ulicy Krakowskiej z ulicą Cmentarną, skręcili na pola pokryte grubą warstwą śniegu. Wtedy nikt jeszcze nie wiedział, że właśnie na terenie Trzeciej Miedzy już niedługo będzie nowy cmentarz. Były to tereny kiedyś należące do parafii i część ziemi leżącej po lewej stronie ulicy Krakowskiej, nosiły nazwy Pierwszej i Drugiej Miedzy, a poniżej nich były Pakówki.

Wróćmy do naszych lokalnych „bobsleistów”. Tutaj gdzie dzisiaj jest ogrodzenie od strony przystanku autobusowego, kiedyś była ścieżka, prowadząca na wzgórze, na którym był obudowany punkt triangulacyjny (specjalny punkt geodezyjny). Obudowa była w kształcie prostej konstrukcji czworonożnej z okrągłych bali drewnianych z zaostrzonym w stożek kawałkiem żerdzi drewnianej. Czerwono-białe pola, w które wymalowana była wieżyczka, widoczne były ze sąsiednich wzgórz. Z tego miejsca zaczynał się mały jar bez krzaków, ciągnący się aż do małego strumyku, który wypływa spod zbocza dzisiejszej ulicy Laskowskiego (dawniej Buczka).

Nieco poniżej młodzież wykonywała ze śniegu najazdową skocznię niewielkich rozmiarów dla tych, co chcieli przeżywać namiastkę „szybowania w powietrzu na byle czym”, co oznaczało zazwyczaj na sankach lub drewnianych nartach. Takie czasy.

Grupy młodzieży ze szkoły nr 2 pod kierownictwem nauczycieli także tutaj przychodziły w ramach zajęć wf-u.

Nasi bohaterowie, usadowiwszy się na nowiutkich sankach, rozpoczęli zjazd w dół z najazdem na skocznię. Po wybiciu się w powietrze (z uwagi na niewielką masę własną pojazdu z tymczasowym ładunkiem) sanki przeleciały około 4 metrów i lotem koszącym tyłem opadły w zaspę śnieżną. Oczywiście zasad fizyki nie da się oszukać i obydwaj wylądowali na plecach w śniegu, a sanki lekko odjechały w dół.

Adrenalina podczas tego lotu poszybowała chłopakom do niebotycznych wartości. Gdy ochłonęli, musieli sprawdzić, czy wszystkie kończyny są na swoim miejscu.

Wydobyli się z zapadniętego śniegu i dopiero teraz okazało się, że ten, co siedział z tyłu, miał przyczepione do spodni na wysokości tylnych kieszeni resztki listewek, które wystawały poza podparcie siedziska.

To jeszcze było do ukrycia przed rodzicami, ale niebawem okazało się, że te końcówki listewek w miejscach przylegania, przedarły nowiutkie dżinsy produkcji zakładów odzieżowych „Odra”.

Siedząc na śniegu, zastanawiali się obaj, co dalej począć. Jako czwartoklasiści mieli niewielkie pole manewru w ukryciu tego, co się wydarzyło. Nagle odeszła im ochota na kolejny skok adrenaliny. Poza tym zbliżał się zmierzch. Ze spuszczonymi głowami wrócili do swoich domów. Za kilka dni kończyły się ferie. Obydwaj spotkali się w szkole i nawzajem żalili na rodzaj otrzymanych kar.

Standardem wychowawczym był zakaz wychodzenia z domu. U jednego karą dodatkową była zapowiedź braku kupna w przyszłości jakiegokolwiek sprzętu do sportów zimowych, a u drugiego poza wydatkiem na naszycie łat, zapowiedź, że do wiosny w takich połatanych spodniach będzie musiał paradować codziennie.

W innych częściach miasta także młodzież miała ulubione miejsca do podnoszenia sobie poziomu adrenaliny w okresie zimowym - i nie tylko.

W parku miejskim przed sceną jest naturalny stok powstały w miejscu, gdzie ziemia pod wpływem opadów deszczu utworzyła niewielki jar. Bardzo stromy i niebezpieczny - ale czego się nie robiło…gdy wyobraźnia o niebezpieczeństwach i zagrożeniach była płaska jak kartka papieru.

Zjazd na sankach był mało popularny, gdyż sankami nie bardzo dało się zakręcać i od czasu do czasu zakończenie toru jazdy odbywało się na brzegu rzeki. Ci, co mieli drewniane narty, dobrze nasmarowane, aby poślizg był lepszy i oczywiście wiązania pod nazwą Kandahary, byli elitą.

Mało kto dzisiaj pamięta o butach z szerszą podeszwą, która musiała być wprowadzona w sztywny przód wiązania. I jak w takim przypadku nie odważyć się na zjazd z Góry Parkowej przy aplauzie koleżanek i zazdrości kolegów.

Ekstremum stanowiło zbudowanie na dole małego progu i niewielki skok oczywiście bez telemarka, zazwyczaj kończący się wywrotką na bok…

Na szczęście na dole były migocące lampy parkowe, ale to słabe światło popołudniami i wieczorami tworzyło fajną atmosferę. Po pewnym czasie grupy młodzieży wracały do centrum przez wiszący most, jak zwykle kołysząc dla frajdy kładką na boki.

Innym miejscem dla tych, co mieszkali w rejonie „milicji”, była mała górka od bloków przy ulicy Łukasiewicza w kierunku dzisiejszego ronda przy drukarni. Wtedy było tam zwykłe skrzyżowanie i przejeżdżających pojazdów nie liczyło się w setkach, a co najwyżej w dziesiątkach. Tor jazdy nie kończył się na chodniku, lecz prowadził przez skrzyżowanie w kierunku ulicy Słowackiego, co nie było wielkim wyczynem, przy tym natężeniu ruchu samochodów.

Oświetlone skrzyżowanie, z daleka widoczne przemykające przez ulicę postacie i nikomu wówczas to nie przeszkadzało… Co najwyżej uważni rodzice, patrząc przez okno swoich mieszkań, widzeli zagrożenie. Padało wówczas magiczne polecenie - „Do domu!”.

Innym zajęciem w tym rejonie była jazda na niewielkiej desce „na brzuchu” lub dla wytrawnych, w pozycji siedzącej, do której od spodu przykręcone były pośrodku dwie łyżwy. Trasa jak wyżej, z tym że szybciej i ewentualne pokonywanie zaistniałych przeszkód było bardziej bolesne.

Na Dworzysku strażacy również uprawiali zimowe sporty, organizując miejskie lodowisko. Najpierw wykonywali ze śniegu bandy, a następnie wylewali taflę lodową wodą przywożoną z rzeki. Lokalizacja była pomiędzy ostatnim budynkiem po prawej stronie ulicy Krzywej a połową placu. Z wielką celebracją i pietyzmem formowali taflę. Kiedy istniało lodowisko, to na drugiej połowie placu odbywał się wtorkowy i piątkowy targ.

Strażacy rozgrywali mecze hokejowe pomiędzy sobą i z drużynami, które formowane były z młodzieży, mieszkającej na okolicznych ulicach lub przybywały z miasta „na gościnne występy”.

Lodowisko było dla wszystkich chętnych. Oświetlone, blisko centrum. Swoje rzeczy pod opieką znajomych można było zostawić na blatach budek do sprzedaży nabiału.

Tak było do czasu kiedy na osiedlu XXX-lecia PRL na asfaltowym boisku zaczęto urządzać nowe lodowisko.

Na Zawodziu istniał inny tor saneczkowo-narciarski, a mianowicie „Lodownia”. Tam rzesze młodzieży z tej dzielnicy oddawały się rozkoszom śnieżnej sanny. Tylko na samym dole trzeba było uważać, gdyż zawsze był pas zaoranej ziemi i hamowanie na grudach zazwyczaj było bolesne.

Na „Łąkach Wszołka” (dzisiaj w tym miejscu jest Kaufland) także straż urządzała lodowisko. Przez pewien czas odbywały się tam nawet mecze hokejowe.

W naszym mieście w tamtych czasach sprzęt sportowy typu narty i sanki można było wypożyczyć albo w podwórku Urzędu Miejskiego, albo w Szkole Podstawowej nr 1 lub w zakładach pracy. Dzisiaj jest Ośrodek Sportu i Rekreacji, lodowisko, na miejscu wypożyczalnia i…inna bajka.

Czytaj także

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

M
Mamcia

My jeździliśmy z samej góry ul.Łokietka, a o "Pierzówce" na ul.Łokietka to nie piszecie. Ale było fajnie!!!

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3